UDOSTĘPNIJ

Dla osób, które z literaturą nie są zaprzyjaźnione kilka słów wprowadzenia. Feniks – jest to mityczne stworzenie, ptak wywodzący się m.in. z mitologii etiopskiej. Jego cechą charakterystyczną jest to, że u schyłku swego życia feniks umierając spala się, a z jego popiołów powstaje nowy, młody i silny ptak. Stąd znane powiedzenie „odradzać się, jak feniks z popiołów”. Tyle tytułem wstępu.

A teraz, co mam na myśli mówiąc „polski paradoks feniksa”?

Rozumiem przez to strach, niechęć, lenistwo, utratę komfortu i inne emocje oraz stany, które powodują, że Polacy (zwłaszcza przedstawiciele władzy) nie chcą podejmować radykalnych i czasem trudnych decyzji prowadzących do zmian ku lepszemu. W kwestii przedstawicieli władzy istnieje oczywiście ich osobisty interes wynikający z pobocznych korzyści osiąganych z tytułu pełnienia funkcji publicznych, lecz tak oczywistych rzeczy nie będę tu poruszał. Pominę ten „detal” i dla potrzeb metafory założę, że osoby reprezentujące naród faktycznie mają dobre intencje i szczerze chcą dobra dla Polski. Wiem, że jest to fikcja na poziomie Harry Pottera, ale zróbmy tak proszę dla uproszczenia rozważań, ok?

Brak chęci dokonywania radykalnych, trudnych i czasem ryzykownych decyzji związany jest również (w mojej opinii) z feminizacją społeczeństw europejskich, ale to opiszę przy innej okazji tymczasem pozostawiając nutkę intrygi.

Po roku 1945 Polskę budowano jako trwały gmach. Z założenia miał być dla wszystkich i po równo. Wszyscy wiemy jak wyglądają budowlane relikty komunizmu (nie wszystkie oczywiście). PRL, jako ustrój był społeczno-politycznym pierwowzorem swoich architektonicznych odpowiedników. Szary i brzydki betonowy kloc, toporny, ciasny, na kiepskich fundamentach, mroczny i wilgotny, idealny do rozwoju grzyba i pleśni, latem duszno, zimą zimno, okna małe i nieszczelne, w oknach kraty, a na koniec pokryty azbestem. Oczywiście piętra dla administracji były całkiem znośne, przestronne, słoneczne i dobrze wykończone, ale cała reszta plebsu mieszkała w identycznych, ciasnych, szaro-burych klitkach.

W roku 1989 mieszkańcy klitek powiedzieli „dość”. Przyczyny były różne, ale jedną z głównych był fakt, że pragnienie swobody stało się zbyt silne i niemożliwe do stłumienia. Tymczasem w oknach kraty, a budynku opuszczać nie było wolno. W budynku tylko brud, smród i nędza, a za oknami widać zieleń drzew i błękit nieba, a inni ludzie przechadzają się jedząc niedzielne lody.

Jednak udało się, mieszkańcy zebrali się i obalili administratorów. Wyburzyli piętra należące do administracji i wybudowali nowe pięterko, czyste i schludne dla nowego administratora, którego wybrali spośród siebie. Usunęli kraty z okien, otworzyli drzwi, część okien wymienili, część załatali, zerwali trochę azbestu, pomalowali klitki na różne kolory, miejscami wymienili podłogi itd.

Obok cały czas stała grupa innych architektów, którzy mówili – nie! Ludzie, to trzeba rozebrać i zbudować od podstaw, przecież tego się nie da naprawić, to można tylko w nieskończoność łatać i cerować! Oczywiście, że rozbiórka będzie się wiązała z okresem wyrzeczeń, poświęceń i ciężkiej pracy, ale tak jest zawsze, jeśli chce się coś osiągnąć – najpierw trzeba coś poświęcić. Zbudujmy dla naszych dzieci miejsce, w którym będą mogły żyć, pracować i się rozwijać, a nie ten sam betonowy bunkier, tylko w radośniejszych barwach i z większymi oknami…

Nowy administrator na architekturze i budownictwie znał się jak pies na balecie, ale fakt – jako elektryk zapewnił, że prądu nie brakło. Jako, że dorastał wśród ludzi z tego budynku, to jedyny model administrowania jaki znał, to ten, w jakim administrowano dotychczas, więc tylko taki umiał uprawiać. Starzy administratorzy, choć ich obalono, nadal posiadali różne klucze do pomieszczeń administracyjnych i znali tajniki oraz zakamarki budynku, więc nowy nie miał innego wyjścia, jak pójść na układ „przysługa, za przysługę”, by nie pogrążyć się w totalnym chaosie.

I tak administratorzy się zmieniali, ale żaden kolejny nie podjął próby rozebrania tego ustrojstwa. Wzorem poprzedników szli na układy i kompromisy, przemalowując ściany na coraz to inne radosne kolory, przesuwając ścianki działowe, wymieniając klepki w boazerii. Niekiedy nawet potrafili się szarpnąć i otworzyć darmową stołówkę dla wszystkich, ale utrzymanie stołówki i jej administracji oczywiście spoczęło na barkach mieszkańców. Jej wyposażenie kupiono zresztą na kredyt pod zastaw hipoteczny, który mieszkańcy i ich dzieci muszą spłacać przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Co z tego, że w większości mieszkań matki dotychczas zapewniały swoim rodzinom smaczne i zdrowe posiłki…

Budynek stoi nadal, połatany, pstrokaty, gra muzyka, dzieci się bawią, administratorzy się kłócą, prąd drogi, gaz drogi, czynsz wyższy niż w okolicznych mieszkaniach o wyższym standardzie, kupa mieszkań przydzielona rodzinie i znajomym królika i nadal prawie nikt nie chce podjąć wyzwania i dokonać zmiany. Zbudować czegoś lepszego.

I ja nie mam pretensji, bo jeśli ludziom to pasuje to super! Tylko niech Ci, którzy wierzą, że zmiana administracji sprawi, że warunki mieszkaniowe będą lepsze przestaną okłamywać siebie i innych. Nawet najpiękniejsze podłogi, najszczelniejsze okna i najlepsza stołówka niczego nie zmienią. Spowodują jedynie większe długi, większy czynsz i większą niesprawiedliwość. Fundament i mury pozostaną nadal tym samym ograniczeniem i zagrożeniem.

Ale co z tym feniksem, bo przecież o nim jest w tytule, a nie o PRLowskim budownictwie :)

Feniks jest drugą analogią.

Feniks jest bardzo chory. Jego opiekunowie tak bardzo się do niego przyzwyczaili, że pomimo, iż utracił już wszystkie pióra, ma obciętą nogę, zwichnięte skrzydło, wielonarządowego raka, nie widzi na jedno oko i nie słyszy na jedno ucho – to nadal w akcie społecznego miłosierdzia (oraz czynników o których pisałem na początku tego tekstu) wolą robić mu regularne dializy, wycinać po kolei wszystkie objęte nowotworem narządy, trzymać na kroplówce i antybiotykach, a w międzyczasie serwować chemioterapię. W tej swojej lewicowo-miłosiernej i politycznie „poprawnej” postawie ignorują jeden podstawowy fakt – jeśli dadzą mu umrzeć, to odrodzi się nowy, zdrowy i silny! Tylko, że wtedy może być zbyt silny, by go mogli go poskromić i nim zarządzać, a tego opiekunowie bardzo nie chcą! Wmawiają więc feniksowi, że musi się trzymać, że na pewno jutro będzie lepiej, że już mają receptę na cudowne antidotum!

Wierzę jednak w to, że pomimo aplikowanych mu psychotropów (głównie lek o nazwie „mass-medianozol”), które dla „jego własnego dobra” go ogłupiają, feniks pewnego dnia przypomni sobie kim jest. Może przypomni sobie dlatego, że ból będzie już zbyt duży i wyrwie go z otępienia. Serwowane leki przeciwbólowe nie będą już wystarczająco skuteczne. A gdy sobie przypomni, sam wydziobie sobie serce i rozszarpie żyły, no chyba, że nie daj Boże zdążą mu dla „jego dobra” upiłować dziób. Jestem pewien, że już o tym rozmyślają i zamówili skalpel na allegro…

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułNie tęczowa, ale narodowa
Następny artykułObowiązek szkolny
Adam Sawicki
Staram się w możliwie trzeźwy i obiektywny sposób patrzeć na otaczającą rzeczywistość. Mając pełną świadomość, że choć istnieje tylko jedna prawda, to dotarcie do niej może być bardzo trudne, a często zupełnie niemożliwe. Niemniej jednak wierzę, że obowiązkiem ludzi myślących jest podjęcie próby jej odkrycia, a jednym z środków jest dzielenie się swymi (słusznymi lub nie do końca) przemyśleniami i to jest głównym powodem powstawania moich tekstów.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ