UDOSTĘPNIJ
fot. mawabo

Co roku przy okazji rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci Auschwitz-Birkenau dochodzą nas wieści o tym, że kolejne zagraniczne media używają fałszywych i krzywdzących nas określeń – „polskie obozy”.

Zachodnia narracja o „polskich obozach śmierci”

W tym roku zrobiło się głośno o niemieckim przekładzie książki „We all are of glue” gdzie (w odróżnieniu do innych przekładów) pojawiło się sformułowanie „polskie obozy” w odniesieniu niemieckich obozów zagłady. Portal CNN w artykule „Auschwitz’s forbidden art” również użył określenia „polish camps” a DailyMail w artykule o ostatnim żyjącym uciekinierze z niemieckiego obozu w Treblince, Samuelu Willenbergu, poinformował świat o „polskich obozach zagłady”.

Nie jest to jednak problem jedynie tłumaczy książek i mediów. W 2012 roku, w mowie pochwalnej na cześć Jana Karskiego, prezydent USA Barack Obama także użył określenia „polskie obozy” za co później przepraszał.

Mnogość krzywdzących nas określeń dobitnie pokazuje liczba interwencji polskiego MSZ, które tylko w latach 2010-2013 podjęło 199 skutecznych interwencji dotyczących „polskich obozów śmierci”.

Skąd się wzięły „polskie obozy śmierci”?

Rafał Ziemkiewicz w swojej książce „Jakie piękne samobójstwo” sugeruje, że taki „zwyczaj” w zagranicznych mediach wynika z dosyć prozaicznego powodu. Po wojnie, każde państwo z obozu zwycięzców pisało sobie własną „bajkę” zgodnie z zasadą, że to zwycięzcy piszą historię. Amerykanie napisali swoją, Brytyjczycy i Francuzi swoją a Związek Sowiecki swoją.

Określenia zastępcze dla niemieckich obozów zagłady zaczęły się pojawiać gdy Amerykanie zaczęli wprowadzać swego rodzaju cenzurę. By nie gnębić więcej Niemców za ich zbrodnie zaczęto unikać zwrotu „niemieckie” i zastępować je „nazistowskimi” lub „znajdującymi się na terenie dzisiejszej Polski”. Nie dopuszczano także do publikacji drastycznych zdjęć i filmów z wyzwoleń niemieckich obozów by tym samym nie pogłębiać trudnej w owych czasach sytuacji politycznej.

Polska w tej kwestii miała pecha bowiem największy niemiecki obóz zagłady Auschwitz-Birkenau znajdował się na terenie, który po wojnie wszedł w granice państwa polskiego. Polska – mimo że teoretycznie należąca do obozu zwycięzców – nie miała jednak możliwości napisania własnej „bajki” z uwagi na niemal całkowite odcięcie od świata zewnętrznego zafundowane przez sowieckiego okupanta i marionetkowy rząd komunistyczny.

Nie mieliśmy też szansy domagania się sprostowań fałszywych informacji i określeń pojawiających się w zachodnich mediach bo po prostu do nas nie docierały. Stąd coraz częściej pojawiające się zastępcze określenie „polskie obozy śmierci” (mające mówić początkowo o lokalizacji obozów) na stałe weszło w narrację i umysły naszych przyjaciół z zachodu.

Rozwiązanie?

Taka narracja utrwalała się przez kilka dekad i trwa do dziś, mimo że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych interweniuje za każdym razem gdy „polskie obozy” pojawią się w mediach, książkach, filmach dokumentalnych, wypowiedziach polityków itd.

Najbardziej zadziwiający w tym wszystkim jest jednak fakt, że polskie władze po 89. roku ograniczały się jedynie do „protestów” czy „interwencji” i NIGDY nie wytoczyły żadnego procesu w tej sprawie. A jak zapewnia Rafał Ziemkiewicz – wystarczyłby jeden proces w USA i cały zachód nauczyłby się używać poprawnego nazewnictwa.

Trudno się nie zgodzić ze wspomnianym publicystą bowiem brak ostrej reakcji na częste szkalowanie Polski na arenie międzynarodowej jest właśnie jednym z powodów, przez które krzywdząca nas narracja o „polskich obozach śmierci” wciąż funkcjonuje.

Polskie władze muszą wreszcie ostrzej zareagować na „polskie obozy śmierci”, wydać kilka złotówek na dobrego adwokata, wygrać kilkumilionowe odszkodowanie od któregokolwiek zagranicznego medium i być może reszta pomyśli kilka razy zanim nasmaruje o „polskich obozach śmierci”.

W końcu odpowiadając na pytanie zadane w tytule. Zachodnia narracja o „polskich obozach śmierci” to nie nasza wina jednak naszą „zasługą” jest to, że po 89. roku przez nasze zaniedbanie bądź obawę przed rozzłoszczeniem „sojuszników zachodnich” wciąż funkcjonuje.

Czy istniały polskie obozy? (rozumienie tekstu czytanego wskazana)

Odpowiedź dla niektórych może być zaskakująca a brzmi ona – TAK. Polskie obozy koncentracyjne istniały jednak nie były to obozy zagłady Żydów, nie było ich aż tak wiele jak niemieckich i nie pochłonęły tyle ofiar.

W pierwszej połowie XX w. obozy koncentracyjne nie były rzadkością. Mieli je m.in. Anglicy, Hiszpanie, przedbolszewicka Rosja, ZSRS, Amerykanie i również Polska.

W Polsce nazywano je „miejscami odosobnienia” i trafiali tam najczęściej przeciwnicy aktualnie rządzącej siły politycznej. Mam tu na myśli oczywiście Berezę Kartuską, która – jak wynika z relacji osadzonych – była miejscem gdzie człowiekowi odbierano wszelką godność i prawa.

Nawet po 39. roku polskie władze na uchodźstwie nie zrezygnowały z „miejsc odosobnienia” i – jak pisze w swojej książce „Polskie piekiełko”, Sławomir Koper – już kilka dni po objęciu stanowiska premiera, gen. Sikorski zwrócił się do władz francuskich z prośbą o wydzierżawienie w Paryżu więzienia dla polskich oficerów i polityków winnych klęski wrześniowej. Gdy Francuzi odmówili polscy przywódcy znaleźli inne rozwiązanie. W Cerisay koło Angers powstał tzw. Ośrodek Zborny Rezerwy (nazywany niekiedy Cerezą, w nawiązaniu do Berezy) gdzie kierowano bez procesu wszystkie ważniejsze osobistości posiadające stopień wojskowy i jednocześnie związanych ze środowiskiem piłsudczyków. Po klęsce Francji historia z polskimi obozami powtórzyła się w Anglii.

Jednak – powtarzam – nie były to obozy śmierci czy obozy zagłady Żydów i wspominam o nich jedynie w ramach ciekawostki historycznej.

Bądź na bieżąco z moimi wpisami. Kliknij Lubię to!

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również