UDOSTĘPNIJ

 

W momencie, kiedy PIS zapowiedział wprowadzenie nowych podatków ponownie rozgorzała dyskusja na temat ich przerzucania i tego, kto rzeczywiście ponosi ciężar wprowadzenia nowych (lub podwyższenia już istniejących) danin publicznych. Dotychczas spotykałem się z dwoma poglądami: „podatki ZAWSZE płaci konsument, są one na niego przerzucane” i drugi „podatki płaci ten, kto został nimi obłożony”. Jak zawsze prawda leży gdzieś pośrodku; poniżej przedstawiam analizę zjawiska przerzucania podatków i jego skutki.

Przerzucanie obciążeń fiskalnych jest jedną z form oporu podatkowego. Jest to zjawisko bardzo często nieuniknione, aczkolwiek szczególnie nasilone w sytuacji ekspansywnej polityki podatkowej państwa. Za prekursorów incydencji podatkowej uważa się A. Smitha, N. F. Canarda, D. Ricardo i A. Wagnera, choć ten mechanizm już wcześniej dostrzegali fizjokraci[1]. Oczywiste jest, że podmioty obarczone podatkiem za wszelką cenę próbują przerzucić go w jak największym wymiarze na innych podatników, przez co podatki najczęściej płacą ostateczni konsumenci określonych dóbr. To, w jakim stopniu dany podatek zostanie pokryty przez konsumenta, a w jakim przez przedsiębiorcę, zależy od elastyczności popytu i podaży na określone towary i usługi względem ceny, ale także od innych czynników. Zauważył to J. B. Say, pisząc: „podatki spadają na tych, którzy nie mogą się od nich obronić, ponieważ stanowią ciężar, od którego każdy się odsuwa jak tylko może, ale sposoby odsunięcia tego ciężaru różnią się nieskończenie w zależności od różnych rodzajów podatków i w zależności od funkcji, jakie spełniają w społeczeństwie.[2]

Podwyżka podatku od dochodu może wywołać niezadowolenie u pracowników, którzy zaczną domagać się od pracodawcy podwyższenia pensji. Ten, jeśli ulegnie presji i przyjmie przerzucony ciężar podatku, będzie próbował zrekompensować straty wywołane podwyżką płac i tym samym może zdecydować się na podwyżkę cen towarów, czyli będzie starał się przerzucić podatek dalej[3]. Jeśli popyt na określony towar będzie sztywny (np. popyt na pieczywo), podatek nie wywoła drastycznych zmian w wielkości popytu. Popyt pozostanie  na względnie podobnym poziomie, dlatego podatek praktycznie w całości pokryją konsumenci. W przypadku, gdy popyt będzie elastyczny, podwyższenie ceny o podatek wywoła spadek popytu na dane dobro, dlatego przedsiębiorca musi liczyć się z tym, że podatek trzeba będzie zapłacić „na pół” z konsumentem lub… pokryć go samemu w całości.

Co jednak w sytuacji, kiedy dane przedsiębiorstwo ma niską wydajność i już przed opodatkowaniem ponosi wysokie koszty? Przedsiębiorca, z jednej strony, nie będzie mógł sobie pozwolić na pokrycie podatku (zwiększenie kosztów), z drugiej natomiast będzie świadomy, że próba przerzucenia podatku na konsumentów skończy się fiaskiem (w sytuacji, gdy cena będzie ustalona na maksymalnym, akceptowalnym poziomie przez kupujących, a jej zwiększenie spowoduje tylko spadek popytu, czyli finalnie obniżkę zysków). Przedsiębiorca będzie zmuszony zwolnić część pracowników, ograniczyć produkcję, a może nawet zrezygnować z prowadzenia deficytowej działalności gospodarczej. Wyeliminowanie z rynku nierentownych przedsiębiorstw obniży podaż dóbr, co zwiększy ich cenę… ale czy w takiej sytuacji możemy powiedzieć, że podatek został przerzucony przez producentów na kupujących? Czy to konsumenci stali się ofiarami podatku? W pewnym sensie tak – płacą wyższą cenę za towary, natomiast w tym przykładzie największym przegranym jest przedsiębiorca, który nie udźwignął zwiększonego obciążenia fiskalnego.

Swoją drogą widzimy tutaj analogię do krzywej Laffera. Tak jak przekroczenie optymalnej stopy podatkowej powoduje straty dla budżetu państwa, tak samo przekroczenie optymalnej ceny będzie miało zgubne skutki dla funkcjonowania przedsiębiorstwa. Zresztą, identycznie wygląda sytuacja, kiedy podatek nałożony na pensję próbuje przerzucić pracownik. Gdyby domagał się on od pracodawcy podwyżki płacy (czyli de facto podniósłby cenę za swoją pracę), by zrekompensować zmniejszony o podatek dochód, mógłby zostać zwolniony (lub sam podjąłby wcześniej decyzję o przejściu do szarej strefy), ponieważ żądałby wygórowanej „ceny” (spadłby popyt na jego pracę).

W tym momencie dochodzimy do bardzo istotnej kwestii, którą wiele osób ignoruje, ale bez której zrozumienie zjawiska przerzucania podatków nie jest możliwe. Powszechnie przyjęło się, że o cenie dobra decydują koszty, jakie zostały poniesione w celu wydobycia, wytworzenia czy uzyskania danego produktu. Nie jest to prawda, co wcale nie oznacza, że ponoszone koszty nie są brane po uwagę przy ustalaniu ceny. Czy ktoś zapłaci za małowartościowe dobro wielkie pieniądze tylko dlatego, że producent był na tyle nieudolny, że wyprodukował je wielkim nakładem pracy, kosztów i czasu? W żadnym wypadku. Konsumenci w ogóle nie są zainteresowani tym, jakie koszta ponoszą producenci, chcą kupować towary jak najtańsze i jak najlepszej jakości. Producenci chcieliby natomiast na swoich dobrach zarabiać jak najwięcej, przerzucając w jak największym stopniu ponoszone koszty (czyli również podatki) na konsumentów. Swoją drogą to Karol Marks wywiódł z dorobku klasyków ekonomii teorię wartości, według której o cenie towaru decyduje ilość pracy włożona w jego wyprodukowanie…

Co więc decyduje o tym jaki pułap osiąga cena danego produktu? Relacja zachodzące pomiędzy popytem i podażą, czyli de facto „negocjacje” pomiędzy konsumentami, a producentami, co wcale nie neguje możliwości przerzucania podatków i wliczania ich w cenę. Dzieje się tak, ponieważ problem przerzucania podatków nie jest czarno biały, jak uważają zwolennicy każdej z opcji.

Niektórzy przekonują, że podatek nałożony na przedsiębiorcę zawsze zapłaci przedsiębiorca, bowiem przerzucenie podatku na konsumentów wiązałoby się z obniżeniem popytu i spadkiem zysków. Zapominają jednak, że zmiana ceny o podatek, to tylko jeden z determinantów, które wpływają na wysokość popytu. Inne czynniki to przykładowo: preferencje nabywców, rodzaj danego dobra, poziom ceny, poziom bogactwa w społeczeństwie, dostępność substytutów i jeszcze kilka innych. Inaczej zareagowałby poziom popytu na przerzucenie kompletnie nowego podatku o wysokiej stawce (np. 40%), inaczej na niewielkie zwiększenie już istniejącego podatku (np. z 22 do 23%). Dodatkowo, tak jak pisałem na początku, kluczowa jest kwestia elastyczności cenowej popytu.

Spotkałem się też z tezą, że zjawisko przerzucania podatków tak naprawdę nie ma sensu, bo skoro byłoby to możliwe, to producenci wcale nie czekaliby na podwyżkę podatków, by podnieść cenę – robiliby to już wcześniej, bez bodźca w postaci zwiększonego podatku. Argument jest dla mnie absurdalny… Przecież tak się właśnie dzieje. Producenci bardzo często „eksperymentują” z ceną, obserwują jak na jej zmianę reagują konsumenci i starają się w ten sposób maksymalizować zyski (co nie znaczy, że tylko cenę podnoszą; stosują też np. zagrywki marketingowe z czasową obniżką ceny, by później niezauważalnie cenę podnieść). Mają jednak w tym zakresie WZGLĘDNĄ swobodę (niektórzy np. próbują nieco podnieść ceny, jednocześnie obniżając podaż dóbr – sprzedają „mniej za więcej”), natomiast wprowadzenie (podwyżka) podatku wywiera na przedsiębiorcy presję (przymus), która wcześniej nie istniała, dlatego stara się on ciężar podatku przenieść na kogoś innego. Tutaj należy wspomnieć, że podatki można przerzucać nie tylko „w przód”, podwyższając cenę towaru, ale i „w tył” np. obniżając ceny płacone dostawcom.

Warto odnotować, iż nowe podatki lub ich podwyżki rzadko kiedy przerzucane są w całości i płacone wyłącznie przez przedsiębiorcę lub konsumenta. Zazwyczaj między podmiotami na rynku trwa walka o to, kto zapłaci większą część podatku (warto jednak pamiętać, że nie zawsze istnieje możliwość przerzucenia ciężaru fiskalnego). Ten proces opisuje tzw. reguła N. F. Canarda: „stare podatki to dobre podatki”. A. Gomułowicz pisze: „Według N. F. Canarda stare podatki (…) z reguły są lepsze niż nowe. (…) nowe obowiązki wywołują opór, a stare, do których podatnik się już przyzwyczaił, takiego oporu nie budzą. Każdy podatek staje się dobry, gdy walki o jego odrzucenie, a także walki dotyczące jego przerzucenia kończą się, a podatek przystosowuje się do systemu podatkowego.” Dodatkowo: „Canard jest traktowany jako twórca „optymistycznej teorii dyfuzji”. Zgodnie z tą teorią jest mniej lub bardziej obojętne to, na kogo zostanie nałożony podatek. Z biegiem czasu musi się on samorzutnie rozłożyć odpowiednio do zdolności płatniczej podatników. Zanim do tego dojdzie upływa jednak czas, w którym podatnik podejmuje walkę o przerzucenie ciężaru podatkowego. Ta walka obejmuje całe społeczeństwo, a to sprawia, że całe społeczeństwo wytrącone jest ze stanu równowagi. (…) N. F. Canard porównuje podatki do wody, która wpływa do systemu naczyń połączonych. Jeśli do jednej z rur wleje się jakąś ciecz, przemieści się ona stopniowo do wszystkich rur, a jej przepływ zakończy się dopiero wtedy, gdy wszędzie ustali się ten sam poziom. Teraz ciecz będzie rozdzielona we wszystkich rurach w zależności od ich przekroju, tak jak nałożenie podatku na wszystkich podatników wydaje się rozłożone w zależności od produktywności oraz od ich pracy.[4]

W praktyce zdolność przerzucania podatków jest utrudniona i bardzo skomplikowana, i zależy od wielu czynników, do których zaliczyć możemy np.: poziom bogactwa społeczeństwa, rodzaj przerzucanego podatku, cykl koniunkturalny, ustrój gospodarczy, poziom inflacji czy dostępność określonych dóbr (tzw. bariery ekonomiczne). Bardzo często przerzucanie podatków uniemożliwia rząd, wprowadzając np. zakaz podnoszenia cen (tzw. bariery prawne). Uznaje się, że łatwiej przerzuca się podatki pośrednie niż bezpośrednie.

Fiskalizm jest zjawiskiem, które intensyfikuje przerzucanie podatków. Pozornie może wydawać się, że przerzucanie obciążeń fiskalnych ma neutralny wpływ na gospodarkę, bo nie powinno mieć znaczenia, kto rzeczywiście ponosi ciężar fiskalny podatku. W sytuacji przerzucenia podatku „w całości” poszkodowany jest ewentualnie ostateczny konsument, przedsiębiorca, wychodzi „na swoje”. Adam Krzyżanowski, jednak słusznie zauważył, że: „(…) przerzucone podatki są widoczną ofiarą ekonomiczną konsumentów, niewidoczną producentów, ponieważ podatki ograniczają możność zwiększenia wytwórczości”. Cena powiększona o podatek wyrównuje u przedsiębiorcy damnum emergens, ale nie lucrum cessans[5].

Przedstawiona analiza jest oczywiście bardzo uogólniona; mechanizmy przebiegające w gospodarce są bardzo złożone, dlatego nie sposób przewidzieć wszystkich zachowań i ich skutków. To decyzje podejmowane przez przedsiębiorców i konsumentów (niestety również rząd) są kluczowe, a każda decyzja niesie odpowiednie konsekwencje.

Kończąc, powyższa analiza nie miała na celu przedstawienia jedynej, słusznej racji. Swoim wpisem chciałem zachęcić do dyskusji na ten temat i zasygnalizować, że zjawisko przerzucania podatków nie jest tematem prostym, a odpowiedź na to, kto płaci za podwyżkę lub wprowadzenie podatku nie jest tak jednoznaczna, jak się powszechnie przyjmuje.

[1] A. Gomułowicz, Zasady podatkowe wczoraj i dziś, Warszawa 2001, s.67 i R. Gwiazdowski, Ekonomiczny aspekt opodatkowania, Warszawa 2004, s. 24.

[2] Za: R. Gwiazdowski, op. cit., s. 23 i 24.

[3] A. Gomułowicz, op. cit., s. 72.

[4] A. Gomułowicz, Podatki a etyka, Warszawa 2013, s. 44 i 45.

[5] Za: R. Gwiazdowski, op. cit., s. 34.

Zobacz również