UDOSTĘPNIJ

Od zawsze oglądam rozgrywki sportowe, w których uczestniczą nasi reprezentanci. No, może nie wszystkie, w końcu ani biegi narciarskie, ani Formuła 1 mnie nie interesują. Ale jak przystało na młodego, niewykształconego i z małego ośrodka, wolę najbardziej nudny mecz w towarzystwie piwa od pokazu hipsterskiego kina, z kubkiem kawy za 20 zł.
Pisząc te słowa, z niecierpliwością czekam na półfinał Mistrzostw Świata w szczypiorniaku, które oglądam od samego początku. Zaznaczam to z góry, co by nie być posądzonym o to, że o mistrzostwach dowiedziałem się z Onetu czy Kwejka. Tak, oglądałem te rozgrywki, zanim to było modne.

To, że sportowcy tworzą fenomen socjologiczny, wiedzieli już starożytni Grecy. Kiedyś spotkałem się z wykładem, w którym prowadzący go mężczyzna opowiadał o patriotycznym wymiarze kibicowania. To akurat dość oczywiste. Spotkałem się również z opinią prof. Bogdana Wojciszke, że kibicowanie to nic innego jak „kąpanie się w cudzej chwale”. Ciężko mi się z tym zgodzić, bo w jakiej to niby chwale mieliśmy się kąpać, gdy oglądaliśmy naszych kopaczy na międzynarodowych imprezach w latach 2002-2012?

Ale sport to przede wszystkim ta materia, która jednoczy wokół siebie całe społeczeństwo. I to jest chyba jego największy atut. Choć możemy się spotkać z pretensjonalnymi sloganami w stylu „Piłka nożna to rozrywka dla prymitywów” czy „W ogóle nie jaram się mistrzostwami”, to na trybunach spotkamy cały przekrój społeczeństwa. Wszystkie klasy społeczne, wszystkie prądy ideowe.
Możesz być platformersem czy wyborcą Palikota, ale z radości po wygranym meczu rzucisz się w ramiona kogoś, kto może być pisowcem. W takich chwilach nikt nie pyta o legitymację partyjną, bo wspólną legitymacją jest biało-czerwony szal.
Dużo mówi się o polsko-polskiej wojnie, ale mało kto zwraca uwagę na to przepiękne zjawisko, kiedy nasi zaczynają grę, a my zawieszamy broń. Sport jest tak ponad polityką i podziałami, że nawet najbardziej ortodoksyjni piewcy „Norymbergi dla komuny” z łezką w oku mówią o legendarnej kadrze trenera Górskiego, która – bądź co bądź – na koszulkach miała orzełka pozbawionego korony.

Niejednokrotnie, w trakcie tej czy innej sportowej imprezy, przed domami Polaków pojawiało się więcej flag niż na 11 listopada. Choć dla niektórych fakt ten jest zasmucający, też nie bierze się z byle powodu. Bo z okazji Święta Niepodległości co roku na ulicach Warszawy odbywa się festiwal mordobicia i rozpieprzania stolicy przez te czy inne, wojowniczo nastawione grupy. Obraz wojny polsko-polskiej staje się wyrazisty i osiąga apogeum. Ludzie, widząc takie obrazki w TV, zaczynają nabierać negatywnych skojarzeń ze Świętem Niepodległości. Bo pewnie obrazki z zamieszek, które widzimy w mediach, nie są reprezentatywne i zbyt rzetelne, ale całościowo dzień 11 listopada zawsze staje się pretekstem do kolejnych sporów. Może właśnie dlatego w tym dniu jest mniej flag niż przy okazji Mundialu czy Mistrzostw Europy.
W gruncie rzeczy sportowcy w jednoczeniu Polaków są sto razy lepsi niż wszyscy politycy razem wzięci. I nie potrzebują do tego żadnych płomiennych przemówień. Gdy wygrywają, my cieszymy się razem z nimi. Gdy przegrywają, towarzyszymy im w smutku i niedoli. Razem opijamy zwycięstwa, wspólnie opłakujemy porażki. Może jest to próba jakiegoś prymitywnego identyfikowania się z kimś, kogo nawet nie znamy? Może tworzymy jakąś zbiorową tożsamość, która odzwierciedla naszą plemienną naturę – ale czy nie robimy tego w sposób piękny i romantyczny?

Jest jeszcze jedna mocna strona, jaka towarzyszy ogólnonarodowej, sportowej ekstazie. Przy okazji wydarzeń z udziałem Biało-czerwonych przełamujemy stereotyp zawistnego Polaka. Widzimy sukcesy naszych rodaków, a nie rzucamy pomówieniami w stylu „Pewnie nakradł” albo „Miał dziadka w resorcie”. Lewandowski podbija zachodni rynek piłkarski, a my podziwiamy, bijemy brawo i życzymy jeszcze większych sukcesów. Gdy Gołota walczył na amerykańskich ringach, przed telewizorami więcej było emocji wyrażających „Niech mu się powiedzie na emigracji” niż „Oby przegrał”.
Zdecydowana większość z nas w tej materii wspiera swoich rodaków zamiast podkładać im świnie. Bo polscy sportowcy są naszym dobrem narodowym, tak samo jak polscy pisarze, reżyserzy czy naukowcy.

Zdając sobie sprawę z patologii, od których zjawisko kibicostwa nie jest wolne, pozostanę jego wielkim orędownikiem. Żadna książka, żaden film i żaden utwór muzyczny nie dostarczyły mi tylu emocji, co pierwszy z brzegu mecz czy walka bokserska. Oglądałem polskich artystów z murawy, parkietu i ringu, przeżywając zachwyt, rozczarowanie, eksplozję radości, smutek i łzy. Widziałem polskich siatkarzy, którzy sięgają po mistrzostwo świata i polskich piłkarzy, którzy mistrzów świata ogrywają.
Widziałem też porażki i kompromitacje, które budziły moje rozgoryczenie, poczucie wstydu i smutek. Płakałem, gdy nasz Andrzej pozwolił się 3 razy powalić na deski w niespełna minutę. Miał przecież pokonać Brewstera i w końcu zostać mistrzem świata…
Ktoś powie: „Co to za sztuka, że spoceni kolesie rzucają/podbijają/kopią piłkę albo walą się po pyskach?!”
Ale czy sztuką nie jest to, co nas uwrażliwia? Czy wymieniony powyżej pakiet emocji, jaki towarzyszy kibicowi, nie świadczy o uwrażliwiającym charakterze sportu?
Jedno jest pewne – ta działka ma cholernie wielki wpływ na naszą psychikę i szczytem arogancji jest wkładanie jej do szuflady z nic nieznaczącymi symbolami.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułProkuratura sprawdzi czy szef Solidarności groził posłom
Następny artykułBĄDŹMY REALISTAMI, NIE DOKTRYNERAMI.
Paweł Jankowski

Konsekwentnie zawsze pośrodku. Ani wierzący, ani ateista- czyli agnostyk. Ani prawicowy, ani lewicowy- znaczy centrowiec. Zwolennik uczciwej oceny i przeciwnik podwójnych standardów. Fanatyk dobrej literatury i punk rocka. Poszukiwacz przygód i bokserski kibic.

Zobacz również