UDOSTĘPNIJ

Znamy już oficjalne wyniki wyborów parlamentarnych 2015. Zwycięzcą i to zdecydowanym zostało Prawo i Sprawiedliwość. Po raz pierwszy w historii III RP przekroczona została magiczna bariera 230 miejsc w Sejmie dla jednej partii, co oznacza możliwość samodzielnego sprawowania rządów. Interesujący jest fakt, że wynik PiS – 37,38% glosów to dopiero 4. rezultat w historii polskich elekcji parlamentarnych po 1989 roku. Większy procent głosów uzyskiwały Sojusz Lewicy Demokratycznej (2001) oraz dwukrotnie Platforma Obywatelska (2007 i 2011). Jednak to właśnie PiS jako pierwszy uzyskał samodzielną większość. Znalezienie jednej przyczyny takiego zjawiska wydaje się niemożliwe. W każdej z elekcji nieco inne czynniki decydowały o tym, że zwycięska partia nie mogła rządzić samodzielnie, pomimo znakomitego wyniku wyborczego. W 2001 roku decydujące są dwa czynniki. Po pierwsze wówczas w podziale mandatow uczestniczyło sześć komitetów (o jeden więcej niż obecnie). Istotniejszy jest jednak drugi z czynników. W tamtych wyborach zastosowano inną metodę wyborczą (czyli sposób przeliczania glosów na mandaty), a mianowicie zmodyfikowaną metodę Saint-Lague. W odróżnieniu od obecnie stosowanej metody d`Hondta wzmacnia ona średnie partie kosztem tych najsilniejszych. Poparcie w 2001 roku ułożyło się tak, że mieliśmy jedną dużą partię (SLD z rekordowym poparciem ponad 41%). Pozostałe komitety można określić jako średnie (choć granica pomiędzy średnimi a malymi jest bardzo umowna). Ich poparcie mieściło się w przediale 8-13%. Ewidentnie zyskały one dzięki innej metodzie wyborczej. Straciło z kolei SLD. Przy poparciu 41% uzyskało 47% liczby mandatów, nadreprezentacja wynosiła więc 6%. Dla porównania w niedzielnych wyborach PiS przy poparciu niecałych 38% uzyskał ponad 50% liczby mandatów. Nadreprezentacja wynosi więc ponad 12%. Jest to specyfika metody d`Hondta. Inne czynniki decydowały o rozdzieleniu mandatów w 2007 roku. W tym przypadku decydujący wydaje się być stosunkowo wysoki wynik partii, która zajęła drugie miejsce (wówczas PiS) oraz mniejsza różnica między zwycięzcą a kolejną partią. W 2007 roku PiS uzyskał 32% głosów, w 2015 PO 24%. Różnica wynosi więc 8%, istotna jest także dysproporcja w ilości mandatów (w 2007 PiS zdobył 166, obecnie PO może liczyć na znacznie mniej). Drugi z czynników warunkujących sytuację w 2007 roku to różnica między zwycięzcą a drugim miejscem. W 2007 wynosiła ok. 9%, w obecnych wyborach blisko 14%. W 2011 roku sytuacja była podobna do 2007. Dwa decydujące o rozkładzie mandatów i braku samodzielnej większości czynniki to: mniejsza niż w 2015 r. różnica między 1. a 2. miejscem oraz wyższy wynik partii znajdującej się na drugim miejscu. Powyższa analiza pokazuje, że większość uzyskana przez PiS to w mniejszym stopniu zasługa całej partii, a bardziej sytuacja spowodowana innymi czynnikami i zależnościami na polskiej scenie partyjnej. Niemniej pozostaje to sukces zwycięzcy wyborów.

W odniesieniu do nowej sytuacji na scenie politycznej rodzą się pytania i wątpliwości dotyczące rządów większościowych. Mówi się, że PiS będzie miał władzę absolutną, że korzystniejsza jest sytuacja, gdy koalicjanci mogą się wzajemnie kontrolować i powstrzymywać itd. Obawy te są w dużej mierze nieuzasadnione. Założenie kontrolnej funkcji jaką miałby sprawować koalicjant w praktyce politycznej to mrzonka. Koalicje zawiązuje się po to, aby rządzić. Pytanie ile razy PSL (jako koalicjant PO) uchronił nas przed szkodliwymi projektami politycznymi, zastąpiłbym pytaniem ile razy PO musiała pójść na zgniły kompromis i realizować interesy swojego koalicjanta, aby ten nie wystąpił z koalicji. Dodatkowo zadałbym pytanie, która z sytuacji jest zdrowsza? Ponadto warto pamiętać o nieustannym rozmyciu odpowiedzialności: My chcieliśmy, ale koalicjant… Prawo i Sprawiedliwość w trakcie kadencji i po jej zakończeniu nie będzie mógł stosować tego argumentu. Poza tym zrywanie koalicji częściej działa na zasadzie „nie dacie nam skorzystać z władzy – to my zrywamy koalicję”. Trudno widzieć tutaj troskę o państwo. A nawiasem mówiąc, w ostatnich 8 latach rządów PO-PSL, częściej niż zgrzyty i sprzeciw w koalicji zdarzało się chyba występowanie pojedynczych posłów z PiS… Istnieje zatem większe prawdopodobieństwo „rozpadu” samodzielnego rządu PiS (zwłaszcza przy obecności na listach niedawnych wywrotowców), niż obecnie rządzącej koalicji. Chociaż oczywiście pamiętać należy, że łatwiej się buntować będą w opozycji…

Wracając jeszcze do kampanii i samych wyborów często można było usłyszeć ocenę, że wysoka frekwencja nie sprzyja PiS. Twierdzono, że elektorat tej partii jest najmocniej zmobilizowany i on i tak pójdzie na wybory. Łączono to także z tezą o „szklanym suficie”, którego partia Jarosława Kaczyńskiego nie przebije. Tymczasem PiS zdobywa samodzielną większość przy rekordowej w wyborach parlamentarnych frekwencji ponad 50%. Wbrew pozorom nie do końca świadczy to o błędach w wymienionych analizach. Mieliśmy bowiem do czynienia z sytuacją, którą określa się jako game change, czyli z pewną zmianą funkcjonowania sceny politycznej. Takimi „zmieniaczami gry” stali się Paweł Kukiz i Ryszard Petru wraz ze swoimi inicjatywami. Niezależnie od ich planów, koncepcji i motywacji. Wcześniej zakładano, że większa frekwencja to więcej głosów dla PO, argumentując że niezbyt zainteresowani polityką pójdą do wyborów w obawie przed coraz realniejszymi rządami PiS. Po „zmianie gry” okazuje się, że Kukiz i Petru zachęcili nowy elektorat do głosowania na siebie, a nie na PO. Stąd też wyższa frekwencja nie zaszkodziła PiS. Warto też zauważyć, że dzięki zmianie wizerunkowej PiS był w stanie przeskoczyć „szklany sufit”, który z reguły określany był na poziomie nieco niższym niż osiągnięte blisko 38%. Wyłączając wszystkie pozostałe czynniki, które z pewnością miały wpływ na wynik wyborczy PO (chociażby niezbyt udana kampania czy nieporozumienia wewnętrzne i wiele innych) wydaje się, że najważniejszym czynnikiem warunkującym porażkę tej partii było zmęczenie władzą. Całkowicie naturalne dla demokracji, której cechą jest przecież cykliczna zmiana władzy. Nikt w III RP nie rządził tak długo, dlatego też nigdy zmęczenie władzą nie było tak znaczące. Zaistnienie tego zjawiska nie jest winą PO, natomiast jego zasięg, skala i brak pomysłu na odświeżenie z pewnością tak. Prawdziwym testem dla PO będzie działanie w opozycji. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że PO tego testu może nie zdać. Niemal pewne jest, że nie przetrwa tego dobrze jak PiS, który po 8 latach w opozycji był w stanie zdobyć samodzielną większość.

Na koniec jeszcze dwa słowa o lewicy, która nie ma swojej reprezentacji w parlamencie. Internet huczy od żartobliwych nieco pretensji (z lewej strony) i podziękowań (z prawej) dla partii Razem, a szczególnie jednego z jej liderów Adriana Zandberga, gwiazdy debaty telewizyjnej. Wpływ wzrostu popularności dla Razem na wynik Zjednoczonej Lewicy mógł być jedynie gwoździem do trumny. Po pierwsze przydałyby się dokładne badania przepływów elektoratu, aby wiedzieć ile w rzeczywistości Razem odebrała ZL. Ten przepływ wcale nie musi być taki oczywisty. Trudno tych, którzy zasugerowali się jednym wystąpieniem posądzać o znajomość programu, wyznawanej ideologii itd. Wyborcy poszli za wypowiedziami, które im się spodobały. Mogli wśród nich być przedstawiciele „miękkiego” elektoratu kilku ugrupowań. Po drugie zaś, minimalne przekroczenie progu 8% to chyba nie to o co chodzi lewicy w Polsce? Być może Zandberg przypieczętował upadek, ale ani on ani jego partia nie były tego upadku powodem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ