UDOSTĘPNIJ

25.08.1920 roku zakończyła się Bitwa Warszawska.
Bitwa, która stanowi najpiękniejszy pomnik chwały polskiego oręża.
Bitwa, która odmieniła losy świata.
Bitwa, która mogła stać się kamieniem węgielnym polskiej mocarstwowości…a stała się tylko pięknym epizodem przegranej wojny.

Po błyskotliwym kontruderzeniu znad Wieprza i oskrzydleniu sowietów trzymających nóż na gardle polskiej stolicy, Armia Czerwona poszła w rozsypkę.
Ujęte w kleszcze, bolszewickie hordy wycofywały się w nieładzie na całym froncie, ścigane przez polskie wojska.
Zwycięstwo było całkowite- nie przetrąciło jednak karku sowieckiej armii.
Ze względu na opieszałość 1. Armii WP, która miała za zadanie ścigać maruderów w kierunku północno-wschodnim, część wojsk sowieckich zdołało wymknąć się z okrążenia i przedrzeć na wschód. W przyszłości zasilą formowane na nowo oddziały, które zetrą się z Polakami nad Niemnem.
Inni, nie mogąc się przedrzeć, szukali schronienia w Prusach, poddawali się Polakom a czasem w przypływie straceńczej odwagi stawiali zacięty opór ścigającym ich wojskom.
Żaden opór nie mógł jednak zatrzymać polskiej szarży.
Polskie wojska zgniatały kolejne radzieckie dywizje zaścielając pola i drogi trupami.
Czerwoni padali pokotem pod naporem karabinowych kul, ścinani pałaszami, przekłuwani bagnetami, gnieceni kopytami…

Atmosferę tamtych dni obrazowo ujął Marszałek Józef Piłsudski: “Nie marnego kontredansa, lecz wściekłego galopa rżnęła muzyka wojny! Nie dzień z dniem się rozmijał, lecz godzina z godziną! Kalejdoskop w takt wściekłego galopa nakręcony, nie pozwalał nikomu z dowodzących po stronie sowieckiej zatrzymać się na żadnej z tańczonych figur. Pękały one w jednej chwili, podsuwając pod przerażone oczy całkiem nowe postacie i nowe sytuacje, które przerastały całkowicie wszelkie przypuszczenia i czynione plany i zamiary.”

Na tyły frontu odprowadzano tysiące struchlałych ze strachu,wygłodzonych i brudnych jeńców w obszarpanych łachmanach.
Ich los był nie do pozazdroszczenia- choć i tak o niebo lepszy od losu ich polskich odpowiedników, którzy masowo padali ofiarą azjatyckiego bestialstwa.
Świadkowie komunistycznych zbrodni na jeńcach wojennych opowiadali o istnej orgii okrucieństwa i sadyzmu.

Jedna z najohydniejszych zbrodni bolszewickich miała miejsce w Zadwórzu 17.08.1920 roku w okolicach Lwowa.
Miejscowość ta nazywana jest również “Polskimi Termopilami”.
330 osobowy batalion złożony w przeważającej większości z lwowskiej młodzieży stawił tam bowiem czoła budzącej postrach 1 Armii Konnej Budionnego składającej się z około 30.000 świetnie uzbrojonych żołnierzy, wyposażonych w artylerię i karabiny maszynowe.
Orlęta na wzór 400 husarzy spod Hodowa, zajmując pozycje na pobliskim wzgórzu, stworzyły z własnych ciał mur o który rozbijały się kolejne fale azjatyckich najeźdźców.
Mur, który Budionny musiał sforsować jeśli chciał zdobyć Lwów.
Wobec dynamicznej sytuacji na froncie każda minuta była na wagę złota.
Dowódca Konarmii był więc zdeterminowany aby Zadwórze zająć jak najszybciej- niezależnie od kosztów.
W ciągu 11 godzin niewprawionym w walkach Orlętom udało się jednak odeprzeć 6 ataków zahartowanych w ogniu wojny zabijaków Budionnego.
Walki przeciągały się do zmierzchu.
Niebawem Polakom skończyła się amunicja, którą trzeba było odbierać zabitym i rannym.
Broniono się na bagnety a zmagania zaczęły przypominać rzeź.
Wzgórze na którym Orlęta odpierały wściekłe ataki zagonów kozackich gęsto porosło trupami- zarówno Polaków jak i bolszewików.
Stan oddziału stale się wykruszał i w końcu na Zadwórskim wzgórzu pozostało tylko 30 zdolnych do walki obrońców.
Ich dowódca, kapitan Zajączkowski postanowił przedrzeć się do pobliskiego lasu.
W trakcie odwrotu wycofujących się w porządku żołnierzy ostrzelały trzy sowieckie płatowce.
Nic jednak nie było w stanie złamać ducha bohaterskich Orląt.
Otoczeni przez przeważające liczebnie siły wroga, ostrzeliwani przez artylerię, wrogie samoloty i pozbawieni amunicji, odpierali bolszewickich hunów bagnetami ponosząc ciężkie straty.
Walki trwały do późnego wieczora.
W końcu, w obliczu nieuchronnej klęski kapitan Zajączkowski, wraz z grupą żołnierzy, popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę ostatnim nabojem, nie chcąc dostać się w ręce okrutnego wroga.

Na pobojowisku zostali tylko zabici i ranni, których bolszewicy wzięli do niewoli.
Ich dalszy los opisuje w “Dzienniku 1920” jeden z rosyjskich pisarzy żydowskiego pochodzenia Isaak Babel, który służąc, jako oficer polityczny w Konarmii skrupulatnie odnotowywał swoje obserwacje:
“(rannych) przebijali bagnetami, dostrzeliwali trupy na trupach, jednego jeszcze obdzierają, drugiego dobijają, jęki, krzyki, charkot. Wyciągają z ukrycia. Apasenko (dowódca dywizji)-nie trać ładunków, zarżnij go. Apanasenko zawsze tak mówi- siostrę zerżnąć, Polaków zarżnąć.”
Zwłokom odcinano głowy, ręce i nogi po czym zbezczeszczone i obrabowane ciała zostawiono na żer dzikich zwierząt i sierpniowego słońca.
W taki oto haniebny sposób bolszewickie hieny obeszły się z najmężniejszymi synami Rzeczypospolitej.
Jednym z nich był 18-letni Stefan Bądzyński- mój pradziadek.
Stefan Bądzyński był synem Stanisława Bądzyńskiego, profesora chemii lekarskiej na Uniwersytecie Lwowskim, współzałożyciela Polskiego Towarzystwa Chemicznego i członka Ligi Narodowej, który w czasie obrony polskiego Lwowa przed Ukraińcami w 1919 roku działał w Komitecie Bezpieczeństwa i Ochrony Dobra Publicznego z ramienia Narodowej Demokracji, sprawującego władzę w części miasta kontrolowanej przez Polaków.

W tym samym czasie jego syn bronił miasta z bronią w ręku, jako jeden z Orląt Lwowskich.
Za namową przyjaciół z Towarzystwa Naukowego Warszawskiego Stanisław Bądzyński po wypełnieniu swoich patriotycznych obowiązków, wyjechał do Warszawy, gdzie podjął pracę na Uniwersytecie Warszawskim, jako profesor chemii fizjologicznej.
Jego niespełna 18-letni syn, rokujący wielką karierę naukową ze względu na wybitne zdolności intelektualne, wzorowy uczeń jednego z lwowskich gimnazjów, nie zamierzał jednak pozostawiać miasta, z którym na zawsze połączyła go rozlana krew.
Kiedy zbliżała się bolszewicka nawała raz jeszcze stanął do walki.
Zginął jako jeden z 318 młodych bohaterów a jego krew wsiąkła w polskie kresy łącząc się z krwią jego przodków, którzy zamieszkiwali te ziemie od pokoleń.
Wiadomość o śmierci ukochanego syna złamała lwowskiego profesora, który od tej pory nigdy już nie wracał do przeszłości skupiając się całkowicie na swojej pracy naukowej.
Podobny los stał się udziałem tysięcy ojców, wdów i sierot latami opłakujących swoich bliskich.

Męczeństwo Stefana Bądzyńskiego i jego kolegów uratowało jednak mieszkańców Lwowa i Zamościa, którzy w międzyczasie zdołali przygotować się do obrony.
Pomimo nalegań dowództwa, Budionny ponawiał ataki na Lwów aż do 20.08 przez co niebawem stracił kontakt z resztą wojska.
Jego oddziały utknęły pod Zamościem zaciekle bronionym przez słaby garnizon złożony z jednego pułku piechoty, dwóch batalionów etapowych, batalionu wartowniczego, dywizjonu artylerii, dwóch pociągów pancernych oraz ukraińskiej 6 Siczowej Dywizji Strzelców, która do niedawna uchodziła za “bardzo słaby związek taktyczny”.
Teraz okazało się, że odpowiednio zmotywowani, Ukraińcy i Polacy walcząc ramię w ramię, potrafią dokazywać prawdziwych popisów męstwa- niezależnie od braków w wyszkoleniu i sprzęcie.

Wojska Budionnego zostały ostatecznie starte przez polskich ułanów w bitwie pod Komarowem niedaleko Zamościa, która obecnie uznawana jest za ostatnią wielką bitwę kawaleryjską.
O jej losach przesądziła szarża 8 pułku ułanów, którzy pomimo znacznej przewagi liczebnej wroga (1500 polskich ułanów wspieranych przez 70 ciężkich karabinów maszynowych i 16 dział przeciwko ponad 6000 żołnierzy, około 350 ckm–ów oraz około 50 dział) natchnieni duchem XVII-wiecznej husarii, wbili się w sam środek bolszewickich szeregów i przejęli min. samochód Budionnego łamiąc kręgosłup Konarmii i zmuszając watahy wrogów do ucieczki.

W ten oto sposób polska kawaleria zwieńczyła swoją piękną kartę kolejnym zwycięstwem- jednym z największych w swojej historii.
W bitwie pod Komarowem zginęło 4.000 czerwonoarmistów i tylko 300 Polaków.
Taki był kres katów Zadwórza i dziesiątków innych miejscowości w których gwałtom, mordom i grabieżom nie było końca.
Mordercy Budionnego nie uznawali pojęcia “ludność cywilna”, rzadko kiedy brali jeńców a kiedy już ich brali to zazwyczaj tylko po to aby ich za chwilę zarżnąć w okrutny sposób.

Boleśnie przekonali się o tym żołnierze 50. Pułku Strzelców Kresowych, którzy dali się zaskoczyć przez czerwonych kawalerzystów w jednej z chałup wsi Bystrzyk 1.06.1920.
Było ich tylko 30, wrogów- znacznie więcej.
Zdecydowali się więc na kapitulację licząc na honorowe potraktowanie przez wroga.
Zapomnieli najwidoczniej, że bolszewicy byli ludźmi pozbawionymi honoru.
Oto relacja Karola Marcinkowskiego: “nieszczęśni wychodzili jeden po drugim, a Kozacy spostrzegłszy, iż mieli na sobie niemal nowe mundury, kazali im rozbierać się do bielizny. I gdy to uczynili, zaczęli ich pojedynczo masakrować, kolejno jednego po drugim.”
Zabijali ich wśród bicia nahajkami, wśród przekleństw i dzikiego wycia oraz wprost bydlęcej radości. Niektórzy z nieszczęsnych klękali i o litość prosili. Na próżno prosili o uratowanie życia.”

Kilka dni przed bitwą pod Zadwórzem przywoływany już Izaak Babel zanotował scenę zamordowania polskiego jeńca przesłuchiwanego przez szefa sztabu dywizji 1. Armii Konnej.
“Szeko natchniony i blady: mów, jaką masz rangę- ja, zmieszał się, jestem czymś w rodzaju chorążego; oddalamy się, tamtego odprowadzają, za jego plecami chłopak o przyjemnej twarzy repetuje broń, ja krzyczę- towarzyszu Szeko! Szeko udaje, że nie słyszy, jedzie dalej, wystrzał, Polaczek w kalesonach pada w drgawkach na ziemię.”

Inny dowód bestialstwa konarmiejców został zachowany dzięki zeznaniom ogniomistrza Włodzimierza Gabrowiaka.
Lipiec 1920 roku okolice Równego.
Bolszewicy zdobywają pociąg pancerny “Generał Dąbrowski” i biorą do niewoli jego załogę.
Dowódcą pociągu był por. Grabowski.
Stojących w szeregu jeńców komisarze polityczni zaczęli wypytywać, kto jest oficerem.
Grabowski powiedział, że jest studentem “po których to słowach wypytujący komisarz wydał rozkaz skinieniem głowy, poczem dwaj Kozacy stojący z tyłu por. Grabowskiego z obnażonymi szablami poczęli rąbać go. Po pierwszym uderzeniu szablami głowa została rozpołowiona na dwie części, tak że ciało nieboszczyka zostało całkowicie zniekształcone. Przed egzekucją zdjęli z niego koszulę i spodnie.”

Podobny los spotkał innych oficerów a nawet podlekarza Sieradzkiego “którego Kozacy okrążyli i rozebrali, widząc na koszuli prawej ręki Sieradzkiego czerwony krzyż, zapytali go, czy jest on sanitariuszem, nie bacząc na to, Kozacy rozebrali go do naga i zarąbali w ten sam sposób, jak i poprzednich.”

Przed dokonaniem morderstwa konarmiejcy często pastwili się nad swoimi ofiarami.
Jak donosił ocalały z masakry ppor. Jan Smoliński : “Rannego komendanta 2. Kompanii por. Pasternackiego Koazcy zamordowali po uprzednim wyrwaniu mu języka i obcięciu uszów i nosa.”

Mimo obrzydzenia, jakie napełniać musi każdego zdrowego na umyśle człowieka, kiedy stają mu przed oczami obrazy powyższych zbrodni, trzeba pamiętać, że opisane tu przykłady były tylko kroplą w morzu krwi rozlanej przez bolszewików.
Kawalerzyści Budionnego, na tle innych sowieckich oddziałów, nie byli żadnym wyjątkiem pod względem okazywanego okrucieństwa i bestialstwa.

Byli jednak perłą Armii Czerwonej, ścisłą elitą do której przynależność poczytywano za zaszczyt i trampolinę umożliwiającą szybki awans w czerwonej drabinie czynów.
Do członków konarmii należeli tacy ludzie, jak Gieorgij Żukow, Kliment Woroszyłow, Andriej Grieczko i Siemion Timoszenko – późniejsi marszałkowie, Kiriłł Mierieckow – późniejszy szef Sztabu Generalnego czy Grigorij Kulik i Jefim Szczadienko – późniejsi wicekomisarze obrony.
To ona wiodła prym, wytyczała szlak i stanowiła wzór do naśladowania dla reszty wojska.
A skoro elita tak chętnie paliła, gwałciła i mordowała topiąc się przy tym w oceanie sadyzmu, to tym skwapliwiej podążyła za nią czerń ściągnięta z różnych stron dawnego Imperium Rosyjskiego.

Czytając opisy zbrodni popełnianych przez bolszewików, wyłania się przed nami obraz nieludzkiego barbarzyństwa, przywodzącego na myśl czasy najazdu azjatyckich Hunów.
Istotnie, wielu krasnoarmiejców miało azjatyckie rysy i pochodziło z mongolskich stepów bądź syberyjskiej tajgi.
Większość jednak stanowili rdzenni Rosjanie.
W przeważającej mierze byli to prości, niepiśmienni chłopi, którzy w większości szli do walki nie z własnej woli, ale pod groźbą knuta i bagnetu.
Wielu z nich dało się uwieść komunistycznej propagandzie, która wmawiała im, że po zwycięskiej wojnie nigdy już nie zaznają ani głodu ani pańskiego jarzma.
Politbiuro zadbało o to, aby w każdym oddziale znalazł się przynajmniej jeden komisarz polityczny pilnujący “ideologicznego zapału” poszczególnych jednostek.
Każdy na kogo padło oskarżenie nieprawomyślności, bądź siania defetyzmu mógł spodziewać się tylko jednej kary- kuli w łeb.
W ten sposób Czeka w bardzo skuteczny sposób uwolniło Rosję od najlepszych jednostek pozostawiając sterroryzowane masy, które często tylko kształtem przypominały ludzi.
Masy te, upojone strachem i wódką, kierowane najbardziej zwierzęcymi instynktami, spuszczone z łańcucha swoich dowódców dokonywały najbardziej ohydnych zbrodni jakie można sobie wyobrazić.

Ścigające bolszewików Wojsko Polskie, ślady tych ohydnych zbrodni znajdowały niemal na każdym kroku.
Jak pod Chorzelami gdzie odkryto zwłoki 74 polskich jeńców.
Jeden ze świadków tego ponurego odkrycia, gen. Lucjan Żeligowski, który w późniejszym czasie zasłynie w dziejach jako wyzwoliciel polskiego Wilna, zanotował:
“Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała na nim wielka ilość trupów. Byli to w ogromnej mierze nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici podczas walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i pobliskich krzaków. Byli pokłuci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy.”

Bolszewicy uciekali zabierając wszystko, co udało im się ukraść, ogołacając całe połacie wschodniej Polski.
Pozostawiali po sobie tylko sterty zmasakrowanych trupów, spalone wsie i dwory, zhańbione kobiety i pozbawione rodziców sieroty.

Z każdym pokonanym kilometrem rosła ilość odkrywanych zbrodni a wraz z nimi nienawiść do wroga, który zdawał się być pozbawiony jakichkolwiek ludzkich cech.

Tak swoje odczucia opisuje Jan Fudakowski, ochotnik w 1. Pułku Ułanów Krechowieckich ścigającym bandy Budionnego:
“Ślady po rozbitej piechocie, ścierwa końskie, porzucone części umundurowania, rozrzucone po drodze papiery- wskazywały którędy przeszli Kozacy.
Spotkani po drodze Polacy opowiadali nam ze łzami w oczach o ich okrucieństwie. Mordowanie jeńców, zdzieranie półżywym ułanom lampasów skóry, gwałcone po wsiach kobiety itp. wprowadzały w naszych szeregach zaciętość i chęć zemsty.”

W wyzwalanych przez Polaków miastach radość z wybawienia mieszała się z płaczem i jękami, które były owocem bolszewickiej okupacji.
Tak wyzwolenie Płocka opisuje w liście do męża Maria Macieszyna:
“Bolszewicy poszli. Wygnali ich podhalańcy- nasze chłopy. W okrzyki radości wpada straszny jęk i płacz. Idzie szereg dziewcząt, łamiąc ręce, rycząc.
-Co wy?
-O Boże! Schowałyśmy się na Zduńskiej do piwnicy. Co jedni wyszli to drudzy wchodzili! O Jezu: co chcieli, to robili z nami. Małe dziewczynki, stare kobiety, wszystkie nas, wszystkie męczyli.
Dziewczęta były czerwono-sine, oczy miały na wierzchu, ubranie porozrywane. Zrozumieliśmy. Wracały ich całe szeregi, zawodząc i łkając. Później dochodziły wiadomości o grabieżach i gwałtach. Niewiele ulic ocalało, przeważnie tylko te, które były pod strzałami. Wiele pań znajomych zostało zgwałconych. Na Pensji Udziałowej była pralnia, szwalnia, gospoda żołnierska, punkt opatrunkowy. Wtargnęli tam bolszewicy i okradli wszystko. Były tam dziewczęta i panny.
Żony wojskowych, różne znajome panienki- po 10 lub 20 bolszewików gwałciło. Po całym mieście wieści straszne. Stare siwe kobiety padały pastwą. Nigdy się nie wykryje, co się stało tej nocy. Któż by chciał się przyznać? Panią Kalinowską obrabowali, a będącą u niej pewną znajomą nam panienkę gwałcili. Panienka krzyczała tak strasznie, że Kalinowska zemdlała z wrażenia.”
Realia radzieckiej okupacji opisuje również Adam Grzymała- Siedlecki:
“Wystraszona ludność czeka po domach zmiłowania Bożego a kozactwo generała Gaja hula po grodzie. Wpadają do mieszkań, z rewolwerami przykładanymi do piersi żądają jedzenia i trunków. Klną i lżą. Przy najmniejszym oporze biją i katują. Ofiarą dzikości padają kobiety. Nie brak ohydnych scen gwałcenia. Takiemu losowi ulegają nieszczęsne samarytanki w szpitalu garnizonowym.”

Podobną gehennę bolszewicy zgotowali mieszkańcom Grodna.
Oto co zanotował mjr. Mieczysław Boerner po wkroczeniu jego dywizji do miasta:

“Czerezwyczajka w Grodnie funkcjonowała bardzo energicznie. Liczba rozstrzelanych dotychczas nie została potwierdzona, ludność twierdzi, że od 200-300. Ambulatorium Czerwonego Krzyża funkcjonowało do ostatniej chwili. Pracowały w nim dwie siostry miłosierdzia. Obydwie zostały w haniebny sposób zgwałcone. Znęcało się nad nimi po kilku kozaków. Majątek ambulatorium został zagrabiony.”

Bolszewickim oprawcom asystowali miejscowi kolaboranci, wywodzący się często spośród mniejszości narodowych zamieszkujących teryotoria Rzeczypospolitej.
Wydawano w ręce sowietów ziemian, księży, urzędników i kobiety.
Srul Rubin, Żyd z Wyszkowa pod protekcją “towarzyszy radzieckich” przyczynił się do śmierci kilku polskich żołnierzy, nad którymi wcześniej się znęcał.
W Różanie kilkunastu żydowskich komunistów, wydało bolszewikom burmistrza, nauczyciela i kilka innych osób podejrzewanych o antykomunistyczne zapatrywania.
Wszyscy zostali okrutnie zamordowani.
W Płocku Jan Więckiewicz wydał na żer krasnoarmiejcom ukrywające się w jego domu sanitariuszki.
Biedne dziewczyny zostały brutalnie zgwałcone.
We wsi Piliki członkowie miejscowego Rewolucyjnego Komitetu (komunistycznego “samorządu” organizowanego przez bolszewików na zajętych przez siebie terenach) zarąbali siekierami 3 żołnierzy polskich, którzy uciekłszy z bolszewickiej niewoli zatrzymali się w jednej z chałup.
W Komorowie fornal o nazwisku Podedworny, który był członkiem Rewkomu, doprowadził do zamordowania ziemianina Feliksa Ostrowskiego, w którego obronie stanęli miejscowi chłopi.
Bolszewicy reprezentujący “interesy klasy pracującej” pozostawali jednak głusi na jej wołania.
Dla bolszewików liczyły się tylko interesy Partii bolszewickiej złożonej ze zbieraniny psychopatów, bandytów.
Miejsce w hierarchii wyznaczał fanatyzm ideologiczny i bezwzględność a jeśli interesy Partii nie pokrywały się z „interesami klasy pracującej” to tym gorzej dla tej ostatniej.

Zgodnie z planami Partii każdy ziemianin, urzędnik, ksiądz i niekomunistyczny inteligent miał zostać rozjechany przez czerwony walec a z ich krwi miał powstać Nowy Porządek w którym wszyscy-poza kastą partyjną- będą tak samo biedni i ogłupieni.
Ziemie zajęte przez bolszewików stanowiły poligon na którym testowali różne sposoby zaprowadzania swoich rewolucyjnych (nie)porządków.
Ostatecznym ich celem było zaś wytworzenie nowego typu człowieka- Człowieka Sowieckiego. Bezwolnego, pozbawionego własnej tożsamości narzędzia w rękach politbiura, gotowego na wszystko w imię Partii i ideologii komunistycznej.
Realizując ideologiczne zamierzenia, politrukowie i dowódcy wojskowi skwapliwie zachęcali podlegających im żołnierzy do popełniania zbrodni, w szczególności mordowania “burżujów” i gwałtów na kobietach, które “miały wytworzyć nową, wyzwoloną rasę.”
Liczba zbrodni z dnia na dzień rosła więc lawinowo.

Pod wpływem bolszewickiego okrucieństwa serca żołnierzy polskich twardniały a tryumfalny pochód Wojska Polskiego z wolna zmieniał się w marsz dyszących żądzą zemsty mścicieli.
Stając twarzą w twarz z bestią, żołnierz polski coraz częściej wytracał humanitarne odruchy.
Coraz częściej zdarzało się, że polskie oddziały nie brały jeńców zabijając na miejscu wszystkich napotkanych wrogów.
Jak stwierdził kapelan 1. Dywizji ks. Bombas w rozmowie z pisarzem Karolem Irzykowskim:
“Bolszewicy zaczęli pierwsi. Jako kapłanowi obce jest mi uczucie zemsty. Ale gdy sam widziałem, jak wykopywano zwłoki naszych żołnierzy z odciętymi członkami, rozumiem, że żołnierz pod wpływem takiego widoku zamienia się w tygrysa.”

Polski tygrys niebawem odrzucił bolszewicką bestię za Niemen, gdzie szykowała się do kolejnego skoku.
Polacy nie dali się jednak zaskoczyć i uderzyli pierwsi.
Zaskoczenie sowietów i sprzymierzonych z nimi Litwinów było całkowite.
Po zażartych bojach polskie oddziały opanowały Grodno i przeprowadziły manewr oskrzydlający w kierunku Lidy aby odciąć wycofujących się bolszewików.
W tym samym czasie grupa bojowa gen. Junga związała sowieckie odwody w miejscowości Wolkowysk, dzięki czemu nie mogły one wesprzeć oddziałów zgrupowanych na północy.
28.09.1920 roku Wojsko Polskie wkroczyło do Lidy i po krwawych walkach zajęło miasto biorąc do niewoli ok. 10.000 żołnierzy wroga.
Polakom udało się także przejąć 25 dział, 52 karabiny maszynowe, 2 tys. wozów taborowych i 137 koni.
Straty własne wyniosły zaledwie 41 zabitych i 205 rannych.
Zwycięstwo nie było jednak całkowite.
Podobnie jak po Bitwie Warszawskiej, ze względu na problemy natury organizacyjnej.nie udało się odciąć wszystkich sowieckich oddziałów z których duża grupa zdołała przedrzeć się na wschód.
Kręgosłup Armii Czerwonej został jednak całkowicie przetrącony.
Głównodowodzący Frontu Zachodniego Michaił Tuchaczewski nakazał generalny odwrót.
Front całkowicie się załamał.
Z wojsk sowieckich zaczęli się wykruszać Białorusini i Ukraińcy, którzy w coraz większych ilościach przechodzili na polską stronę.
W parze ze zwycięstwami na północy szły sukcesy na południu.
Naczelnik Państwa Polskiego Józef Piłsudski w ostatnim akordzie wojny postanowił okrążyć wojska sowieckie zgrupowane w pobliżu Baranowicz, które ostatecznie opanowano 30.09.1920.
Wkrótce wojska polskie wkroczyły tryumfalnie do Kamieńca Podolskiego o którego mury, tatarsko-tureckie hordy tak często się rozbijały i Mińska- serca Białorusi.

Zwycięstwa na froncie i wypieranie bolszewików z kolejnych obszarów pozwoliło sprzymierzeńcom Polski rozwinąć skrzydła.
Do końca września Rosyjska Ludową Armią Ochotniczą złożona w głównej mierze z Białorusinów pod wodzą nieustraszonego Stanisława Bułaka Bałachowicza zebrała 20.000 żołnierzy, zaś armia Ukraińskiej Republiki Ludowej pod wodzą Symona Petlury składała się z 23.000 żołnierzy.
Po szeregu wspaniałych zwycięstw morale Wojska Polskiego było w zenicie a obietnica rozdania żołnierzom bolszewickiej ziemi, zapędziłaby żołnierza polskiego pod bramy Kremla na którym raz jeszcze zawisłaby polska flaga jako symbol minionej i teraźniejszej potęgi i chwały.
Oczywistym jest, że ze względu na brak własnego przemysłu zbrojeniowego Polska nie była w stanie prowadzić samodzielnie długotrwałych zmagań wojennych.
Potrzebowaliśmy sojuszników.
Tych jednak mieliśmy w postaci Białorusinów i Ukraińców których potencjał z miesiąca na miesiąc rósł coraz bardziej.
W szerszej perspektywie można było się również pokusić o sojusz z niechętnymi bolszewikom państwami bałtyckimi jak Łotwa, Estonia, Finlandia czy Rumunia, które mogłyby przyłączyć się do rozebrania czerwonego imperium na części.
Wojna domowa w Rosji otwierała również całe spektrum możliwości manewrowania pomiędzy różnymi grupami opozycyjnymi: od białych aż do zielonych z którymi można było negocjować wspólne uderzenia na wybrane punkty oporu.
W miarę jak bolszewicy ponosili kolejne klęski w walce z Polakami, wzrastały w siłę ruchy odśrodkowe i wybuchały kolejne chłopskie rebelie, które można było wykorzystać do własnych celów.
Oprócz tego z tygodnia na tydzień wzrastała liczba dezerterów z Armii Czerwonej mających już dosyć czerwonego terroru i pragnących walczyć z bolszewikami.
Endecy, którzy reprezentowali Polskę na Zachodzie mogli również wystarać się o wsparcie Ententy a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych dla polskiej walki o niepodległość.

Na jesieni 1920 roku wszystko wskazywało na rychły upadek czerwonego molocha.
Butni najeźdźcy, którzy jeszcze niedawno marzyli o połknięciu całej Europy teraz stanowili tylko zwierzynę łowną dla polskich myśliwych.
Była to jednak zwierzyna szczególna, ogarnięta najgorszym rodzajem wścieklizny- bolszewizmem, który kazał jej kąsać wszystkich naokoło i zarażać ich swoją śmiercionośną chorobą.
Ustrzelenie jej było więc naszym świętym obowiązkiem-zarówno wobec własnego narodu jak i całej europejskiej cywilizacji.

Zraniliśmy ją, goniliśmy przez wiele kilometrów tropiąc po śladach, które coraz gęściej porastała krew. Ale kiedy cel naszych łowów zdawał się być już na wyciągnięcie ręki, my pod wpływem szaleństwa odwróciliśmy się na pięcie i…uciekliśmy zostawiając naszych rodaków i sojuszników na pastwę bestii.
Zamiast zadać jej ostatni cios i raz na zawsze uwolnić świat od groźnej chimery, my nie tylko darowaliśmy jej życie, ale nawet przekazaliśmy jej w darze krew i majątki naszych rodaków żyjących na Wschodzie.
Sądziliśmy, że tym sposobem bestia pęknie z przejedzenia a my będziemy musieli pertraktować z tymi którzy się z niej wyłonią.
Białymi generałami.
Biali generałowie zostali jednak rozbici a bestia nie pękła, ale cierpliwie przetrawiała pożarte przez siebie obszary i szykowała się do kolejnej napaści.
Ta nastąpiła już niebawem…i pogrzebała żywcem to wszystko co naszym przodkom udało się zbudować przez ostatnie kilkaset lat…razem z ich potomkami.
Masowe przesiedlenia, gwałty, represje, ludobójstwo Polaków na kresach w latach 20-tych i 30-tych a w końcu 17.09, łagry, Katyń, PKWN, PZPR i PRL…to wszystko zasługa szaleństwa, które nami zawładnęło w 1920 roku.
Szaleństwa, które tak jawnie uwidoczniło się podczas ryskich rokowań trwających od 21.09.1920 roku a które toczy naszą Ojczyznę nieprzerwanie już od kilkuset lat.

Szaleństwem tym jest żywiące się naszą zawiścią i egotyzmem partyjniactwo.
Partyjniactwo, które zawsze służyło własnym interesom- ale nigdy Polsce.
Partyjniactwo, które sprawiło, że Naczelnik państwa znajdującego się w stanie wojny, miał ręce związane przez broniący “złotej, republikańskiej wolności” parlament.
Partyjniactwo, które tak obkurczyło nasze ambicje narodowe, że zamiast stać się regionalnym mocarstwem rozkładającym karty w Europie Środkowo-Wschodniej staliśmy się igraszką w rękach obcych stolic, które dwadzieścia lat później wepchną nas w otchłań kolejnej wojny- najtragiczniejszej w naszych dziejach.
Partyjniactwo, któremu zawdzięczamy to, że na rokowania pokojowe, Polska jako swoich delegatów, wysłała nie zawodowych dyplomatów, realizujących jasno określoną przez przywódcę państwa doktrynę, lecz zbiorowisko polityków reprezentujących przegląd wszystkich sejmowych partii.

To właśnie kierujący się partykularnymi interesami politycy sprzedali sowietom nie tylko naszych sojuszników, ale również ziemię naszych ojców, fundament naszej tożsamości, glebę z której jako naród wzrośliśmy…a wraz z nią około 2 milionów Polaków, którzy mieli niebawem stać się ofiarami masowego terroru.
Jakby tego było mało polska delegacja zrzekła się nawet tych ziem, które polski żołnierz z bronią w ręku wyrwał bolszewickiej bestii, karząc mu wycofać się z podkulonym ogonem za granice zarysowane długopisem w Pałacu Czarnogłowców.
Podobnie jak konfederaci targowiccy tak i delegaci ryscy optujący za kolejnym rozbiorem polski kierowali się różnymi przesłankami.
Jedni byli przeświadczeni o rychłym końcu władzy bolszewików i potrzebie szukania ugody z Białymi, którzy nigdy nie pogodziliby się z ideą Wielkiej Rzeczypospolitej.
Inni chcieli pozbyć się znienawidzonych kresowych ziemian- ostoi polskiego konserwatyzmu.
Jeszcze inni chcieli silnego państwa narodowego a nie wielonarodowego.
Nie zdawali sobie jednak sprawy, że rzucenie osamotnionej, małej Polski między Niemcy a Rosję było tylko przypieczętowaniem naszej zguby.

Tylko silna, środkowoeuropejska federacja na kształt I RP miałaby szansę przetrwać dziejową zawieruchę.
Polska mogła być silna tylko jako partner słabszych od siebie sąsiadów- którzy wspólnie byliby jednak zdolni do stawienia czoła zarówno Rosji jak i Niemcom.
Traktat ryski odbierał nam jednak tę dziejową szansę.
Na nic zdały się głosy sprzeciwu delegatów Naczelnika Państwa.
Zostali po prostu przegłosowani.
Na nic zdały się skargi kresowiaków pozostawionych na pastwę okrutnego wroga.
Nikt ich nie słuchał.
Jeden z członków delegacji Wincenty Witos po latach wspominał: “Najciężej i najprzykrzej zarazem było z delegacjami polskiej ludności, która miała pozostać po stronie rosyjskiej. Delegacje owe przychodziły z Kamieńca Podolskiego, Mińska, Berdyczowa, przekradając się z narażeniem życia i błagając z płaczem, żeby ich Polska nie dawała na pastwę katom bolszewickim, na pohańbienie ich żon i córek, zniszczenie olbrzymiego dorobku polskiej kultury.
Przykro było patrzeć, jak ci ludzie, dojrzali mężczyźni, zanosili się od płaczu i słaniali z wycieńczenia, i nieprzyjemnie słuchać skarg na delegację. Sceny naprawdę rozpaczliwe robiły kobiety i uchodźcy z dalekich ziem, którzy nie tylko tracili wszystko, ale także nadzieję powrotu do swoich nieszczęśliwych rodzin. Wszyscy zaś razem domagali się nieratyfikowania przez Sejm zawartego w Rydze traktatu.”
Serca delegatów pozostały jednak niewzruszone.

Traktat ryski ratyfikowany został 16 kwietnia 1921 roku.
Po raz pierwszy w historii państwo, które wygrało wojnę żebrało o pokój na tak niegodziwych dla niego warunkach, że aż wprawiających w zakłopotanie delegację strony przeciwnej.
Mirosław Obiezierski, ekspert polskiej delegacji notował, że “bolszewicy przyznali się, że gotowi byli dać Polsce granicę, chociażby nawet i do Dniepru” a Władysław Pobóg Malinowski wspominał, że “Dębski, już po pierwszych kontaktach z Joffem (szefem delegacji radzieckiej) nie miał wątpliwości, że Moskwa gotowa jest “oddać pod wpływy polskie całą Białoruś, aż do Bramy Smoleńskiej co najmniej. Obszarem między Dźwiną, górnym Dnieprem i Berezyną zamierzała Moskwa zapłacić Polsce nie tylko za swoją klęskę. Joff kilkakrotnie, i z nieukrywanym zdumieniem, konstatował w trakcie posiedzeń jawnych i poufnych, że profesorowi Grabskiemu (czołowemu przedstawicielowi polskiej delegacji, przedstawicielowi Narodowej Demokracji) na terytoriach nic a nic nie zależy.”
Przyjrzawszy się z bliska polskim delegatom wcześniej gotowy na szeroko idące ustępstwa Joffe wysłał do Moskwy raport w którym zawiadamiał o “nerwowości, zmieszaniu, niepewności i braku inicjatywy polskich delegatów, którzy całkiem się pogubili.”
Chwilę potem stwierdził “Myślę, że damy sobie z nimi radę.”
I dali.

1.09.1939 roku wybuchła II Wojna Światowa, największa hekatomba w historii ludzkości.
Ludzie, którzy nas w nią wmanewrowali wmawiali Polakom, że zrobili to po to aby ratować nasz honor.
Wmawiali nam, że “pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor.”
Kłamali.
1.09.1939 roku nie biliśmy się o honor.
Ten bowiem straciliśmy 18.03.1921 roku w Rydze, wraz z naszymi ziemiami, z naszym majątkiem i naszym ludem.
Jak to już nieraz w naszej historii bywało, wspaniałe zwycięstwa oręża polskiego zostały zmarnotrawione przez grupę niekompetentnych polityków a polskie marzenia o wielkości pozostały tylko sennymi marzeniami…i pozostaną nimi tak długą aż wreszcie nie zaczniemy wyciągać wniosków z własnych błędów.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułNiesiołowski w kilka sekund zmienia zdanie. Najpierw „Uchodźcy do Arabii” a potem…
Następny artykułWarszawa: Wystawa o rosyjskiej wersji historii
Patryk Patey

Z ducha, serca i rozumu- narodowiec, polski patriota. „Jestem Polakiem ? więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.”

Zobacz również