UDOSTĘPNIJ

PRL i komunizm, czyli rzecz o „dekomunizacji”

Od ponad 25 lat, jednym z czołowych haseł znacznej części polskich środowisk prawicowych i konserwatywnych jest ich rzekomy „antykomunizm”, który manifestuje się w postulacie „dekomunizacji” polskiego życia publicznego. Postulat ten przybiera odmienne formy i różnie określany jest jego zakres – od zmian nazw ulic[1], poprzez lustrację[2], aż do wykluczenia z życia publicznego wszystkich osób, które brały udział w legalnym życiu politycznym okresu PRL[3] czy nieformalnej infamii osób, które ustrój ten wspierały swoim autorytetem moralnym (Bronisław Łagowski, Andrzej Drawicz)[4]. W pewien sposób, dobrze ducha idei dekomunizacji oddał Wojciech Cejrowski, którego na portalu Facebook lubi pół miliona Polaków. W programie Jana Pospieszalskiego stwierdził on, że „pójść won” powinni wszyscy sędziowie, policjanci i urzędnicy, którzy pracowali w poprzednim systemie. Nie powinno być rozgraniczania na dobrych i złych, czystka powinna być kompletna[5]. Ten najbardziej radykalny wariant rzekomej dekomunizacji wydaje się przybierać na popularności, czego wyrazem coraz liczniejsze Marsze Niepodległości, na których padają radykalnie antykomunistyczne hasła.

Oprócz uznania zasadności postulatu dekomunizacji znaczna część prawicowych publicystów i naukowców zgadza się co do tego, że w III Rzeczpospolitej plany dekomunizacji zakończyły się porażką i nigdy do niej tak naprawdę nie doszło (a na pewno nie w stopniu wystarczającym). Znany prawicowy publicysta Bronisław Wildstein pisze: „Polska, pomimo demokratycznych procedur, stanowi rodzaj oligarchii, czyli władzy nielicznych. Dekomunizacja i lustracja mogłyby temu zapobiec, ale zostały zatrzymane[6]. Wstrzymując się od oceny pierwszego zdania, zwracam uwagę na zdanie drugie, które można uznać chyba za reprezentatywne dla opinii szerszych kół intelektualnych polskiej prawicy. Z kolei profesor Jan Żaryn, znany historyk i publicysta tygodnika „W Sieci”, otwarcie sympatyzujący z prawą stroną sceny politycznej, twierdzi że: „Moim zdaniem dekomunizacja nie została na dobre rozpoczęta. (…) [Przeprowadzić procesu dekomunizacji] W ogóle się nie udało, ani w pełni, ani tym bardziej skutecznie. Wręcz odwrotnie.[7]

W artykule tym postaram się dowieść, że samo używanie pojęcia „dekomunizacja” w kontekście, w jakim zostało ono użyte w powyższych przykładach, jest nieprawdziwe i kłamliwe. Polskiej prawicy wcale nie zależy na „dekomunizacji” polskiej sfery publicznej, albowiem proces dekomunizacji Polski rozpoczął się w roku 1956 i już w latach ’70 XX wieku komunizm w Polsce de facto nie istniał. To, o czym pisze prof. Żaryn albo B. Wildstein możemy określić mianem „dePRL-izacji” polskiej sfery publicznej. Różnica między „dekomunizacją” a „dePRL-izacją” nie jest tylko kwestią semantycznego pedantyzmu, ale jest różnicą o znaczeniu fundamentalnym, której niezrozumienie zupełnie wypacza nasze spojrzenie na okres PRLu i leży u źródeł bardzo wielu nieporozumień w polskiej przestrzeni publicznej. Nieświadomość istnienia takiego rozróżnienia przyczynia się do braku zrozumienia istoty niezwykle groźnego totalitaryzmu, jakim był komunizm; błędnej interpretacji historii PRL, jej rozwoju oraz relacji z utopią komunistyczną; niezrozumienia postaw intelektualistów i zwyczajnych, „szarych” ludzi żyjących w tamtym okresie oraz – w efekcie – do wydawania pobieżnych, nieprawdziwych, uproszczonych i często obraźliwych sądów na temat PRL oraz ludzi wówczas w Polsce żyjących. Za tym z kolei idą irracjonalne postulaty polityczne oraz rosnąca radykalizacja polskiego społeczeństwa.

Proces ten dotyka w szczególności osoby młode, które coraz częściej nie posiadają elementarnej wiedzy historycznej, albo opierają ją na zwulgaryzowanych uproszczeniach, którym bardzo często patronuje Instytut Pamięci Narodowej (oczywiście, z pewnymi chlubnymi wyjątkami). Rzetelna edukacja historyczna, tłumacząca m.in. różnice między „dekomunizacją” a „dePRL-izacją”, jest więc nie tylko problemem akademickim, ale też palącym problemem społecznym, który zasługuje na poważne potraktowanie.

 

 

Komunizm – „skok do królestwa wolności”.

W swoich dotychczasowych pracach, opisywałem jak dotąd problem marksistowskiej wolności[8], a także naszkicowałem bardzo ogólny zarys historii intelektualnej komunizmu z punktu widzenia (głównie zachodnioeuropejskich) intelektualistów[9][10][11]. Sam Fryderyk Engels definiował komunizm jako „skok ludzkości z królestwa konieczności w królestwo wolności”[12]. Koncepcja marksistowskiej wolności leży więc u podstaw idei komunistycznej i musi być dobrze zrozumiana, szczególnie że znacząco różni się od powszechnie obecnie uznawanej, liberalnej koncepcji wolności.

Podstawową różnicą między obiema tymi koncepcjami jest fakt, że u Marksa podmiotem wolności nie jest pojedyncza jednostka ludzka, tylko podmiot kolektywny w postaci gatunku ludzkiego. Człowiek posiada swoją obiektywną istotę gatunkową, która u wszystkich ludzi jest taka sama. Skąd więc biorą się różnice, konflikty i spory wśród ludzi? Są one wynikiem „samowzbogacającej się alienacji”, która sprawia, że człowiek stopniowo traci kontrolę nad wytworami swojej pracy, co prowadzi do tworzenia się kast wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych oraz towarzyszącej jej walki klas. Początkowo, w czasach przednowoczesnych, wytwory pracy jednostki były ‘przedłużeniem osobowości’ każdego człowieka, nad którymi jednostka posiadała pełną kontrolę. Stopniowo jednak, w miarę rozwoju technologicznego oraz działania obiektywnych praw historycznych, rozpoczął się proces ‘alienacji’, przez co wytwór pracy jednostki stał się czymś dla niej obcym, a nawet wrogim. Człowiek nie tylko nie panuje nad swoimi wytworami, ale sam staje się ich sługą. Zacytuję tu fragment swojego poprzedniego artykułu:

Głównym problemem jest tutaj fakt, że człowiek tracąc kontrolę nad otaczająca go rzeczywistością (czego gospodarka kapitalistyczna jest najwyższym stadium) traci kontrolę nad wytworami swojej własnej pracy i przez to ulega „rozdwojeniu”, a w końcu dehumanizacji, nie mogąc realizować swojej istoty gatunkowej. Na człowieka składa się bowiem nie tylko fizyczne ciało, ale również wszystkie jego wytwory oraz dzieła, które stanowią rozwinięcie jego osobowości oraz istoty. Tracąc kontrolę nad tymi wytworami – które dostają się pod władzę chaotycznych sił rynkowych – człowiek traci „cząstkę siebie”, a wraz z tym kontakt z samym sobą, ze swoją naturą gatunkową. To samo co człowiek współtworzył, teraz staje się dla niego obcą, wrogą mu siłą – jednostka jest teraz wyalienowana od własnego człowieczeństwa.”

Komunizm miał tutaj stanowić „powrót do samego siebie”, ostatnie stadium rozwoju ludzkości w którym zlikwidowane zostanie rozdwojenie, a człowiek oraz jego wytwory na powrót staną się jednością. Człowiek w końcu przestanie być sługą rynku, a zacznie prowadzić godne siebie życie. Ludzie nareszcie wezmą sprawy w swoje ręce i zaczną w sposób świadomy i kolektywny planować całokształt swojego życia ekonomiczno-społecznego. Ewentualne niesnaski i konflikty oznaczać będą, że alienacja nie została do końca przezwyciężona i w ostatecznym etapie rozwoju i tak ostatecznie zanikną. Tylko w jednomyślnym kolektywie jednostka będzie mogła się właściwie spełniać.

Wszystko to pokazuje nam jednoznacznie, że komunizm już w samej swojej istocie zupełnie anihilował wolność liberalną i prawo do samodecydowania o sobie jednostki. Komunizm w samym swoim rdzeniu był koncepcją na wskroś totalitarną.

 

 

Wizja „pełnego” komunizmu

Dokładny drogowskaz budowy komunizmu ulegał zmianie w trakcie życia Karola Marksa, jednak najważniejszym rozróżnieniem, jakie pojawiło się w jego myśli (a dokładnie w „Krytyce Programu Gotajskiego”), był podział drogi do komunizmu na dwa etapy:

  • „socjalizm” który miał realizować koncepcję „każdemu według pracy”
  • właściwy „komunizm”, który realizowałby ideę „każdy według zdolności, każdemu według potrzeb”

Zacznijmy najpierw od tej drugiej koncepcji, czyli pełnokrwistego komunizmu, który zrealizowałby wszystkie swoje obietnice. Jednym z powszechnym mitów jest ten, że Marks i Engels krytykowali kapitalizm, ale nie zaprezentowali jasnej i wyraźnej wizji tego jak miałby wyglądać komunizm. Jest to nieprawda, bowiem w pracach obydwu myślicieli pojawia się bardzo klarowna wizja społeczeństwa komunistycznego.

Społeczeństwo komunistyczne byłoby kolektywem posiadającym jednolitą wolę i w sposób jednomyślny planującym całokształt swojego życia społeczno-ekonomicznego. Engels potężnie krytykował „anarchię rynku”, ale był jednocześnie pod ogromnym wrażeniem organizacji produkcji w wielkich, kapitalistycznych fabrykach. Fabryka przemysłowa jest kierowana w sposób racjonalny, uporządkowany, jednomyślny i despotyczny. Pracownicy fabryki tworzą wymarzony kolektyw, w którym każdy ma swoje miejsce. Problem zaczyna się w momencie, gdy produkt wydostaje się poza fabrykę i staje się obiektem działania anarchicznych, chaotycznych procesów rynkowych.

Marks i Engels stwierdzili więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozciągnięcie planowania fabrycznego na całokształt życia ekonomiczno-społecznego. Mało tego, Engels dowodził, że dotychczasowi kapitaliści mogliby zachować swoją pozycję – o ile dystrybucja produktów stałaby się w pełni planowa i scentralizowana, o tyle zachowana zostałaby kapitalistyczna struktura produkcji.

W efekcie, społeczeństwo komunistyczne stałoby się „jedną, wielką fabryką”. Włodzimierz Lenin był pod tym względem pilnym uczniem niemieckich filozofów, gdy twierdził, że „Wszyscy obywatele są pracownikami jednego, obejmującego kraj państwowego syndykatu. (…) Całe społeczeństwo staje się jednym biurem i jedną fabryką[13]

 

 

Droga do komunizmu, czyli socjalizm

Mimo zaprezentowanych wyżej wizji „kapitalizmu państwowego”, Engels i Marks nigdy nie ukrywali, że ewolucja w kierunku komunizmu nie może być płynna. Zmiana społeczna musi być efektem potężnej rewolucji, w wyniku której robotnicy wejdą w posiadanie środków produkcji i zarządzą ‘dyktaturę proletariatu’. Będzie istnieć bardzo jasna cezura – z jednej strony kapitalizm, a z drugiej brutalne zerwanie z nim i stworzenie nowego, postkapitalistycznego społeczeństwa, najpierw socjalistycznego, a potem komunistycznego. Po obaleniu kapitalizmu ewolucja będzie już stopniowa (instytucja państwa w socjalizmie po prostu wygaśnie – „The state is not “abolished,” it withers away.[14]), ale samo zerwanie z kapitalizmem musi być drastyczne.

W tym momencie dochodzimy do meritum wielu nieporozumień. Albowiem podstawowym, absolutnie pierwszym i priorytetowym warunkiem zerwania z kapitalizmem i rozpoczęcia budowy socjalizmu i komunizmu jest kompletne zniesienie gospodarki towarowo-rynkowej oraz instytucji pieniądza. Zniesienie rynku nie będzie efektem „dojrzałego” komunizmu, ale jego warunkiem wstępnym. Zamiast pieniędzy pojawią się certyfikaty pracy, które będą uprawniały do pobierania ściśle określonych dóbr, i których nie będzie można wymieniać ani akumulować, jak w przypadku kapitału. Nie ma to nic wspólnego ze słynnymi kartkami z okresu PRL – była to zwyczajna reglamentacja żywności spowodowana problemami zaopatrzeniowymi w kraju. Podobna reglamentacja miała miejsce chociażby w Wielkiej Brytanii tuż po II wojnie światowej. W sposób naturalny towarzyszyło temu kompletne zniesienie własności prywatnej. Dotyczyć to miało wszystkich gałęzi gospodarki, łącznie z rolnictwem, które miało zostać skolektywizowane. Istnienie prywatnego rolnictwa była absolutnie nie do zaakceptowania z punktu widzenia socjalizmu/komunizmu, a liberalna Nowaja ekonomiczeskaja politika, czyli NEP, stanowiła jedynie tymczasowy, taktyczny odwrót spowodowany dramatyczną sytuacją dopiero co tworzącego się ZSRR.

Najbardziej znanym przypadkiem próby zniesienia gospodarki towarowo-pieniężnej w imię ideologii komunistycznej, był ten podjęty przez Włodzimierza Lenina, tuż po rewolucji październikowej – ludzie dostawali specjalne książeczki, które zastąpiły pieniądze. Pomysł okazał się być jednak totalnym fiaskiem, który doprowadził do anarchii i potężnego kryzysu w państwie. Nic dziwnego, że potem z niego zrezygnowano.

Komuniści nie mogli tolerować jakiejkolwiek opozycji zarówno politycznej jak i ideowej. W związku z tym losy Kościołów i związków wyznaniowych były jasno nakreślone – można je było tolerować w ściśle ograniczonym okresie czasu w celach stricte taktycznych, ale Kościoły nie mogły być pod żadnym pozorem pełnoprawnym członkiem komunistycznego społeczeństwa – zamiast tego miały zostać zlikwidowane i zniesione. Żaden Kościół nie mógł być nawet „tolerowany” i wszystkie działania komunistycznego społeczeństwa miały mieć na celu ich zniszczenie.

W końcu – „naukowy socjalizm” Marksa i Engelsa nie był zaledwie kolejną z propozycji ideowych, którą można było przyjąć albo odrzucić. Obaj filozofowie wierzyli, że odkryli obiektywne prawa rządzące światem i jedyny rodzaj wolności jaki może posiąść jednostka, to uświadomienie sobie tych praw oraz ochocze podporządkowanie się im. Monopol polityczny nie był więc wystarczający, komunistom chodziło też o stworzenie nowego modelu człowieka, pokierowanie go ku drodze naukowej Prawdy, poprzez ścisłą kontrolę nie tylko jego zachowań, ale też myśli i uczuć. Nie mogło tutaj wystarczyć zwyczajne podporządkowanie się – człowiek biorący los w swoje ręce musi wykazywać swój niezłomny entuzjazm wobec idei komunizmu i czuć nienawiść do wszelkiej reakcji. Komunizm dokonywał więc najgłębszego gwałtu, jakiego można dokonać na ludzkiej jednostce, próbując spenetrować i umodelować na swoją modłę nie tylko zewnętrzne zachowania, ale też całą osobowość człowieka.

Warto mieć te 3 główne cechy utopii komunistycznej (z naciskiem na pierwszą) przed oczami, w momencie gdy przejdziemy do analizy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

 

 

PRL – periodyzacja

Istnieją różne sposoby periodyzacji okresu Polski Ludowej, a najczęściej chyba stosowanym jest ten, dzielący tą epokę według rządów kolejnych pierwszych sekretarzy KC PZPR. W poniższym wywodzie zastosuję nieco inny, uproszczony podział, w którym podstawowym wyznacznikiem będzie stosunek państwowości polskiej po 1944 roku do idei utopii komunistycznej.

Podstawową i zasadniczą cezurą jest pod tym względem rok 1956, który dzieli cały okres PRL na dwa okresy, które będę określał mianem „przedpaździernikowych” i „popaździernikowych”. Będę dowodził, że w roku 1956 doszło do poważnych zmian w istocie ustroju państwa polskiego i PRL była zasadniczo innym państwem przed i po 1956 roku. Możemy tą zmianę określić mianem wręcz swoistej „transformacji ustrojowej”, mając świadomość, że była to transformacja mocno ograniczona, jeśli porównamy ją chociażby z wydarzeniami 1989 roku.

Oczywiście, procesy odwilżowe w Polsce zaczęły się już wcześniej. Po śmierci Józefa Stalina 5 marca 1953 roku, polscy komuniści zaostrzyli chwilowo politykę wobec Kościoła (czego wyrazem proces biskupa Kaczmarka i aresztowanie prymasa Wyszyńskiego), ale mimo to już w 1954 roku zima stalinizmu zaczęła się „roztapiać” w wyniku odwilży. W marcu 1954 gen. Radkiewicz wydał rozkaz o złagodzeniu metod śledztwa, dając wszystkim więźniom prawo do minimum 7 godzin nieprzerwanego snu na dobę. Latem tego samego roku rozwiązano X Departament MBP, a na Zjeździe Literatów Polskich ujawniła się grupa otwartych wrogów socrealizmu. Były to mimo wszystko tylko pojedyncze objawy osłabiania się stalinowskiego systemu.

Początek „właściwej” odwilży w Polsce możemy przypisać chyba na grudzień 1954 roku, kiedy to rozwiązano całe Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego oraz Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym a także, unikając przy tym rozgłosu, zwolniono z więzienia Władysława Gomułkę. Tym zmianom politycznym towarzyszyły wkrótce zmiany społeczne i ożywienie się życia intelektualnego. Proces odwilży rozpoczął się więc na dobre już pod koniec 1954 roku.

Mimo to, obstaję przy uznaniu daty października 1956 za elementarną cezurę z dwóch powodów: 1) był to moment symboliczny, który stanowił moment szczytowy odwilży i wpisał się w ten sposób w pamięć zbiorową Polaków, 2) od tego momentu proces dekomunizacji Polski nie był już efektem bezwiednej dezintegracji systemu, lecz stał się świadomą polityką nowej ekipy rządzącej.

Okresu 1956-1989 nie zamierzam dzielić na mniejsze odcinki oraz ich analizować, nie uważam bowiem, aby było to niezbędne dla uzasadnienia podstawowych tez tego tekstu. Przez cały ten okres PRL ulegała wprawdzie znaczącym zmianom, ale nie jeśli chodzi o podstawy ustrojowe i stosunek do utopii komunistycznej. Te pozostawały mniej więcej te same – zarówno w okresie „małej stabilizacji” Władysława Gomułki, w trakcie krótkiego boomu konsumpcyjnego Edwarda Gierka czy też podczas rosnącej roli wojska i de facto dyktatury wojskowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Oprócz cezury roku 1956, chciałbym wprowadzić też drugą, także dosyć ważną. Lata 1944-1956 możemy podzielić na dwa okresy. Pierwszym z nich jest okres dochodzenia komunistów do władzy w pierwszych latach rządów, który charakteryzował się względnym liberalizmem społecznym i intelektualnym, przy bezwzględnym umacnianiu monopolu politycznego. Było to preludium do okresu, który – niezbyt precyzyjnie – określa się mianem „stalinizmu”, a który możemy też określić mianem sowietyzacji oraz komunizacji Polski. Symboliczną datą jest tutaj Zjazd Zjednoczeniowy PPR i PPS w dniach 15-21 grudnia 1948 roku.

Obie cezury (grudzień 1948 i październik 1956) są powszechnie przyjmowane w historiografii i mogą się wydawać oczywiste, ale – gwoli ścisłości – chciałem je tutaj przywołać i uzasadnić ich wybór pod kątem głównych tez mojego tekstu.

 

 

1944-1948. Demokracja, niepodległość i walka z faszyzmem.

W pierwszych czterech latach Polski Ludowej, utopia komunistyczna była zupełnie nieobecna w dyskursie publicznym. Polska Partia Robotnicza odżegnywała się od chęci sowietyzacji Polski i próbowała zdobyć częściową legitymizację polskiego społeczeństwa poprzez lewicujące, ale w dużej mierze oględne i szczytne hasła demokratyzacji życia publicznego czy walki z hitleryzmem.

 

a) Inteligencja i społeczeństwo polskie

Hasła te miały jeden zasadniczy cel – przyciągnąć do nowego ustroju jak najwięcej niekomunistów, czy nawet osób z centrum albo z umiarkowanej prawicy, w celu utworzenia ogólnonarodowego porozumienia ponad podziałami. Fundamenty ideowe były łatwe do przyswojenia i nawet z dzisiejszego punktu widzenia mogą sprawiać wrażenie słusznych. Walka z hitleryzmem łączyła się z bardzo silną propagandą antyniemiecką, noszącą wręcz cechy szowinizmu, co było jednak zrozumiałe biorąc pod uwagę przeżycia wojenne Polaków. Mocno akcentowano niepodległość i wolność Polski, a sojusz ze Związkiem Radzieckim umieszczano w kontekście ogólnego sojuszu Polski z blokiem antyhitlerowskim, którego ZSRR było najmocniejszym filarem. Serdeczne relacje ze wschodnim sąsiadem nie zmieniały faktu, że ustrój radziecki miał być modelem, którego działacze PPR tykać się nie będą.

Model systemowy, jaki miała przyjąć Polska po 1945 roku nosił miano „demokracji ludowej” i miał być rozwiązaniem pośrednim pomiędzy demokracją kapitalistyczną a radziecką demokracją socjalistyczną. Odcinanie się od wzorców radzieckich wyrażało się też w dowartościowywaniu polskiej tradycji i historii. 5 maja 1945 roku oa Rada Narodowa zatwierdziła uchwałę o wydaniu narodowym „Dzieł” Mickiewicza, a w polskich szkołach pierwiastki socjalistyczne mieszały się z tradycją katolicko-narodową. Oto jak opisywał szkołę powojenną Jerzy Urban w rozmowie z Martą Stremecką:

Oczywiście belfrzy są przedwojenni. Podręczniki są przedwojenne, łącznie z książkami o bohaterskim małym Ziuku. Wszystko jest bogoojczyźniane. Czytanki o harcerzach co wytropili sowieckiego szpiega. W samej szkole działa Związek Walki Młodych – organizacja komunistyczna, ZMW RP Wici, Sodalicja Mariańska, skauting amerykański, harcerstwo polskie, koło naukowe, spółdzielnia uczniowska itd. (…)Tam aż kipi od życia.

W klasie na ścianie, na samej górze wisi krzyż, pod krzyżem orzeł, pod orłem Bierut, po bokach Bieruta Cyrankiewicz i Żymierski, zamieniony potem na Rokossowskiego. Kiedy ktoś brudną szmatą obrzuca ten ołtarzyk, nauczycielka na lekcji wychowawczej mówi, że nie wolno rzucać szmatą, bo można trafić w krzyż, po drugie Cyrankiewicz, jaki jest, to jest, ale dużo naszych wyciągnął z Syberii, a orzeł to orzeł, i w ogóle po co nam kłopoty. W tej tonacji to się odbywa”[15]

Polską tradycję interpretowano w niezwykle inkluzywny sposób – po stronie lewicy i postępu stawiano nie tylko dogmatyczny marksizm-leninizm, ale też spuściznę Romualda Traugutta, Tadeusza Kościuszki czy Jana Henryka Dąbrowskiego (kolekcja znaczków z ich podobiznami została wydana już 7 września 1944 roku). Upowszechniano dzieła nie tylko Adama Mickiewicza, ale też Juliusza Słowackiego, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Stefana Żeromskiego czy Elizy Orzeszkowej. Wszystko to było organizowane pod hasłem upowszechniania i demokratyzacji kultury.

I to był właśnie argument, który najmocniej przemawiał do rzesz polskich intelektualistów, którzy opowiedzieli się po stronie Polski Ludowej w 1944 czy 1945 roku. Nie komunizm, w który wierzyła stosunkowo niewielka grupka osób, ale nowa, odbudowana na zgliszczach II RP, demokratyczno-socjalistyczna Polska „ludowa” była postulatem, pod którym się podpisywali i który PPR obiecywała. Literatura nie miała być już przyjemnością dla wąskiej grupki osób, tylko dobrem narodowym, docierającym pod strzechy wszystkich Polaków bez wyjątku. To był główny argument dla którego ustrój poparł Jacek Bocheński, który swoją wizję polityki kulturalnej nakreślił już 3 września 1944 roku w „Odrodzeniu”. Jego zdaniem, literatura powinna być witaminą narodu, musi stać się „nieoficjalną szkołą etyczną społeczeństwa”. Program głoszony przez władze „utożsamia się z ideą upowszechniania literatury w sferach najszerszych z ideą najdalej pomyślanej demokratyzacji naszego życia państwowo-społecznego, przypisuje też sprawie cechy palące, żąda od literatury moralnego użyźnienia ‘dołów’”. Polska powojenna nie może być „prolongatą zatęchłego sarmatyzmu szlacheckiego pod zmienioną chorągiewką, ale Polską młodą, odświeżoną społecznie”. Bocheński w tamtym momencie nie był komunistą, ale szczerze wierzył w rewolucję społeczną, która wyemancypuje masy ludowe w Polsce.[16]

Pod tymi hasłami – z utopią komunistyczną nie mającymi absolutnie nic wspólnego – podpisywała się cała rzesza polskich literatów, którzy postanowili budować nową Polskę „ludową”. Już latem 1944 roku do Lublina przybyli m.in. : Jacek Bocheński, Helena Boguszewska, Mieczysław Jastrun, Kazimierz Andrzej Jaworski, Julia Hartwig, Anna Kamieńska, Zygmunt Kałużyński, Stanisław Jerzy Lec, Józef Ozga Michalski, Ryszard Matuszewski, Janusz Minkiewicz, Stanisława Zakrzewska, Stefan Żółkiewski, Mirosław Żuławski i wielu innych[17].

 

b) Gospodarka

Nowa władza ani myślała likwidować gospodarkę rynkową, a w pierwszych latach aprobowała wręcz pewną dozę wolnego rynku i propagowała myśl ekonomiczną myślicieli antystalinowskich. Najogólniej rzecz biorąc, lata 1944-1947 w polskiej gospodarce były w ogromnej mierze kontynuacją polityki sanacji. Już w latach przedwojennych rozpoczął się proces etatyzacji polskiej gospodarki, czego koronnym osiągnięciem była budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego przez Eugeniusza Kwiatkowskiego. Komuniści początkowo kontynuowali te pomysły. 12 maja 1945 na pierwszej stronie PPR-owskiego „Sztandaru Ludu” ukazał się artykuł o tytule – „Nie będzie kolektywizacji”. Odżegnywano się od komunizmu w sposób zdecydowany i jednoznaczny. W listopadzie 1945 roku powołano Centralny Urząd Planowania z Czesławem Bobrowskim na czele, w którym dominowała Polska Partia Socjalistyczna, nastawiona w dużej mierze antykomunistycznie. Planizm gospodarczy ograniczał się głównie do wydobycia węgla, transportu i aprowizacji, a co do tego, że trzeba znacjonalizować wielkie zakłady przemysłowe zgadzali się wszyscy, łącznie z PSL-em. W Centralnym Urzędzie Planowania wkrótce przygotowano wydanie klasycznej pracy Oskara Langego opisującej model socjalizmu rynkowego. Sam Bobrowski wierzył we współistnienie trzech sektorów gospodarki – państwowego, prywatnego i spółdzielczego, z naciskiem jednak na ten pierwszy[18].

Zwrot w polityce gospodarczej rozpoczął się w roku 1947. W kwietniu tego roku Hilary Minc ogłosił założenia „bitwy o handel”, która miała zlikwidować własność prywatną, przetransformować spółdzielczą i znacjonalizować rynek. W następnym miesiącu powołano Biuro Cen mające ustalać wysokość marż i cen maksymalnych na produkty przemysłowe. W czerwcu uchwalono trzy ustawy, stanowiące podstawę ‘bitwy o handel’: 1) ustawę w sprawie zwalczania drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym 2) ustawę o obywatelskich komisjach podatkowych i lustratorach społecznych 3) ustawę o zezwoleniach na prowadzenie przedsiębiorstw handlowych i budowlanych. Mimo tych zmian, uchwalony latem 1947 roku Plan Trzyletni okazał się być wielkim sukcesem i jedynym w pełni zrealizowanym planem gospodarczym PRL.

Rok 1948 stanowił już preludium do procesu komunizacji Polski w sferze gospodarczej. W lutym przeprowadzono czystki w CUP-ie, a w następnym miesiącu instytucję tą opuścił Czesław Bobrowski. W lipcu Hilary Minc, na posiedzeniu plenum PPR, wygłosił referat w którym zapowiedział kolektywizację i tworzenie kołchozów (rolniczych spółdzielni produkcyjnych) i sowchozów (państwowych gospodarstw rolnych) w całym kraju. Był to pierwszy etap wprowadzania utopii komunistycznej w życie. Efektem tego była… panika na wsi, którą we wrześniu 1948 musieli gasić PPR-owscy agitatorzy, wysłani do uspokojenia nastrojów.

 

c) Polityka

Pierwsze lata Polski Ludowej były okresem, w którym komuniści bardzo powoli i ostrożnie, ale mimo to konsekwentnie i bezwzględnie torowali sobie drogę do pełnego monopolu politycznego. Robiono to etapami, okresy względnego liberalizmu przeplatając z kampaniami represji wobec środowisk opozycyjnych. Zarówno referendum z 1946 roku jak i wybory z 1947 zostały sfałszowane. Początkowo dążono do pewnego kompromisu z PSL-em, jednak po fiasku rozmów rozpoczęto zmasowaną kampanię represji, która zmusiła przywódcę PSL-u, Stanisława Mikołajczyka, do ucieczki z kraju w październiku 1947 roku. W stosunku do Polskiej Partii Socjalistycznej oraz innych formacji politycznych stosowano taktykę rozłamów wewnętrznych i „wyłuskiwania” posłusznych polityków z ich szeregów. Nie wahano się przed skazywaniem na wieloletnie kary więzienia zasłużonych socjalistów, za sam fakt nieuznawania nowych władz – jak to było w przypadku procesu 6 działaczy socjalistycznych z Kazimierzem Pużakiem na czele w listopadzie 1948 roku.

Nie była to polityka komunistyczna, ale też taka wtedy chyba być nie mogła. PPR musiała najpierw zdobyć pełnię władzy, aby móc zacząć realizować komunistyczną utopię. Tak czy inaczej, stosunkowo ostrożny i pragmatyczny kurs tej partii nie był wcale czymś oczywistym i pojawiało się sporo głosów, aby komunizację Polski rozpocząć na dobre jeszcze przed 1948 rokiem. Nie przystąpiono do tego jednak póki w szeregach komunistów wpływy posiadali zwolennicy kursu Władysława Gomułki.

Na odrębne potraktowanie zasługuje pozycja Kościoła katolickiego w Polsce powojennej. Początkowo, Kościół mógł liczyć na dużą dozę wolności słowa i poszanowania swoich praw. Seminaria duchowne i wyższe szkoły teologiczne działały bez żadnych problemów, a państwo zaangażowało się w odbudowę obiektów sakralnych w całej Polsce – w latach 1945-1950 państwo polskie odbudowało 551 obiektów sakralnych. Posiadłości Kościoła zostały wyłączone spod reformy rolnej, dokonano reaktywacji Caritasu oraz innych instytucji katolickich (poza Akcją Katolicką), a do 1948 roku nadawano msze przez radio.

Istniały także gazety katolickie. Debiutanckim pismem katolickim był Gość Niedzielny, którego pierwszy numer pojawił się 11 lutego 1945 roku w Katowicach. Najbardziej wpływowy był jednak liberalno-katolicki „Tygodnik Powszechny”, założony z inicjatywy bp. Adama Sapiehy i wydawany od marca 1945. Na jego łamach toczyły się żywe, zażarte polemiki z myślicielami i pisarzami marksistowskimi, w pierwszych latach bardzo rzadko cenzurowane. Oprócz nurtu katolicyzmu otwartego, liberalnego, swoje pismo mieli też katolicy narodowi, którym patronował ks. Zygmunt Kaczyński. Jego „Tygodnik Warszawski”, wydawany od 11 listopada 1945 roku otwarcie sympatyzował ze Stanisławem Mikołajczykiem. Jakby tego było mało – pismo swoje mieli też katolicy otwarcie popierający PRL oraz próbujący pogodzić marksizm z katolicyzmem, pod postacią „Dziś i Jutro” Bolesława Piaseckiego.

Kościół katolicki był więc od samego początku traktowany w sposób partnerski. Oczywiście, duża część duchownych była wroga w stosunku do nowego reżimu i często np. wspierała podziemie niepodległościowe. Z kolei władza ludowa wprowadzała nowe prawa, takie jak prawo do rozwodu i ślubu cywilnego albo nadobowiązkowe lekcje religii. O otwartym konflikcie nie było jednak mowy.

Relacje zaczęły się drastycznie pogarszać dopiero w 1947 roku. Pod koniec września 1947 w polskich kościołach został odczytany list mocno krytykujący nowe władze za rosnącą walkę z religią i wiarą katolicką. W odpowiedzi, 1 października BP KC PPR przyjęło cały program ograniczania wpływów Kościoła w państwie, takie jak rozmowy ostrzegawcze oficerów UBP z proboszczami, ograniczenie zasięgu prasy katolickiej, cenzura prasy czy ograniczenie liczby nabożeństw w mediach. Mimo to, Gomułka zapewniał cały czas, że partia nie walczy z katolicyzmem jako takim, a tylko z rozpolitykowanymi księżmi, którzy działają na szkodę nowego państwa.

Dobre relacje skończyły się bezpowrotnie w 1948 roku. 6 maja BP KC PPR zaakceptowało plan propagandowego ataku na Kościół; 5 września 1948 wyszedł ostatni numer „Tygodnika Warszawskiego”, który został zamknięty przez władze, a ks. Zygmunt Kaczyński miał zostać skazany na karę długoletniego więzienia, z którego nigdy już nie wyszedł. Symbolicznym zamknięciem tego etapu relacji państwo-Kościół była śmierć prymasa Augusta Hlonda 22 października 1948. Przez epokę stalinizmu miał przeprowadzić polski Kościół już prymas Stefan Wyszyński.

 

d) Liberalizm świadomy czy wymuszony?

Jak zobaczyliśmy, w okresie 1944-1948 w Polsce nie prowadzono generalnie polityki komunistycznej, chociaż część działań ówczesnych władz stanowiła rodzaj przygotowania do „następnego etapu”. Nie oznacza to jednak wcale, że nie można było procesu komunizacji rozpocząć wcześniej, w sposób bardziej zdecydowany. Tego właśnie domagała się grupa komunistów przybyła z Moskwy, która chciała od samego początku wzorować się na rozwiązaniach radzieckich. Na tym tle wytworzył się w PPR podział, albowiem grupa komunistów przebywających w trakcie wojny w Polsce (na czele z Władysławem Gomułką) była temu zdecydowanie przeciwna.

Zwolennicy Gomułki byli nie tylko pryncypialnymi przeciwnikami kolektywizacji (czyli pełnego zniesienia własności prywatnej), ale także w innych aspektach opowiadali się za szukaniem dróg kompromisowych, uwzględniających typowo polskie warunki. Mieli oni przede wszystkim świadomość, jak nikłe jest poparcie społeczeństwa polskiego dla idei komunistycznych i uważali, że trzeba społeczeństwo polskie do siebie przyciągnąć. Gomułka niejednokrotnie oburzał się na samowolę służb bezpieczeństwa i na podłe warunki traktowania więźniów (20-21 i 26 maja 1945). Apelował, aby nie potępiać Armii Krajowej jako organizacji, tylko wprowadzać rozróżnienie między zbrodnicze dowództwo, a zwykłych, szeregowych członków, których należy do siebie przekonać (27-28 maja 1945).

Jednak realistyczna optyka Gomułki ostatecznie przegrała w rozgrywkach partyjnych. Od grudnia 1948 roku Gomułka znalazł się w permanentnej niełasce ( i ostatecznie – w więzieniu), a nowopowstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza obrała nowy kurs – na przyspieszoną sowietyzację i komunizację polskiego państwa, jego gospodarki, kultury i społeczeństwa. Utopia komunistyczna znalazła się w natarciu.

 

 

1949-1956. Budowa komunizmu w Polsce.

Okres przyspieszonej sowietyzacji („stalinizmu”) przebiegał w Polsce w sposób nieco bardziej umiarkowany i liberalny niż w pozostałych „demoludach”, szczególnie jeśli chodzi o wymierne liczby osób zabitych i aresztowanych. Pod tym względem bardziej represyjne były pierwsze lata Polski Ludowej, kiedy to toczył się w Polsce konflikt o znamionach wojny domowej, walczono z niepodległościowym podziemiem oraz opozycją antysystemową. To, co wyróżnia jednak okres 1949-1956 to klimat wszechobecnego terroru, który penetrował poza życiem publicznym także życie prywatne ludzi; nacisk nie tylko polityczny, ale również społeczny poprzez próbę internalizacji komunizmu w umysłach Polaków; zanegowanie praktycznie całej polskiej historii, wszystkich dotychczasowych wzorców kulturowych i próba zbudowania nowego modelu człowieka.

 

a) Gospodarka i kolektywizacja rolnictwa

Polityka ekonomiczna lat 1949-1956 nie stanowiła już kontynuacji umiarkowanie etatystycznej polityki lat poprzednich. Kompletnie zlikwidowano wszelką własność prywatną, a spółdzielczość włączono w system planów społeczno-gospodarczych, ukrócając jej niezależność. Wszystkie podmioty gospodarcze miały być kontrolowane przez centralnego planistę, a cały kraj miał stać się jedną wielką fabryką, w którym każda decyzja jest racjonalna i podporządkowana dobru ogółu, a wszelka anarchia rynku wyeliminowana.

W praktyce, wyglądało to tak, że szefowie wszelkich firm w kraju zobowiązani byli podać szczegółowe informacje na temat swoich zasobów a także możliwości produkcyjnych, jakimi dysponują. Na bazie tych informacji Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego wyznaczała plan i normy dla każdego pojedynczego przedsiębiorstwa. Planowanie nie ograniczało się więc do nakreślania celów produkcji (jak na zachodzie Europy), ale wyznaczało też jej dokładną wielkość, zależnie od rodzajów towarów. Szczegółowość planów była totalna, aż do ilości przysłowiowych śrubek – w firmach pod nadzorem Ministerstwa Przemysłu Lekkiego, zapisanych w planie było okrągłe 100% produkcji, w innych przedsiębiorstwach ok. 90%[19]. Towarzyszyły temu bardzo szczegółowe kontrole i regulacje.

Pierwszym planem gospodarczym, który urzeczywistniał powyższe koncepcje był Plan Sześcioletni, obejmujący lata 1950-1955. Od samego początku nierealistyczny w swoich założeniach, zakładał forsowną industrializację kraju oraz rozbudowę przemysłu ciężkiego kosztem „lekkich” produktów konsumpcyjnych. Ogólny kierunek rozwoju ciężko z dzisiejszej perspektywy negować – industrializacja i budowa przemysłu, w świetle wiekowego zacofania Polski, była ideą słuszną. Skala, brak równowagi inwestycyjnej i zakres wyrzeczeń na jakie skazana została ludność sprawiły jednak, że plan okazał się być porażką. Po wybuchu wojny w Korei władze zostały zmuszone do wyśrubowania parametrów docelowych, które były zmieniane wielokrotnie. Zupełnie oderwane od rzeczywistości, były one motywowane ideologicznie, jako kolejne kroki ku świetlanej socjalistycznej (a w dłuższej perspektywie – komunistycznej) przyszłości.

Najbardziej jaskrawym bezpośredniego wprowadzania utopii komunistycznej w życie gospodarcze była jednak kolektywizacja rolnictwa. Miała ona na celu zniszczyć „kułaków”, którzy byli traktowani jako otwarci wrogowie władzy ludowej, oraz ukazać naukową wyższość „uspołecznionego” rolnictwa nad skazanym na zagładę rolnictwem indywidualnym. W tym celu w kraju tworzono rolnicze spółdzielnie produkcyjne oraz Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR). Zasadnicza różnica między nimi polegała na tym, że w przypadku spółdzielni rekwirowano ziemię uprawiających ją drobnych rolników, pozostawiając ją jednak formalnie w ich rękach, za to PGR tworzone były z uprzednio już zarekwirowanych w wyniku reformy rolnej ziem, które znajdowały się już w rękach państwa, przez co pracujący tam rolnicy byli pracownikami najemnymi. Ani z jednych ani z drugich nie było drogi wyjścia, a oporni rolnicy mogli liczyć na wizytę w obozie pracy.

Do 1955 roku utworzono w kraju 9076 spółdzielni produkcyjnych, które zagospodarowywały jednak tylko 9,2% użytków rolnych w kraju. Niezależnie od wsparcia państwa i marksistowskich teorii naukowych, produkcja rolna na ich terenie była znacznie niższa niż od tej w gospodarstwach indywidualnych. Również PGR rozkwitały – do 1955 roku utworzono ich 6185 na terenie Polski, jednak rezultaty jakie osiągały były jeszcze gorsze niż w spółdzielniach produkcyjnych.

Chłopi nie tylko musieli wstępować do tego rodzaju utopijnych i niewydajnych komun, ale zostali też poddani surowemu rygorowi dostarczania ścisłych kontyngentów zbóż, zwierząt rzeźnych, mleka czy ziemniaków. Co prawda mieszkańcy spółdzielni mogli liczyć na system ulg oraz obniżonych norm dostaw, ale poza umiarkowanym systemem zachęt działał też srogi aparat represji. W 1953 roku aż 250 tys. chłopów zostało ukaranych za niewywiązanie się z dostaw obowiązkowych, z czego 17 571 zostało aresztowanych a przed sąd trafiło prawie 7 tysięcy. Oprócz zachęcania do wstępowania do spółdzielni stosowano też często zwykły nakaz – jak przytacza Adam Leszczyński „w powiecie żagańskim w 1951 roku lokalny sekretarz PZPR wydał po prostu polecenie sekretarzowi gminnemu w Witoszynie, że „do tego i tego dnia musi być założona spółdzielnia[20]. Bezwzględny sposób egzekwowania dostaw obowiązkowych od rolników wyszedł na jaw po tzw. wypadkach w powiecie gryfickim i drawskim w maju i sierpniu 1951. Brutalność aparatu terenowego została skrytykowana przez Biuro Polityczne, ale dopiero po pewnym czasie.

Mimo kiepskich wyników ekonomicznych, marnych warunków życia i powszechnego oporu chłopstwa, jeszcze w lutym 1956 kierownictwo partyjne mocno wierzyło w kolektywizację, planując zwiększenie areału „uspołecznionego” z ówczesnych 9% do 25-30% w 1960 roku. Aby zarzucić ten utopijny pomysł, potrzeba było dojścia do władzy Władysława Gomułki parę miesięcy później.

 

b) Kościół katolicki

Przez cały okres Polski Ludowej Kościół katolicki w Polsce prowadził politykę umiarkowaną i pragmatyczną, opierając się ideologii komunistycznej z jednej strony i dążąc do maksymalnie najlepszych relacji z władzami państwowymi z drugiej. Okres przyspieszonej sowietyzacji Polski był jednak dla Kościoła wyjątkowym wyzwaniem, w którym musiał się bronić przed zmasowaną kampanią ataków, która miała Kościół w pełni podporządkować państwu i – w dłuższej perspektywie – zapewne zniszczyć.

Stosunek kardynała Wyszyńskiego do komunizmu był niejednoznaczny. Był on konsekwentny w potępianiu jego aspektu totalitarnego oraz wyzysku, jakiego się dopuszczał, ale niejednokrotnie popierał on (i wszystko wskazuje, że robił to szczerze) takie wartości komunistyczne jak heroizm pracy, walka z pornografią, walka z pijaństwem, utrzymywanie silnej władzy państwowej czy swoisty ascetyzm ówczesnej władzy. Prymas Wyszyński twierdził w rozmowie z dziennikarzami „Tygodnika Powszechnego” w 1952 roku, że relacje komunistów do Kościoła wcale nie muszą być takie złe, a winą za problemy w tych relacjach obarczał masonerię, która miała podburzać komunistów przeciw Kościołowi. W samej swojej istocie katolicka nauka społeczna „w założeniach bliższa jest tęsknotom komunizmu niż dążeniom kapitalizmu”, a „planowość życia gospodarczego” trzeba „wyżej stawiać niż dezorganizację wyuzdanej konkurencji kapitalistycznej”[21]. Nie można więc powiedzieć, aby ze strony Kościoła nie było pewnej dozy dobrej woli i chęci porozumienia, przynajmniej w wypadku jego najwyższych władz.

Ale od 1949 roku komuniści porozumienia już nie chcieli. Od tego roku zaprzestano w radiu nadawania mszy i audycji religijnych. 14 marca 1949 minister administracji publicznej Władysław Wolski ostrzegł sekretarza episkopatu Zygmunta Choromańskiego przed „sianiem niepokoju w umysłach młodzieży” i „nieprzyjazną (…) działalnością pewnych odłamów kleru”. Wraz z ogłoszeniem oświadczenia o tej treści w Trybunie Ludu 20 marca, rozpoczęła się w Polsce prawdziwa ofensywa antykatolicka.

5 sierpnia 1949 uchwalony został dekret „o ochronie wolności sumienia i wyznania”, w którym kara więzienia do lat trzech groziła za bardzo nieprecyzyjnie sformułowane „nadużywanie wolności wyznania i sumienia w celach wrogich ustrojowi”. Zmieniono także prawo o stowarzyszeniach, które nakładało teraz obowiązek rejestracji także w przypadku instytucji kościelnych i to w przeciągu 90 dni. 13 sierpnia 1949 na posiedzeniu BP KC PZPR wytyczony został plan walki z Kościołem składający się z następujących punktów: „1. Ustawa o zgromadzeniach 2. Ustawa o szpitalach 3. Sprawa katechetów 4. Sprawa podatków 5. Sprawa katolickich organizacji młodzieżowych 6. Sprawa Caritasu 7. Sprawa fundacji kościelnych”[22]. Jak widać – chodziło o otwarte zwalczenie Kościoła katolickiego i dążono do tego w sposób kompleksowy i wielopłaszczyznowy. Pierwszym etapem na tej drodze powinno być jednak wewnętrzne rozbicie kleru, czemu służyło powołanie ruchu prokomunistycznych „księży-patriotów”, który objął 10% całego kleru.

Prawdziwy huragan rozpoczął się wraz z początkiem 1950 roku. Już w styczniu ustanowiono zarząd komisaryczny w Zrzeszeniu Katolików „Caritas”, a państwo przejęło pod swoją opiekę ok. tysiąc zakładów opiekuńczych tego stowarzyszenia. 28 lutego 1950 rząd pogroził Kościołowi, że „nie będzie tolerował nadużywania władzy kościelnej i uczuć religijnych dla jakichkolwiek wichrzeń antyludowych i reakcyjnych wystąpień politycznych”. Niedługo po tym przyszło następne uderzenie, jakim było uchwalenie ustawy o przejęciu przez państwo ziem kościelnych tzw. dóbr martwej ręki, przez co Kościołowi zostało skonfiskowane ok. 155 tys. hektarów ziemi.

Tego było już za wiele – w obliczu takiej ofensywy prymas Wyszyński zgodził się na stosunkowo daleko idący kompromis. 14 kwietnia 1950 strona kościelna oraz rządowa podpisały „Porozumienie między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, który składał się z 19 punktów. Kościół poparł w nim oficjalnie kolektywizację rolnictwa i potępił działalność „band podziemia”, czyli „żołnierzy wyklętych”. W zamian za to zagwarantowano mu nauczanie religii w szkołach, kontynuację działalności KUL, opiekę duszpasterską w wojsku i szpitalach oraz wolność procesji i pielgrzymek (po uprzedniej konsultacji z władzami).

Było to jednak tylko chwilowe zawieszenie broni, a władze państwowe twardo walczyły z Kościołem aż do przełomu październikowego. Można wręcz powiedzieć, że stanowiło to prawdziwą obsesję polskich stalinistów i nawet na uwagi radzieckie, aby nieco „przytonować”, odpowiadali z niechęcią. Nie ma potrzeby opisywać całej długiej historii tych zmagań, niech wystarczy tylko kilka dat i faktów. Od 1949 roku rozpoczęła się akcja usuwania religii ze szkół – mocno naciskano na rodziców, aby wypisywali z nich swoje dzieci, oraz rozbudowywano sieć placówek laickich (których w 1953 roku były już 502). 20 stycznia 1951 aresztowano biskupa Czesława Kaczmarka, który 22 września 1953 został skazany na 12 lat więzienia oraz utracenie praw publicznych na lat 5. Na początku 1953 roku utworzono specjalny, XI Departament Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który miał służyć do walki z Kościołem. Dokładnie trzy tygodnie po tym, przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie, odbył się proces księży kurii krakowskiej przeciw siedmiu osobom, w tym czterem księżom. Trzy osoby skazane zostały na karę śmierci, reszta na kary od 6 lat do dożywocia.

9 lutego 1953 roku Rada Państwa wydała dekret o ”obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych”, który zarządzał, że państwo musi wyrazić zgodę na nominację duchownego, a ten jest zobowiązany złożyć przysięgę wierności PRL. Pragmatyczny prymas Wyszyński nie wyraził sprzeciwu, więc władze postanowiły kuć żelazo póki gorące. 5 maja 1953 pojawiło się zarządzenie wykonawcze premiera Cyrankiewicza do ustawy z 9 lutego, zgodnie z którym można usuwać księży tylko za ogólnym umotywowaniem, a Urząd do spraw Wyznań jest ostateczną instancją przy odwołaniach duchownych. Polskie społeczeństwo było coraz bardziej zdezorientowane ugodową linią Kościoła, więc prymas zdecydował się wreszcie na odważny, zdecydowany krok. 8 maja 1953 upubliczniono dokument Episkopatu „Non possumus” do rządu polskiego, autorstwa kardynała Wyszyńskiego. W twardy i stanowczy sposób prymas oświadczał tam, że są pewne granice, których Kościół – nawet jeśliby chciał – przekroczyć nie może. Ostatecznym etapem walki państwa z Kościołem było aresztowanie prymasa Wyszyńskiego w nocy z 25 na 26 września 1953 i wywiezienie go, wraz z bp. Antonim Baraniakiem, do Komańczy koło Sanoka. Uwolnienie prymasa miało być udziałem już następnej ekipy rządzącej.

 

c) Społeczeństwo i inteligencja

Jednym z najczęściej używanych słów do opisu rzeczywistości społecznej w latach 1949-1956 był „strach”. To właśnie uczucie wszechogarniającego strachu wydawało się być głównym motorem napędowym postępowań ludzkich w tym okresie, a z punktu widzenia retrospekcji, wydaje się być zdecydowanie najbardziej wyrazistym wyznacznikiem stalinizmu.

Największy strach towarzyszył groźbie zostania zakwalifikowanym przez władze jako „wróg ludu” oraz reakcjonista, co oznaczać mogło utratę pracy, represje wobec rodziny, a nawet wizytę w więzieniu. Nie było o to trudno – wystarczyło jedno nieuważne słowo na temat Józefa Stalina, jedno wspomnienie o radzieckich zbrodniach czy jedna krytyczna uwaga wobec władz. „Wróg ludu” mógł być wszędzie, nawet wśród członków partii czy Komitetu Centralnego, ponieważ wraz z postępującą walką klas wrogowie kamuflowali się coraz lepiej. Dlatego też już od najmłodszych lat indoktrynowano młodych ludzi, tłumacząc im w jaki sposób rozpoznać reakcjonistę i wpajając podstawowy imperatyw – jeśli rozpoznało się wroga ludu, to trzeba bezwarunkowo zgłosić go władzom ludowym, którzy sobie z nim już jakoś poradzą. Nawet jeżeli tym reakcjonistą będzie ojciec, matka, brat czy siostra – jakakolwiek zapora na drodze budowania socjalizmu musi być wyeliminowana, nie można w tych kwestiach kierować się sentymentem i tanimi uczuciami. Jedynym parametrem słuszności są obiektywne prawa Historii, a dostęp do nich posiada partia rządząca. W sposób oczywisty prowadziło to do rozkładu relacji rodzinnych i, generalnie, międzyludzkich. Jak opisywał ten okres znany opozycjonista i historyk, Karol Modzelewski: „Na temat bieżącej polityki czy bulwersujących zdarzeń z niedawnej przeszłości w ogóle z dziećmi nie rozmawiano, gdyż było to niebezpieczne dla dorosłych i dla dorastających. W ten sposób przerwana została komunikacja międzypokoleniowa. Strach siedział przy rodzinnym stole i tłumił wszelki dyskurs o sprawach publicznych[23].

Indoktrynacja ideologiczna w tych latach miała formę zdecydowanie ofensywną. Nie tylko wymuszano posłuszeństwo wobec reżimu (to rozumiało się samo przez się), ale próbowano sprawić, aby ludzie pokochali ideę socjalizmu i włączyli się w jej budowanie w sposób bojowy. 21 lipca 1948 roku utworzono Związek Młodzieży Polskiej (ZMP) do którego wiosną 1955 roku należało ponad 2 miliony młodych ludzi w wieku 14-25 lat, czyli około 37% ogółu młodzieży. Wszyscy oni brali udział w energicznych pochodach, w akademiach szkolnych na których skandowano imię Stalina, czy w zebraniach komórek ZMP. Od młodu uczeni wiary w socjalizm, spora część z nich szczerze wierzyła w nowe idee, chociażby dlatego że nie mieli możliwości się przed nimi zabezpieczyć. W dużej ilości domów bano się poruszać jakiekolwiek tematy polityczne czy ideowe, chociaż byli oczywiście i tacy którzy mieli styczność z niekomunistyczną tradycją rodzinną. Były to jednak idee przekazywane w ścisłej, domowej konspiracji.

Istniały dwa główne motywy, które sprawiały, że praktycznie wszyscy bez wyjątku akceptowali „Nową Wiarę” komunizmu: strach i autentyczny entuzjazm. Z perspektywy czasu ciężko do końca oddzielić jedno od drugiego, ponieważ najwięksi nawet entuzjaści odczuwali strach przed represjami i najwięksi nawet sceptycy czuli pewien szacunek przed rozmachem przemian społecznych w Polsce powojennej. Powyższy dylemat jest odzwierciedlony w wielkiej dyskusji, która toczyła się już praktycznie od 1956 roku i w której głównymi antagonistami byli Czesław Miłosz i Gustaw Herling-Grudziński. Toczy się ona po dziś dzień i próbuje rozstrzygnąć kwestię tego, co grało przodującą rolę w entuzjazmie polskich intelektualistów wobec stalinizmu: czy było to miłoszowskie „ukąszenie heglowskie” i autentyczna wiara, a więc czynniki ideologiczne; czy też dominował zwykły strach, oportunizm i konformizm – jak argumentował Herling-Grudziński. Nie ma bowiem wątpliwości, że sowietyzacja polskiej kultury, sztuki i nauki w latach 1949-1956 odbyła się przy pełnym przyzwoleniu i zaangażowaniu ogromnej liczby polskich intelektualistów.

Temat zaangażowania polskich intelektualistów w stalinowską sowietyzację Polski jest bardzo ważny z punktu widzenia naszych rozważań. Była to płaszczyzna na której utopia komunistyczna osiągnęła wyjątkowy sukces, jakim było przyciągnięcie do siebie wyjątkowo błyskotliwych i twórczych umysłów. Jednocześnie, na przykładzie tych rozmaitych intelektualistów możemy prześledzić rozmaite postawy wobec problemów komunizmu, PRL, dekomunizacji i dePRL-izacji, które wypełniać miały życie intelektualne po 1956 roku. Wszystkie te postawy będą niejako pokłosiem i próbą poradzenia sobie ze spuścizną okresu stalinizmu, który aż po dziś dzień jest kluczowym problemem życia intelektualnego Polski w XX wieku. Nie trzeba było spowiadać się z poparcia Polski w pierwszych latach jej istnienia, w latach 1944-1949. Późniejszy okres, który Jacek Trznadel określił mianem „hańby domowej”, nie mógł jednak przejść bez echa – również dla nas jest on kluczowy, do zrozumienia polskich zmagań z utopią komunistyczną.

Życie intelektualne kraju uległo totalnej przebudowie, m.in. przez niemal całościową negację dotychczasowej kultury oraz osiągnięć nauki i sztuki. Zamiast pluralizmu i „marksizmu otwartego” zaczęła być forsowana najbardziej ortodoksyjna i wulgarna wersja marksizmu-leninizmu w wersji stalinowskiej. Dotychczas cenieni filozofowie i profesorzy zaczęli być niszczeni i brutalnie atakowani. Adam Schaff napisał artykuł potężnie krytykujący filozofię Kazimierza Ajdukiewicza[24], Leszek Kołakowski walczył z Kazimierzem Kłósakiem i tomizmem[25], a najpotężniejszy atak przypuścił Tadeusz Kroński na twórczość Władysława Tatarkiewicza i Romana Ingardena[26]. Podstawowym „podręcznikiem” każdego młodego intelektualisty stały się dwa teksty – „O materializmie dialektycznym i historycznym” Józefa Stalina oraz „Materializm i empiriokrytycyzm” Włodzimierza Lenina[27] i żaden filozof ani myśliciel nie miał prawa zanegować absolutnie żadnej tezy z obydwu dzieł. Nie było niczym ekstrawaganckim nauczenie się obydwu książek de facto na pamięć.

Zanegowano całą obszerną polską tradycję lewicowo-powstańczą, a w samym jej centrum umiejscowiono stosunkowo mało znaną postać jaką był Edward Dembowski, skrajnie lewicowy rewolucjonista galicyjski, poległy w wieku 24 lat w powstaniu 1846 roku[28]. Na Polską Partię Socjalistyczną, Tadeusza Kościuszkę czy Romualda Traugutta miejsca już nie było. Poeci pisali peany na cześć Stalina, spośród których najsłynniejsze były te Władysława Broniewskiego i Adama Ważyka („Mądrość Stalina, rzeka szeroka, w ciężkich turbinach przetacza wody, płynąc wysiewa pszenicę w tundrach, zalesia stepy, stawia ogrody[29]).

Jakie były motywy polskich intelektualistów angażujących się w komunizację Polski? Wspominaliśmy już o sporze między Miłoszem a Herlingiem-Grudzińskim. Po 1989 roku przewagę w polskiej debacie publicznej i świecie nauki zdobyła koncepcja tego drugiego, zgodnie z którą popieranie komunizmu wynikało praktycznie wyłącznie ze strachu, konformizmu i niskich przymiotów moralnych artystów i naukowców. Jak stwierdził Zbigniew Herbert: literatami rządził strach by nie wypaść z gry, by nie „zlecieć w ten okropny dół, gdzie żyło realne społeczeństwo”, by nie utracić towarzyskich kontaktów, stoliczka w PIW-ie, stoliczka w Czytelniku, wysokich nakładów i ceremonii podpisywania książek, „kwiatka w celofanie i wieczorów autorskich”[30].

Ten punkt widzenia wydaje się być po wielokroć uproszczony i nie ulega większej wątpliwości, że czynnik ideologiczny, prawdziwej wiary, odgrywał rolę znaczącą, o wiele bardziej niż się o tym często pisze. Sami artyści woleli być często posądzeni o zwykły konformizm i strach niż o szczerą wiarę w zbrodniczy, totalitarny ustrój. Nie wydaje się dzisiaj ulegać wątpliwości, że spora ich część całkiem szczerze wierzyła w komunizm.

Bardzo ciekawie opisał ten okres Jan Józef Szczepański, polski pisarz i reporter oraz działacz opozycji:

Po około trzech latach względnej swobody, manifestującej się między innymi otwartą polemiką światopoglądową między katolikami a marksistami – zwłaszcza na łamach „Kuźnicy” i „Tygodnika Powszechnego” – ruszyła wielka ideologiczna ofensywa. (…)

W tym czasie Związek Literatów Polskich był sprawnym narzędziem w ręku władzy – tym sprawniejszym, że władza ówczesna potrafiła być hojna dla posłusznych pisarzy.

Grubym uproszczeniem byłoby wszakże tłumaczenie sukcesu ideologów jedynie sprzedajnością literatury. Wśród liczebnych pisarzy, którzy deklarowali się ochoczo jako pretorianie reżimu, nie zabrakło nazwisk szacownych i autentycznych talentów. Wielu z tych ludzi, dręczonych inteligenckim kompleksem ułatwionego życiowego startu i niezasłużonego przywileju, zgłaszało swój akces do nowej wiary, dając pełny kredyt oficjalnej frazeologii sprawiedliwości społecznej lub nie mogąc przezwyciężyć strachu przed izolacją i bezużytecznością w masowym, plebejskim społeczeństwie nowego typu. Podporządkowanie się surowym dyrektywom, wraz z kanonami ‘socrealizmu’ (który na ogół nie wzbudzał w nikim entuzjazmu) miało w wielu wypadkach charakter heroicznej ofiary z własnych upodobań i nawyków, składanej na ołtarzu Słusznej Sprawy. (…)

W rzeczywistości były to czasy groźne. Czasy wewnętrznych dramatów, upokorzeń i strachu. Fizyczne represje w stosunku do pisarzy zdarzały się wprawdzie bardzo rzadko, ale atmosfera osaczenia i przymusu bywała trudniejsza do zniesienia niż bezpośrednia przemoc.[31]

Ten „inteligencki kompleks” sprawiał, że wiele osób urodzonych w dostatnich, burżuazyjnych rodzinach czuło swego rodzaju poczucie winy, które chcieli zmazać uczestnictwem w budowie nowego, lepszego świata. Bali się oni nie tylko osamotnienia w sensie dosłownym, ale też zostania wyrzuconym „na śmietnik historii”, znalezienia się po niewłaściwej stronie barykady i zapomnieniu na wieki.

Innym czynnikiem było powszechne rozczarowanie II RP – krajem w którym powszechny był antysemityzm, w którym nie udało się przeprowadzić reformy rolnej i powszechna była bieda, nędza i wyzysk, szczególnie na terenach wiejskich. Ten rodzaj argumentacji przywoływał znany polski pisarz Kazimierz Brandys. W swoich wspomnieniach przywoływał on wstydliwe chwile z dziejów II Rzeczpospolitej: w roku 1939 na uniwersytecie lwowskim zabito dwóch studentów Żydów; dziekan wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego nie podpisał indeksów studentom żydowskim, którzy nie uznali getta ławkowego; studenci działający w organizacjach lewicowych byli relegowani, a prawica cieszyła się pełną tolerancją. W jego opinii do drzwi II RP dobijał się faszyzm, „w ostatnich trzech latach kraj dojrzał do zgody na legalną zbrodnię”. Dlatego też wybuch wojny przyjął Brandys „z czymś w rodzaju ulgi”, ponieważ odtąd „faszysta” miał stać się dla Polaków synonimem „hitlerowca”. „Kraj uniknął spodlenia, a my – hańby”. Zastanawiał się on nad tym, jak wytłumaczyć młodym ludziom, że „przedwojenna Polska była głupia i zła?”. Swoje rozważania kończył ponurą konstatacją – w czasie II RP on i inni studenci Żydzi nie mieli „nic do roboty, jak tylko czekać na noc długich noży[32]. Ten bardzo subiektywny obraz II RP dobrze oddaje klimat zaszczucia w jakim znajdowały się środowiska nie tylko żydowskie, lewicowe i liberalne, ale też po prostu wszyscy ci, którzy nie godzili się na dyktat coraz potężniejszej skrajnej prawicy. W takim wypadku gotowi byli wpaść w objęcia totalitarnej nawet ideologii, wobec której nie było alternatywy w dwubiegunowym, czarno-białym świecie lat 1949-1956. Wszystko było lepsze niż faszyzm i prawica. A podmuch faszyzmu poczuli na własnych skórach.

O swojej wierze w komunizm pisali chociażby Andrzej Drawicz (po pewnym czasie mógł już „szczerze kochać ZSRR wraz z wielkim Stalinem”, na którego cześć organizował różne uniwersyteckie obchody. „Tak było i jeśli to kogoś gorszy, nic na to nie poradzę” „Na ogół gorszą się teraz, nic nie próbując zrozumieć, różne podrostki, których jedyną zasługą jest późne przyjście na świat[33]), Jacek Bocheński („Wtedy, za czasów stalinowskich ulegałem, jakkolwiek paradoksalnie może to brzmieć, nie ze strachu[34]) czy nawet… ksiądz Józef Tischner („Sam się bardzo długo leczyłem z komunizmu[35]). A było ich o wiele więcej. Komunizm osiągnął więc znaczący sukces w polskich kręgach intelektualnych – zupełnie na odwrót niż w polskim społeczeństwie, które na komunizm było wyjątkowo oporne i ulegało mu prawie wyłącznie ze strachu i pragmatyzmu.

 

 

Przełom 1956 roku. Polska „popaździernikowa”.

21 października 1956 roku nowym pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej został Władysław Gomułka. Wydarzenie to stanowiło kulminację przemian, jakie przyniosła poststalinowska odwilż oraz początek nowego etapu historii PRL. Od ponad 50 lat toczy się dyskusja nad naturą tego przełomu – czy był to po prostu jeden z nieudanych polskich „miesięcy”, niespełniona nadzieja, która przyniosła tylko przedłużenie komunizmu, a nawet pewne jego umocnienie; czy też był to przełom, który dokonał zasadniczej zmiany w samej istocie systemu „demokracji ludowej”, który można by określić jako swoistą transformację ustrojową? Zdecydowanie przychylam się do tej drugiej definicji i postaram się wyjaśnić dlaczego.

W 1956 roku rozpoczął się w Polsce proces dekomunizacji, rozumiany jako zarzucenie dążeń do urzeczywistnienia utopii komunistycznej i stopniowy demontaż pozostałości budownictwa komunistycznego, do punktu w którym możliwe było zachowanie jedynie większościowego monopolu politycznego połączonego z częściowym monopolem na sterowanie gospodarką kraju. System ten nazwano „realnym socjalizmem”, jednak niewiele miał on wspólnego z socjalizmem marksowskim. Stanowił on system pragmatycznej, odideologizowanej dyktatury czy też – innymi słowy – posttotalitarnego autorytaryzmu szanującego sferę prywatną swoich obywateli. Nie miał on absolutnie nic wspólnego z komunizmem i sam się od podobnych asocjacji odżegnywał.

Gomułkowska Polska była pod tym względem prekursorska, a sam Gomułka na pewien sposób „wyprzedził swój czas”. W samym ZSRR bowiem rok 1956 oznaczał… przyspieszenie budownictwa komunizmu, które wszem i wobec zapowiadał Nikita Chruszczow, łącząc to z próbą polepszenia dobrobytu swoich obywateli i otwarciem się na świat zachodni. To był też jeden z głównych powodów upadku Chruszczowa w 1964 roku, kiedy to do władzy doszedł – wspierany przez zmęczony ideologicznymi, komunistycznymi „dziwactwami” aparat partyjny – Leonid Breżniew. W ZSRR odwrót od komunizmu rozpoczął się dopiero w 1964 roku, wraz z proklamacją doktryny „realnego socjalizmu”. Istotą systemu nie miało być już realizowanie odległej utopii komunistycznej, lecz bronienie dotychczasowych zdobyczy, czyli systemowego status quo, określanego mianem „realnego socjalizmu”.

To właśnie ten proces dekomunizacji umożliwił w późniejszych latach upadek ZSRR oraz transformacje w stronę ustrojów kapitalistycznych, zarówno w Rosji jak i jej dawnych protektoratach. System polityczny mógł upaść dopiero wtedy, kiedy upadła wiara w ideologię jaką głosił, żaden bowiem ustrój nie może się opierać tylko na aparacie represji, nie ważne jak bardzo rozbudowanym. Realny socjalizm mógł istnieć tak długo jak wierzono w jego komunistyczną obietnicę. W momencie w którym wiara znikła, rozpoczął się proces erozji ideologicznej, który prędzej czy później musiał doprowadzić do upadku systemu. Mogło to trwać oczywiście o wiele, wiele dłużej – sprzyjające warunki geopolityczne i wybór Michaiła Gorbaczowa na nowego pierwszego sekretarza w 1985 roku, przyspieszyły tylko ten proces.

 

a) Polska dekomunizacja po 1956 roku – kluczowe cechy

Na proces dekomunizacji Polski po 1956 roku złożyło się parę elementów. Podstawowym czynnikiem było 1) wycofanie się państwa ze sfery sumienia, myśli i uczuć obywateli, co oznaczało wyodrębnienie i uszanowanie „sfery prywatnej” w życiu polskiego społeczeństwa. Z punktu widzenia zwyczajnych ludzi, nie partycypujących w życiu publicznym i politycznym, była to sprawa o znaczeniu wręcz rewolucyjnym. Raz na zawsze zniknął wszechogarniający terror i rozkwitnąć mogły relacje międzyludzkie. Nie wymagano już od ludzi, aby wierzyli w komunizm – wystarczył brak otwartej kontestacji i buntu, aby wieść można było spokojne życie. Tak o tym pisała Hanna Świda-Ziemba: „Lata popaździernikowe w znaczeniu socjologicznym właśnie stanowiły zgoła odmienną jakość. Zmienił się charakter życia codziennego ludzi. Ustąpił przerażający mrok, spętanie zagrożeniem, ideologiczne kajdany nałożone jednostce. W życiu zakwitły kolory. Człowiek mógł zanurzyć się w swej bezpiecznej prywatności.[36]

Jedną z kluczowych cech totalitaryzmu było zniesienie granicy między tym co publiczne a prywatne. Pod tym względem zmiana, jaką przyniósł reżim Gomułki, była zasadnicza w procesie detotalizacji ustroju PRL. W ten sposób wytworzyły się swoiste światy równoległe – świat oficjalnej sfery publicznej oraz świat sfery prywatnej, gdzie można było bezpiecznie pielęgnować swoje tradycje wycofując się w „emigrację wewnętrzną”.

Oprócz wytworzenia się sfery prywatnej, do znaczącej zmiany doszło też w sferze publicznej. Doszło mianowicie do 2) dezideologizacji sfery publicznej, co oznaczało wycofanie się partii i władz do rozwiązywania problemów typowo technokratycznych, związanych z bieżącym funkcjonowaniem państwa. Można na palcach jednej ręki wymienić plena KC z czasów Gomułki na których podejmował on kwestie ideologiczne ( XIII Plenum 4–6 lipca 1963 i VIII Plenum 16-17 maja 1967). Zajmowano się na nich krytyką twórców czy gazet („Polityka”), które zdaniem władz były zbyt „liberalne”. Cała reszta poświęcona była takim kwestiom jak zadania szkolnictwa wyższego i nauki, założenia reformy szkolnictwa podstawowego i średniego, rolnictwo. Były one pełne technokratyzmu, statystyk, liczb i omawiania bieżących, praktycznych problemów. Budowa komunizmu znikła z horyzontu.

Prowadziło to do tego, że od członków partii nie wymagano znajomości ideowych podstaw marksizmu-leninizmu i coraz częściej preferowano sprawnych technokratów od zapalonych ideowców. Wbrew pozorom nie była to domena czasów gierkowskich – już we wrześniu 1959 przedwojenna komunistka Romana Granas opublikowała w „Polityce” artykuł „Gdzie jest szkoła komunizmu” w którym narzekała na rosnący marazm ideowy w partii i przytaczała wypowiedź aktywisty partyjnego, który stwierdził, że „okres wzmożonego życia ideowego, dyskusji ideologicznych, wzlotów myślowych ponad sprawy przyziemne należy do przeszłości i wszelkie próby zainteresowania tą problematyką szerszego aktywu partyjnego byłyby obecnie skazane na niepowodzenie[37]. Już w 1959 roku bezideowość partii zaczęła więc być postrzegana jako znaczący problem.

Odejście od ortodoksji marksizmu-leninizmu pozwoliło również na utworzenie swego rodzaju parasola ochronnego na poglądy, które byłyby nie do zaakceptowania w innych krajach bloku wschodniego, nie wspominając nawet o ZSRR. Polska nauka i sztuka mogła się swobodnie rozwijać, a restrykcje ideologiczne, chociaż oczywiście istniały, były stosunkowo nieliczne i luźnie traktowane. Dla wielu osób mieszkających w ZSRR Polska była „oknem na świat” i specjalnie uczyli się oni języka polskiego tylko po to, aby móc czytać polską prasę i literaturę, która nie miałaby żadnych szans na publikację w Związku Radzieckim[38].

Ignorując sferę ideologiczną socjalizmu, wprowadzono zmiany w polityce dotyczącej dwóch kluczowych z punktu widzenia marksizmu-leninizmu kwestii – 3) ostatecznie zarzucono kolektywizację rolnictwa oraz oficjalnie uznano partnerskie i pełnoprawne współistnienie Kościoła Katolickiego w PRL. O ile jeszcze do końca września 1956 roku w całej Polsce zarejestrowane było 10203 spółdzielni produkcyjnych, o tyle po „haśle do odwrotu” Władysława Gomułki, do końca 1956 roku dotrwało tylko 1528 spółdzielni[39]. Mimo nacisków radzieckich, nigdy już nie powrócono w Polsce do kolektywizacji, co było ewenementem na skalę całego bloku wschodniego. Także sytuacja Kościoła znacznie się polepszyła. Pierwsze dwa lata po zmianie ekipy rządzącej przyniosły prawdziwy rozkwit relacji: prymas Wyszyński został zwolniony, do szkół powróciły nadobowiązkowe lekcje religii, duchowni otrzymali z powrotem opiekę nad więźniami i chorymi, Najwyższy Sąd Wojskowy uchylił wyroki w sprawie biskupa Kaczmarka i reszty sądzonych osób, a – nowa ustawa o duchowieństwie „o organizowaniu i obsadzaniu stanowisk kościelnych” ofiarowała Kościołowi o wiele większe uprawnienia niż dotychczas. Do sejmu dopuszczono paruosobową niekoncesjonowaną opozycję katolicką w postaci koła poselskiego „Znak”. Od stycznia 1957 do maja 1958, państwo wydało 245 zezwoleń na budowę obiektów sakralnych oraz wprowadziło ułatwienia podatkowe dla duchowieństwa. W następnych latach doszło jednak do znacznego kryzysu w relacjach państwo-Kościół, którego kulminacja nastąpiła na przełomie 1965 i 1966 roku, po ogłoszeniu przez Episkopat Polski „Orędzia biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim”. Gomułka był wściekły, że Kościół miesza się w politykę zagraniczną, która jest priorytetem państwa i był to jedyny moment, kiedy Kościół znalazł się pod ostrzałem zbliżonym do stalinowskiego.

Po obchodach Millenium sytuacja jednak się uspokoiła, a okres rządów Edwarda Gierka stanowił ukoronowanie procesu tworzenia partnerskich relacji z Kościołem. Już w swoim expose premier Jaroszewicz zapewnił, że państwo będzie dążyło „do pełnej normalizacji stosunków między państwem a Kościołem”. 25 stycznia 1971 telewizja oficjalnie poinformowała, że rząd przyzna Kościołowi prawa własności na ziemiach poniemieckich. Wprowadzono poza tym zmianę przepisów podatkowych dotyczących Kościoła i ułatwiono odbywanie praktyk religijnych i odbywanie pielgrzymek, które przedtem bywały utrudniane. 23 czerwca 1971 mocą ustawy sejmowej Kościołowi przyznane zostało prawo własności na ziemiach poniemieckich, co oznaczało, że na własność Kościoła przeszło ponad 4 tys. budowli sakralnych, prawie 1,5 tysiąca budynków użytkowych i kilkaset hektarów gruntów rolnych. W lutym 1972 minister finansów wydał rozporządzenie zwalniające kościelne osoby prawne (probostwa, zakony, kongregacje duchowne) z prowadzenia ksiąg inwentarzowych. W październiku 1972 Watykan ostatecznie uznał w pełni legalność PRL likwidując watykańską ambasadę RP na uchodźstwie, kierowaną przez Kazimierza Papeego. Jesienią następnego roku polski minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski został przyjęty na audiencji przez papieża Pawła VI, a w lutym 1974 wizytą w Polsce zrewanżował się abp Agostino Casaroli, witany przez polskie władze z wszelkimi honorami. Kulminacją procesu zbliżenia na linii PRL-Watykan był 6 lipca 1974, kiedy wiceminister spraw zagranicznych Józef Czyrek podpisał wraz z abp Casarolim w Watykanie protokół ustanawiający stałe kontakty robocze PRL-Watykan. Prymas Wyszyński przyjął to porozumienie z niechęcią, ale sam nie mógł narzekać na relacje z państwem polskim. 3 sierpnia 1976 roku otrzymał on od premiera Jaroszewicza 75 róż na swoje 75 urodziny. Już nie więzienie, tylko bukiet kwiatów – a wszystko to w rzekomo totalitarnym i komunistycznym (zdaniem części prawicy) państwie.

Ostatnim elementem procesu dekomunizacji Polski jaki chciałbym wymienić była 4) zmiana legitymizacji władzy państwowej w Polsce – z komunistycznej na narodową i geopolityczną. Przed 1956 rokiem, nową władzę kojarzono najczęściej z obcym, sowieckim elementem i były ku temu powody. Samo kierownictwo PZPR uzasadniało swój mandat do rządzenia Polską dążeniem do zbudowania socjalizmu i – na dłuższą metę – komunizmu. Po 1956 ta motywacja się zmieniła. Na pierwszy plan wyszła kwestia zabezpieczenia odzyskanych Ziem Zachodnich, rozwój gospodarczy oraz społeczny kraju, utrzymanie w miarę niezależnej i silnej pozycji względem Związku Radzieckiego i zachowanie bezpiecznego miejsca Polski w Europie. Gomułka stawiał interes kraju ponad wszystkie inne, nawet jeśli był to interes swoiście pojmowany. Linię tą kontynuowali jego następcy. Podstawowym wyznacznikiem słuszności działań nie było już budowanie utopii komunistycznej, tylko interes narodowy w kontekście realiów geopolitycznych.

Także społeczeństwo polskie uznało nowe władze za swoje własne, doszło do „unarodowienia” komunizmu. W 1956 roku Gomułka był dosłownie uwielbiany przez ogromną większość Polaków, a entuzjazm odnośnie jego osoby był szczery i nieudawany. Gdy 18 listopada 1956 roku wracał z wizyty w ZSRR, ludzie zbierali się przy torach i wiwatowali mu, traktując go jako narodowego bohatera. Było to w pełni spontaniczne. Oto, jak opisał to zjawisko Zbigniew Pełczyński:

(…) system komunistyczny utracił piętno sowieckiego pochodzenia i sowieckiej dominacji. W pewnym sensie Gomułka ‘unarodowił’ komunizm: system ten nie był już postrzegany jako zdecydowanie obcy, rosyjski, antypolski. Ludzie zaczęli teraz przypisywać jego klęski (lub powodzenie) ‘naszemu Gomułce’, ‘naszym komunistom’ czy ‘naszemu rządowi’.[40]

To wielkie osiągnięcie zostało zaprzepaszczone po wprowadzeniu stanu wojennego, a może nawet jeszcze w trakcie karnawału Solidarności. Władza znowu stała się czymś obcym i wrogim, a świat nabrał czarno-białych barw. Niestety, większość młodych osób uznaje dzisiaj tą optykę za coś oczywistego w odniesieniu do całej historii PRL, co jest historycznie nieprawdziwe.

 

b) Źródła nieporozumień odnośnie interpretacji Października 1956.

Aby zrozumieć naturę odmienności poglądów na temat Października 1956 pomiędzy tymi, którzy uznali go za niespełnioną nadzieję i powrót do totalitaryzmu, a tymi którzy uznali go za trwały i znaczący sukces Polski Ludowej, musimy wyodrębnić i przeanalizować trzy rodzaje postaw, które ujawniły się w kręgach władzy PZPR po 1956 roku. Dwie z nich, „dogmatycy” i „rewizjoniści”, zostały nakreślone przez samego Gomułkę. „Dogmatyków” możemy z dzisiejszego punktu widzenia bardziej precyzyjnie nazwać „stalinistami”, ale już nazwa „rewizjoniści” (podobnie jak „reformiści”) może zostać uznana za adekwatną. Oprócz tego, jako trzecią grupę, należy dołączyć samego Gomułkę oraz zwolenników jego kursu.

Pierwsza z tych grup, staliniści, postulowała powrót do komunizacji Polski, do kolektywizacji wsi i ostrej walki z Kościołem oraz do pełnego podporządkowania Polski Moskwie. Członkowie tej frakcji byli bardzo silni w aparacie partyjnym i Gomułka musiał liczyć się z ich zdaniem, chociaż nigdy nie pozwolił im na realizację swoich koncepcji i nie stanął po ich stronie. Staliniści przypuszczali ostre ataki na Gomułkę, czego kulminacją było XI plenum KC PZPR z przełomu lutego i marca 1958. Brylował w tym Wiktor Kłosiewicz, a poza nim Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Stanisław Łapot, Franciszek Jóźwiak i Stefan Matuszewski. Władze partii poradziły sobie jednak z niesfornymi członkami i już na koniec roku staliniści mogli zostać uznani za wystarczająco zneutralizowanych. Ceną za to był powrót części z nich na stanowiska partyjne, jednak nie towarzyszył temu znaczący zmian w kursie politycznym partii, co można poczytać za znaczący sukces Gomułki.

Wśród stalinistów były oczywiście wewnętrzne napięcia i tarcia, głównie między zwolennikami kursu nacjonalistycznego i często antysemickiego, a dawnymi KPP-owcami, nierzadko pochodzenia żydowskiego. Obie grupy chciały komunizacji Polski, chociaż różniły się w stosowanej retoryce. To ta pierwsza grupa zachowała pewne wpływy w PZPR do samego końca, tymczasem ta druga zaliczyła ostateczną porażkę w marcu 1968 roku. Jaff Schatz nazwał to ostateczną klęską ostatnich „prawdziwych komunistów” w Polsce[41]. Skrzydło stalinistów nacjonalistycznych żądało pełnego podporządkowania Moskwie i powrotu do kolektywizacji, ale było to motywowane bardziej strachem przed utratą władzy w kraju niż autentyczną wiarą w komunistyczny projekt.

Osią i sednem sporu był jednak konflikt między liberalnymi rewizjonistami a pragmatycznym Gomułką i grupą jego współpracowników. Reformiści chcieli zmienić sposób sprawowania władzy przez partię, czyniąc ją bardziej demokratyczną i kierując się ideami humanistycznego, demokratycznego socjalizmu. Gomułka chciał pozostawić monopolistyczny sposób sprawowania władzy przez partię, chciał jedynie zmniejszyć zakres tejże władzy. Jest to kluczowe rozróżnienie w tym sporze. Reformiści byli, jak dzisiaj już wiemy, utopistami, którzy wierzyli, że można wprowadzić mechanizmy demokratyczne w ustroju socjalistycznym, nie tylko go nie niszcząc, ale eliminując w ten sposób błędy i wypaczenia. Gomułka był wrogiem wszelkiej demokratyzacji, ponieważ wiedział (świadomie lub nie), że ustrój ten jest niereformowalny i sama jego podstawa opiera się na jak najściślejszym monopolu politycznym. Gomułka nie chciał więc zmiany sposobu sprawowania władzy, ale ograniczenia jej zakresu – wyjęcia spod kontroli politycznej całej sfery prywatnej społeczeństwa, poszanowania jego prywatności i wreszcie rezygnację z panowania nad umysłami ludzi, w tym członków partii. Oznaczał to więc rezygnację z modelu totalitarnego na rzecz modelu autorytarnego, przy czym autorytaryzm ten był „siermiężny”, nie idący na żadne demokratyczne kompromisy.

Partyjni rewizjoniści – często młodzi i marzący o utopijnym „socjalistycznym humanizmie”, o „demokratycznym socjalizmie” opartym na pismach młodego Marksa – byli więc srogo zawiedzeni polityką Gomułki. Były to grupy intelektualistów, którzy cały czas wierzyli w komunizm i utopię komunistyczną, zmienili tylko zupełnie sposób na dojście do tej utopii. Już nie despotia, ale demokratyzacja miała doprowadzić do stworzenia „raju na ziemi”. Czołowym wyrazicielem tych środowisk intelektualnych był Leszek Kołakowski, który w swoich pismach ostro krytykował Gomułkę i zupełnie dezawuował osiągnięcia polskiego Października, nazywając ten przełom przełomem pozornym i argumentując, że system w swojej esencji pozostał totalitarny[42]. Optyka środowisk intelektualnych była głównie rewizjonistyczna i przez to utopijna. Nic dziwnego, że nie rozumieli oni kursu obranego przez realistycznego i pragmatycznego Gomułkę.

Głównym grzechem polskich intelektualnych środowisk reformistycznych po 1956 roku było zupełne nieliczenie się z opinią większości polskiego społeczeństwa – chłopów, robotników czy mieszkańców małych miasteczek. Dla nich właśnie przełom październikowy był przełomem realnym, który doprowadził do ogromnego przeobrażenia społecznego i dał to, na co tak bardzo czekali – wolność od totalitarnej indoktrynacji, komfort bezpiecznego domowego zacisza i możliwość pielęgnowania swoich tradycji. Był to prawdziwy przełom też dla tych naukowców i inteligentów, którzy nie angażowali się politycznie. Nareszcie mogli pisać to co naprawdę chcieli i myśleli, omijając jedynie część jasno określonych „drażliwych” tematów. Czymś zupełnie innym jest jednak bycie zmuszonym do pisania kłamstw i wierzenia w nie, a czymś innym moc swobodnej twórczości z pominięciem pewnych wyznaczonych sfer podyktowanych już nie ideologiczną ortodoksją, tylko warunkami geopolitycznymi. Można było zostać skarconym nie za to, że odeszło się od marksistowskiej ortodoksji (od tej odchodzili prawie wszyscy) tylko za to, że zdenerwowało się Moskwę. Taką argumentację przyjmowali także najbardziej antykomunistyczni myśliciele i solidaryzowali się z Gomułką. Dla ludzi, którzy przeżyli stalinizm i doświadczyli próby gwałtu na własnych umysłach, tego rodzaju pragmatyzm i realizm był potężną zmianą na lepsze, niemalże niebem w porównaniu ze stalinowskim piekłem.

Problem z patrzeniem na Październik ’56 wynika z tego, że obraz epoki gomułkowskiej znamy głównie z interpretacji rewizjonistycznych, zaangażowanych politycznie intelektualistów, których nastroje niewiele miał wspólnego z nastrojem ogółu społeczeństwa. Dla pierwszych, przełom październikowy był zawiedzioną nadzieją, dla tych drugich prawdziwym, pozytywnym przełomem. Niestety, głos „szarego” człowieka epoki popaździernikowej rzadko kiedy dochodził do głosu, a sam Gomułka był demonizowany ponad miarę. Nie ulega wątpliwości, że pod koniec lat ’60 stopień represyjności państwa poszedł znacząco w górę, a wydarzenia 1968 i 1970 roku kładą się czarnym cieniem na historii Polski. Jednak oba te „miesiące” zostały też wyolbrzymione w martyrologicznej optyce i wyjęte z szerszego kontekstu przemian społeczno-politycznych w Polsce. Rzadko wspomina się o tym że kierownictwo radzieckie bardzo mocno naciskało, niekiedy wręcz groziło, polskim rządzącym, aby powrócić do kolektywizacji wsi, brutalnej walki z Kościołem i myślano nawet – tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – o wymianie ekipy rządzącej na w pełni podległą Moskwie (mieliby się w niej znaleźć m.in. Stanisław Kociołek, Tadeusz Grabski czy Stefan Olszowski). Mimo tych wszystkich nacisków polskie kierownictwo nigdy nie uległo w tych fundamentalnych kwestiach, idąc co najwyżej na kompromisy w kwestiach drugorzędnych. Władysław Gomułka, Edward Gierek, Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski byli wszyscy ludźmi pragmatycznego, realistycznego centrum, którzy zabezpieczali Polskę przed utopią komunistyczną z jednej strony i gasili w zarodku wszelkie tendencje demokratyzacyjne w drugim. Demokratyzacja tego ustroju była bowiem niemożliwa i bardzo szybko doprowadziłaby najprawdopodobniej do jego erozji i upadku, czego skutkiem byłaby zapewne interwencja radziecka. Chociaż istniała realna groźba interwencji radzieckiej w okresie karnawału Solidarności – na szczęście nigdy do niej nie doszło.

 

 

Zakończenie. Konsekwencje nieporozumień odnośnie „dekomunizacji” i „dePRL-izacji” Polski.

Kiedy w Polsce zakończyła się dekomunizacja, rozumiana jako zanik wpływu utopii komunistycznej na życie polityczne oraz społeczne? W 1989 tak pojmowanego komunizmu w Polsce już nie było, inaczej nie mogłoby dojść do upadku systemu. W Polsce nie było już komunizmu w momencie wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku, decyzja ta bowiem stanowiła najdobitniejszy dowód na śmierć komunizmu. Wprowadzenie stanu wojennego było decyzją antykomunistyczną, podyktowaną interesem narodowym (tak jak pojmował go gen. Jaruzelski i jego wspólnicy) i realiami geopolitycznymi, a wymierzoną przeciwko utopijno-socjalistycznej Solidarności, która chciała rewolucji społecznej w imię ideałów demokratycznych i egalitarnych – czyli na swój sposób „komunizującej” (chociaż nazwanie Solidarności ruchem komunistycznym jest nieprecyzyjne, tak że można je nazwać zafałszowaniem rzeczywistości). Był to historyczny paradoks, że „ojczyznę, znad przepaści” zawracali rzekomo internacjonalistyczni „komuniści”, a ich antagonistami była organizacja promująca tendencje socjalistyczno-samorządowo-anarchistyczne. Sami rządzący wyrzekli się otwarcie wszelkiej legitymizacji utopijnej i stanęli na gruncie twardego realizmu państwowego.

Jednocześnie, aż do marca 1968 roku przebywali w Polsce ideowi komuniści okresu Komunistycznej Partii Polski, którzy jako jedni z nielicznych wierzyli jeszcze w komunizm. Komunizm zniknął z Polski gdzieś między marcem 1968 roku a grudniem 1981 roku, symbolicznie możemy stwierdzić, że było to gdzieś w latach ’70, za rządów ekipy Edwarda Gierka. Tą konstatacją chyba musimy się zadowolić, albowiem idee nie mają jasno określonego momentu narodzin czy śmierci, w przeciwieństwie do ludzi czy nawet ustrojów politycznych. Owszem, do samego końca żyli w Polsce ortodoksyjni komuniści, zarówno wśród polityków rządzących Polską (Stanisław Kociołek), polityków będących na uboczu życia politycznego (Kazimierz Mijal) czy pojedynczych filozofów, intelektualistów (Jarosław Ładosz). Byli oni jednak odstępstwem od reguły, pojedynczymi ekscentrykami, a sama utopia komunistyczna przestała istnieć jako znaczące zjawisko intelektualne i polityczne.

—————————————————-

Ostatnim problemem jaki chciałbym przeanalizować jest szkodliwy wpływ, jaki brak rozróżnienia pojęć „PRL”, „komunizm”, „dePRL-izacja” czy „dekomunizacja” wywiera na polskie życie społeczne, intelektualne i polityczne po 1989 roku.

Pierwszym, poważnym zagrożeniem jest brak zrozumienia istoty totalitarnego systemu jakim był komunizm i przez to zignorowanie jego potężnej groźby. Jeśli tym strasznym, okrutnym komunizmem była epoka gierkowska, którą zdecydowana większość Polaków wspomina z nieukrywaną nostalgią i sympatią, to sama idea komunizmu nie musiała być przecież taka zła. Sęk w tym, że po 1956 roku PRL nie miała nic wspólnego z komunizmem – była to typowa liberalna, pragmatyczna dyktatura jakich są dziesiątki na świecie. Przez „liberalną” rozumiem tutaj poszanowanie życia prywatnego i autonomii jednostki, co jest zasadniczą liberalną cnotą. Ten liberalizm był jednak paradoksalny, wynikał on bowiem z ideologicznego ustępstwa i pragmatyzmu, a nie z realnej wiary w idee liberalne (które rządzącym Polską były wrogie co do zasady). Aby zrozumieć, czym był komunizm musimy sięgnąć po prace Marksa, Engelsa i Lenina; popatrzeć na politykę Rosji Radzieckiej w latach 1917-1921, oraz w latach ’30; spojrzeć na politykę sowietyzacji państw środkowo-wschodniej Europy w latach 1949-1956. Biorąc pod uwagę wszystkie te fakty, musimy jasno i wyraźnie stwierdzić, że PZPR po 1956 roku o wiele bliżej było do siły antykomunistycznej niż komunistycznej. Sam monopol polityczny nie czyni z ustroju komunizmu czy nawet socjalizmu – wszak monopol polityczny miała chociażby Francja Ludwika XIV, co nie czyni jej na pewno krajem socjalistycznym. Przejęcie środków własności na rzecz państwa jest już lepszym tropem, ale też niewystarczającym – pierwszym i podstawowym krokiem w budowie socjalizmu było zniesienie gospodarki towarowo-pieniężnej, czego nie zrobiono ani w PRL ani w innych „demoludach”. Rolnictwo pozostało w rękach prywatnych. Tego typu struktura gospodarki charakteryzuje całą rzeszę państw, które z socjalizmem nie mają absolutnie nic wspólnego.

Jeśli więc na słowo „komunizm” naszym pierwszym skojarzeniem jest stan wojenny, gen. Jaruzelski, kartki na mięso – padliśmy ofiarą manipulacji historycznej, tudzież mętliku pojęciowego. Komunizm był czymś po stokroć groźniejszym i bardziej niebezpiecznym. Pomimo nacisków, żadna z ekip rządzących po 1956 roku w Polsce nie zamierzała już go wprowadzać, chociaż mogła próbować.

Drugą groźbę stanowi błędna interpretacja zachowań i postaw Polaków w okresie PRL, szczególnie w odniesieniu do ludzi sztuki, nauki i polityki. Powszechnie przyjętym, błędnym schematem jest utożsamianie „antykomunizmu” z wrogim stosunkiem do PRL. Kto był wrogiem ideologii komunistycznej, ten powinien być wrogo nastawiony także do państwa polskiego po 1945 roku, a najlepiej bojkotować jego oficjalne struktury. Tymczasem często prawdą było stwierdzenie odwrotne – prawdziwy i konsekwentny antykomunizm oznaczał poparcie dla PRL i aktywne działanie w obrębie jego struktur. Taką postawę przyjęli tacy wyśmienici historycy idei jak Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki czy też wybitny polski dziennikarz i intelektualista Stefan Kisielewski. Otwarcie popierali oni rządy Władysława Gomułki i następnych ekip rządowych, co motywowali właśnie swoim antykomunizmem. Tymczasem rzekomi „antykomuniści”, którzy uderzali w Gomułkę, Gierka czy Kanię byli balsamem na duszę Moskwy, która już szykowała się do wymiany ekipy rządowej w 1980 roku. Najprawdopodobniej oznaczałoby to powrót do komunizacji Polski – oczywiście, wówczas już na o wiele mniejszą skalę. Szczęściem Polski był jednak fakt, że aż do przemian 1989 roku pozostawali u nas u władzy politycy pragmatycznego centrum, dążący do zachowania pewnej dozy niezależności od Moskwy, za cenę pomniejszych ustępstw. Obecnie ludzie, którzy zajmowali podobną pozycję są często określani mianem „zdrajców” i wykluczani ze wspólnoty narodowej.

Trzecim zagrożeniem jest zanik modelu patriotyzmu rozumianego jako „praca organiczna” tudzież „praca u podstaw” oraz monopol ideowy zwolenników modelu patriotyzmu romantycznego i rewolucyjnego. Rzadko kiedy patrzy się na PRL jako na „klosz” pod którym mogła rozkwitać polska kultura i nauka, a polskie społeczeństwo mogło liczyć na stosunkowo dużą dozę swobody w życiu prywatnym. Porównywanie PRL do III Rzeszy czy nazizmu świadczy o totalnej ignorancji używających go osób. O wiele trafniejsze wydaje się być porównanie PRL do Galicji pod austriackim zaborem. Czy osoby, które działały wówczas w sferze publicznej należałoby w II RP poddać publicznej lustracji, zmuszać je do samokrytyki i poddawać publicznemu ostracyzmowi? Tradycja pracy organicznej jest w polskiej historii bardzo bogata, ale po 1989 roku została zmarginalizowana – prawdziwym patriotą jest ten kto walczył z „komuną” rozumianą jako PRL. Tymczasem nie ma jednego modelu patriotyzmu, są różne jego rodzaje i odmiany, które należy rozumieć, szanować i pielęgnować. Zdecydowanie brakuje nam tego po 1989 roku.

Ostatnim, palącym problemem jest istnienie potężnego podziału w polskim społeczeństwie, pogłębianego przez wadliwą, IPN-owską „politykę historyczną”, która uniemożliwia utworzenie w Polsce inkluzywnej wspólnoty narodowej. Funkcja prokuratorska jaką przyjęły środowiska polskiej prawicy pogłębia ten problem. Można się zgodzić, że grupa kilkudziesięciu najgorszych katów stalinowskich czy generałów brygad MO, która jest bezpośrednio odpowiedzialna za konkretne przelewy krwi powinna była zostać pociągnięta do odpowiedzialności karnej. Niezrobienie tego nie było jednak efektem spisku czy zmowy elit solidarnościowych i PZPR-owskich, tylko raczej nieudolności i specyficznej mentalności polskich środowisk liberalnych[43]. Nie zmienia to faktu, że jest to stosunkowo mała grupa ludzi, a co do całej reszty – członków PZPR, ZSL i SD, szeregowych urzędników, milicjantów, czy nawet pracowników struktur bezpieczeństwa, tajnych współpracowników SB, literatów, artystów, myślicieli, którzy popierali otwarcie PRL – powinny one zostać włączone w polską wspólnotę narodową, bez poczucia wstydu czy kompleksów. Musi być to wspólnota nie wykluczająca, lecz włączająca, niezależnie od poglądów politycznych, pochodzenia etnicznego czy orientacji seksualnej. Profesor Andrzej Walicki często przytaczał fragment dzieła Augusta Cieszkowskiego „Ojcze Nasz” – o konieczności „powszechnej świata amnestii – wszyscy bowiem zawinili przeciwko wszystkim”. Środowiska polskiej prawicy narodowej też mają krew na rękach, o czym pamiętają wszyscy znający dobrze historię II RP oraz ówczesnego, często występującego, antysemityzmu. Grzechów sanacji nawet nie trzeba przytaczać, z kolei lewica demokratyczna i niepodległościowa zgrzeszyła naiwnością i słabością. Zgrzeszyliśmy wszyscy, chociaż skala tych grzechów jest oczywiście różna. Tak czy inaczej, wszyscy musimy żyć w jednym społeczeństwie czy nam się to podoba czy nie. Ponad 2 miliony Polaków było członkami PZPR w latach ’80, co razem z członkami rodzin daje ok. 7-8 milionów Polaków powiązanych z obozem władzy. Można ich wszystkich postawić na margines wspólnoty narodowej, ale jest to raczej przepis na długotrwałą zimną wojnę domową.

 

Jeśli jest jeden stricte praktyczny cel jakiemu chciałbym, aby służył powyższy artykuł – poza funkcją edukacyjną, naukową i polemiczną – to mam nadzieję, że będzie nim właśnie budowa inkluzywnej wspólnoty narodowej. Każda mała cegiełka w tym względzie wydaje się być na wagę złota.

Mateusz Kuryła

 

Bibliografia:

Leszczyński, Adam “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980”, Warszawa 2013

Modzelewski, Karol „„Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”, Warszawa 2013

Pełczyński, Zbigniew „Polska droga od komunizmu, refleksje nad historią i polityką 1956-2006”, Warszawa 2007

Rakowski, Mieczysław F. „Dzienniki polityczne 1958-1962”, Warszawa 1998

Słabek, Henryk „Intelektualistów obraz własny 1944-1989” Warszawa 1997

Słabek, Henryk „O społecznej historii Polski 1945-1989”, Warszawa 2009

Sowa, Leon Andrzej „Historia polityczna Polski 1944-1991”, Kraków 2011

Urban, Jerzy – rozmawia Marta Stremecka, 2013

Walicki, Andrzej „Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”, Kraków 2013

Wojtczak, Mieczysław „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL.”, Warszawa 2014

 

 

[1] http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,18245062,Dekomunizacja_patronow_ulic__Ci_zwiazani_z_PRL_do.html

[2] http://13grudnia.org.pl/artykuly/pocz%C4%85tki-i-problemy-lustracji-w-iii-rp

[3] http://ojczyzna.pl/ARTYKULY/Macierewicz-A_Potrzebna-dekomunizacja.htm

[4] Andrzej Walicki, „Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”. UNIVERSITAS, Kraków 2013, s.109

[5] https://www.youtube.com/watch?v=Pb0noWdOGF8

[6] http://www.uwazamrze.pl/artykul/888889/dlaczego-nie-lubie-iii-rp

[7] http://iktomaracje.pl/2012/prof-zaryn-komunizmu-nie-rozliczono-i-nie-ma-juz-szans-na-jego-rozliczenie/

[8] http://www.mojeopinie.pl/marksizm_o_co_naprawde_chodzi,3,1390670931

[9] http://pikio.pl/boj-to-jest-nasz-ostatni-zarys-historii-intelektualnej-komunizmu/

[10] http://histmag.org/Boj-to-jest-nasz-ostatni.-Zarys-historii-intelektualnej-komunizmu-poczatki-11010

[11] http://histmag.org/Boj-to-jest-nasz-ostatni.-Zarys-historii-intelektualnej-komunizmu-dojrzalosc-11520

[12] Karol Marks, Fryderyk Engels, “Dzieła”, t. XIX, Warszawa 1972, s.246

[13] Włodzimierz Lenin, „Państwo i rewolucja”, w: „Dzieła”, t.25, s.510

[14] Fryderyk Engels, „Anty-Dühring”, część 3, rozdział 2

[15] Jerzy Urban – rozmawia Marta Stremecka, 2013

[16] Mieczysław Wojtczak, „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL.” , Warszawa 2014, s. 26-27

[17] [17] Mieczysław Wojtczak, „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL.” , Warszawa 2014, s. 22

[18] Adam Leszczyński, “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980”, Warszawa 2013, s. 323-324

[19] Adam Leszczyński, “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980”, Warszawa 2013, s. 329-330

[20] Adam Leszczyński, “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980”, Warszawa 2013, s. 335

[21] Andrzej Leon Sowa, „Historia polityczna Polski 1944-1991”, Kraków 2011, s.109

[22] Andrzej Leon Sowa, „Historia polityczna Polski 1944-1991”, Kraków 2011, s. 165

[23] Karol Modzelewski, „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”, Warszawa 2013, s. 61-62

[24] Adam Schaff, „Poglądy filozoficzne K. Ajdukiewicza”, Myśl Filozoficzna, 1952, nr 1, s. 209-256

[25] Leszek Kołakowski, „Nauka przed sądem Ciemnogrodu”, Myśl Filozoficzna, 1953, nr 2, s.374-388

[26] Tadeusz Kroński, „Świat w klamrach ontologii”, Myśl Filozoficzna 1952, nr 1, s. 318-331 i „O ‘Historii filozofii’ W. Tatarkiewicza”, Myśl Filozoficzna 1952, nr 4-6, s.249-272

[27] Andrzej Walicki, „Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”. UNIVERSITAS, Kraków 2013, s.132

[28] Andrzej Walicki, „Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”. UNIVERSITAS, Kraków 2013, s.146

[29] http://j_uhma.republika.pl/wazyk.html#22

[30] Jacek Trznadel, „Hańba domowa”, s. 194

[31] Jan Józef Szczepański, „Kadencja”, Kraków 1989, s.8

[32] Kazimierz Brandys, „Wspomnienia z teraźniejszości”, s.529-531

[33] Andrzej Drawicz, „Moja przygoda z STS-em”, Wiadomości Kulturalne, 1995, nr 24

[34] Jacek Trznadel, „Hańba domowa”, s. 180

[35] Adam Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, „Między panem a plebanem”, Kraków 1995, s. 19, 273, 345

[36] Hanna Świda-Ziemba, „Stalinizm i społeczeństwo polskie”, w: „Stalinizm”, J. Kurczewski (red), Warszawa 1989, s.86, 87

[37] Mieczysław Rakowski, „Dzienniki polityczne 1958-1962”, Warszawa 1998, s. 139

[38] Andrzej Walicki, „Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”. UNIVERSITAS, Kraków 2013, s. 80

[39] Adam Leszczyński, “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980”, Warszawa 2013, s. 335

[40] Zbigniew Pełczyński „Polska droga od komunizmu, refleksje nad historią i polityką 1956-2006”, Warszawa 2007, s. 157

[41] Jaff Schatz, „The Generation: The Rise and Fall of the Generation of Jewish Communists in Poland”, Berkeley, California, 1991

[42] Leszek Kołakowski „Tezy o nadziei i beznadziejności” „Kultura” nr 6/1971

[43] co opisuję w jednym ze swoich artykułów: http://pikio.pl/glupota-liberalow-czyli-wszystkie-bledy-iii-rp/