UDOSTĘPNIJ

Elżbieta Wycech, przyjaciółka Kamila Durczoka, którego dziennikarską karierę zniszczyła afera nagłośniona przez tygodnik Wprost, mocno ucierpiała po publikacjach. Przekonuje, że na fotografiach była jej bielizna obok erotycznych zabawek. Wyznaje, że odarto ją z wszelkiej godności i musiała opuścić kraj.

Durczok wszedł z „Wprost” na drogę sądową. Po publikacjach tygodnika, który przekonywał, że dziennikarz molestował pracownice w TVN, ten musiał pożegnać się ze stanowiskiem szefa „Faktów” i odejść w cień. Jak się okazuje, na aferze ucierpiała jego przyjaciółka, która opowiedziała o swoich przeżyciach Newsweekowi. Odwrócili się od niej znajomi, część rodziny, a na dodatek straciła pracę. Będąc wrakiem człowieka wyjechała do Niemiec.

Wszystko zaczęło się 16 lutego 2015 roku, kiedy w kioskach pojawił się nowy numer „Wprost”. Kobieta opowiada, że obudziło ją bombardowanie telefonami.

– To byli ludzie z tabloidów. Pytali: czy handluję narkotykami, czy jestem kochanką Kamila albo prostytutką. Przestałam odbierać. W końcu zadzwonił przyjaciel, przeczytał mi artykuł z „Wprost”. Słuchałam i płakałam. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.

– Bałam się wyjść z domu. Nie wychodziłam przez kilka pierwszych dni. Czułam na przemian: strach, wściekłość, bezsilność. Przypadkowi ludzie przysyłali mi maile. W tych najłagodniejszych pisali, że jestem osobą bez honoru. Tych najohydniejszych nie chcę nawet cytować. Wspierali mnie przyjaciele. Wspierał też Kamil. Pomimo tego co się wydarzyło, był opanowany, co było jakąś otuchą.

Elżbieta Wycech przekonuje, że artykuły zawierały kłamstwa na jej temat, a przypadkowi ludzie wylewali na nią pomyje. Sugerowali, że chce się wylansować na skandalu. Kobieta przyznaje, że nie potrafiła obronić się przed atakami. Jeden z tabloidów miał napisać, że została skazana za handel narkotykami i zalegała z czynszem, co nie było prawdą.

– Najgorsze były zdjęcia. Na dużych kolorowych fotografiach była moja bielizna. Obok pornografia i seks zabawki. Poczułam, że odarto mnie z wszelkiej godności. U adwokata czytaliśmy tekst kilka razy, analizowaliśmy słowo po słowie, aż w końcu mi zobojętniał i przestałam się tak strasznie bać.

Kobieta przekonuje, że badania DNA wykazały, iż ani ona, ani Kamil Durczok nie mieli nic wspólnego z narkotykami. Twierdzi, że biały proszek został podrzucony do mieszkania by podsycić skandal. Erotyczne gadżety i gumowe lalki mieli zaś przynieść do domu znajomi dla żartów podczas zabawy sylwestrowej. Sugeruje, że bałagan miał wywołać Zbigniew T., który chciał odzyskać pieniądze za mieszkanie, które zalegała mu firma wynajmująca lokal.

– Zadzwonił do mnie kilka dni po całym incydencie i w wulgarnych słowach zagroził, że zamierza przekazać mediom informacje na temat mojego prywatnego życia. Mówił, że jeśli pieniądze nie znajdą się na jego koncie, zrobi ze mnie gwiazdę wszystkich tabloidów. Straszył, że rzuci nas – mnie i Durczoka – na pożarcie prasy. Powiedziałam mu, że to szantaż i poprosiłam, żeby więcej nie dzwonił – dodała.

Obserwuj Pikio.pl, by być na bieżąco:

Pełen wywiad dla Newsweeka

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również