UDOSTĘPNIJ

Są kameleonami współczesnej polskiej polityki. Powiewające na wietrze chorągiewki, a w dodatku z bardzo słabego materiału. Najmniejszy powiew oczekiwań społecznych wprawia je w gwałtowny ruch, po którym nie są w stanie się uspokoić – co najwyżej zmienią kierunek ruchu, gdy zmieni się klimat społeczny. Te kameleony powyłaziły ze swoich jaskiń z okazji zbliżających się wyborów. Jeszcze intensywniej niż zazwyczaj wyrażają przekonanie do swoich nowych idei i do swoich nowych panów.

Inteligentna bestia wyczuwa nastroje społeczne, bada oczekiwania, roszczenia i bolączki obywateli, tak jak spec wielkiej korporacji bada, czego chcą konsumenci. A potem wychodzi obywatelom naprzeciw. Głosi z patosem nowe poglądy, zapewnia, bezwstydnie kłamie prosto w oczy. Nawet mu ręka nie zadrży z wątpliwości. Czasami ktoś mu uwierzy, czasami zyska aprobatę całkiem pokaźnej grupy społecznej. A czasem zorientowane i uświadomione społeczeństwo pokaże mu już na starcie środkowy palec. My się nie damy wyrolować, nie tym razem, my cię już poznaliśmy, cwaniaczku!

O kim mowa? Janusz Palikot? Donald Tusk? Palikot na pewno, Tusk raczej też. Tylko że ten pierwszy połamał sobie zęby na twardym kamieniu polskiego konserwatyzmu i zwykłego, zdrowego rozsądku. Chciał być jak Berlusconi – szokować i skandalami pozyskiwać sympatię narodu. Przez chwilę całkiem sporo osób się na to nabrało. Był to pewien wyczyn, by opuścić szeregi partii rządzącej, założyć Ruch Poparcia Samego Siebie i z trzynastoprocentowym przytupem wejść do parlamentu. Ale na dłuższą metę, coś takiego w Polsce nie przejdzie. Po paru aktach błazenady Polska się zorientowała, z kim ma do czynienia i powiedziała wprost: „Kończ waść, wstydu oszczędź”. Tonący jednak brzytwy się chwyta, zatem Janusz Palikot postanowił publicznie zachwalać panią premier z ugrupowania, którym jeszcze niedawno pogardzał. Tak jak wcześniej pogardzał krzyżem, którego jeszcze wcześniej zajadle bronił. Zaufanie społeczne spadło na głębokość czterech metrów mułu. I trudno się dziwić.

Donald Tusk to trochę inna historia. Też kilkukrotnie zmieniał swoje oblicze, też równo bajerował. Podobnie jak Janusz Palikot, ex-premier tworzył swój wizerunek „fajnego gościa”, celując w elektorat, który… lubi fajnych gości. Elektorat, który nie ma bladego pojęcia o merytorycznej warstwie wszystkiego, co dzieje się w budynku przy Wiejskiej, ale lubi polityków, którzy są mili, uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni i nowocześni. Z tą różnicą, że Tusk, w przeciwieństwie do Palikota, nie przegrał, lecz awansował. Janusz Palikot prowadził politykę dość niezrównoważoną, dlatego jego kariera polityczna powoli dobiega końca. Retoryka będąca syntezą walki bokserskiej i kabaretu to nowość, a nowość budzi niepokój. Zwłaszcza, gdy jest nieszczera i tę nieszczerość obywatele kilkukrotnie mieli okazję dostrzec. Poza tym Polacy nie lubią zbyt mocnych słów. Przekonał się o tym Jarosław Kaczyński, gdy po dwóch latach mówienia o „łże elitach” i tych „co stoją tam, gdzie stało ZOMO”, musiał grzecznie oddać władzę Platformie. Dlatego Jarosław Kaczyński nie potrafi władzy odzyskać, choć – w przeciwieństwie do Palikota – nadal reprezentuje polityczny mainstream. Lawirowanie i przepraszanie „tych, którzy poczuli się urażeni” w tym wypadku nie pomogło.

Za to spin doctorzy Donalda Tuska wykonali kawał dobrej roboty. Obecny przewodniczący Rady Europejskiej to polityk, który bardzo sprawnie lawiruje. Kręci, miga się od konkretu, nie odpowiada na pytania o realne problemy. Tak doskonale gra swojemu ludowi na nosie, że gdy pada pytanie o niezrealizowane obietnice, to już po chwili lud zapomina, że to pytanie zadał.
Winston Churchill powiedział, że dobry polityk potrafi profesjonalnie naobiecywać, a potem równie profesjonalnie wytłumaczyć, dlaczego obietnic nie spełnił. Podążając za definicją wielkiego brytyjskiego premiera, Donalda Tuska należałoby okrzyknąć politykiem na poziomie master advanced. On nawet nie musi tłumaczyć, bo społeczne wątpliwości trwają przez ułamek sekundy. A koniec końców Platforma ma wciąż zapewnione miejsce w czołówce politycznych wyjadaczy.

Z czego więc wynika przewaga Donalda Tuska nad Januszem Palikotem? Z umiaru. Ktoś mu bardzo dobrze doradził, że nieustanny balans pomiędzy lewicą i prawicą, ciemnogrodem i postępem, jest kluczem do sukcesu. Przewodniczący Rady Europejskiej od zawsze zdawał sobie sprawę z tego, że lepsza jest dobra mina do złej gry niż zła mina do złej gry. Tuska nie mogą polubić ortodoksy, ale cała reszta – umiarkowana lewica, centrum i umiarkowana prawica – jest do zagospodarowania. A on takim elektoratem gospodarować umie. Dlatego wygrał. A jego dziecko nadal prowadzi w sondażach.

Kto jeszcze jest kameleonem, kto lawiruje? Ten, kto jako pierwszy użył tego sformułowania w kontekście polskiej polityki – Przemysław Wipler.
Działacz UPR, później ortodoksyjny Prawy i Sprawiedliwy, który z uśmiechem wspominał błędy swojej młodości i szczeniacką fascynację liberalizmem. A teraz znów powrócił, by u boku Janusza Korwina-Mikke urynkowić kraj i oswobodzić polskich przedsiębiorców z kajdan etatyzmu.
Człowiek-chorągiewka, również sprawny w bajerowaniu. A nawet sprawniejszy, bo zyskał poparcie wśród tych obywateli, którzy z założenia chorągiewkami gardzą – elektoratem buntu.
Elektorat buntu okazał się elektoratem naiwności, elektoratem dzieci we mgle. Bo Tuskowi lawirowanie wypomniał i przypiął łatę kłamcy, ale już Wiplera zaakceptował.
Podobną taktykę obrał Artur Zawisza, będący w niezliczonej ilości mniej lub bardziej mainstreamowych ugrupowań, by teraz należeć do elity polskiego ruchu narodowego. To znaczy Ruchu Narodowego – z dużej litery pisane, nazwa własna.
Podobnie jak Wipler, Artur Zawisza celuje w elektorat buntu, czyli naiwnych buntowników. Odmiennie od Palikota i Tuska, którzy celowali lub celują w elektorat naiwnych lemingów.

Kameleony polskiej polityki obierają różne taktyki, czasem skutecznie, a czasem – ku mojej radości – bez efektu. Bez względu na ugrupowanie, chorągiewki odnajdziemy na każdej szerokości mapy polskiej polityki. To zjawisko jest w polityce tak powszechne jak alkohol i narkotyki w życiu Lemmy ‘ego Kilmistera. Czyli teoretycznie nie ma czemu się dziwić. Ale warto pamiętać, a z tym nie zawsze jest łatwo. Zwłaszcza, gdy na pozór wierny działacz trafia do ludzi i zyskuje poparcie za swoją szczerość, a dopiero po głębszej refleksji okazuje się, że ma tyle oblicz, co Grey twarzy.

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułSyn nie zrozumie, lecz ty pojmiesz wnuku
Następny artykułPrezydent: Ofiary czasów stalinowskich to ofiary Żołnierzy Wyklętych
Paweł Jankowski
Konsekwentnie zawsze pośrodku. Ani wierzący, ani ateista- czyli agnostyk. Ani prawicowy, ani lewicowy- znaczy centrowiec. Zwolennik uczciwej oceny i przeciwnik podwójnych standardów. Fanatyk dobrej literatury i punk rocka. Poszukiwacz przygód i bokserski kibic.

Zobacz również