UDOSTĘPNIJ

W ostatnich latach bardzo wiele mówi się na temat zatrudniania osób niepełnosprawnych. Mimo, że jestem przeciwny wydawaniu środków z państwowej kasy na różnego rodzaju propagandę, to jednak przyznaję, że ten cel jest całkiem słuszny. Warto bowiem (może nie za pomocą pieniędzy podatników…) tworzyć społeczny klimat dla zatrudniania inwalidów tam, gdzie ich dysfunkcje nie mają znaczenia i mogą oni pracować tak samo (a nawet lepiej!), jak osoby w pełni sprawne.

Jednak jak bywa w przypadku pomocy organizowanej przez państwo „naprawienie” jednej kwestii rodzi problemy pokrewne, lecz większego kalibru (przed czym przestrzegał już Herbert Spencer w dziele Jednostka wobec państwa). Zatrudniając w tej chwili osobę niepełnosprawną pracodawca może liczyć na;

a) dofinansowanie do wynagrodzeń dla niepełnosprawnych (im kalectwo większe, tym kwota wyższa – na drugi plan schodzi jakość pracy danej osoby)

b) zwrot kosztów za przystosowanie stanowiska pracy

c) dofinansowanie (w ogromnym stopniu) składek ZUS

d) zwrot kosztów poniesionych za szkolenia

e) refundację kosztów poniesionych na zatrudnienie asystenta osoby niepełnosprawnej (daleki jestem od kpiny, ale po prostu nie wyobrażam sobie, że dana osoba przychodzi codziennie z opłacanym przez państwo asystentem – chyba taniej byłoby dać komuś naprawdę wysoką rentę)

Wskutek powyższych działań państwa dochodzi do nieprawdopodobnych patologii na rynku pracy. Przedsiębiorcy (szczególnie mniejsi) poszukując pracownika, za kluczowe, a często konieczne kryterium doboru pracownika uznają orzeczenie o niepełnosprawności. Dzięki temu wiele miejsc pracy de facto zarezerwowanych jest wyłącznie (sic!) dla niepełnosprawnych. Nie trzeba zatem tłumaczyć, że w tym momencie dochodzi także do rzeczywistej dyskryminacji osób pełnosprawnych – zarówno w sensie potocznym, jak i stricte socjologicznym. Miejsce ma tu bowiem działanie, którego następstwem jest wykluczenie w wymiarze ekonomicznym osób nieposiadających orzeczenia o niepełnosprawności.

Takie orzeczenie staje się także czymś, czym na rynku pracy „chwalą się” osoby je posiadające. Przeglądając portale ogłoszeniowe, czy ogłoszenia w prasie możemy zobaczyć wiele anonsów, w których ludzie poszukując pracy wręcz obnoszą się ze swym atutem w postaci orzeczenia o niepełnosprawności, na co z pewnością wielu pracodawców odpowiada pozytywnie. Oczywiście podkreślę jeszcze raz, że jestem za tym, aby osoby z różnymi rodzajami dysfunkcji mogły pracować tam, gdzie chcą, jednak swoją przewagę powinny prezentować poprzez posiadane przez siebie predyspozycje do wykonywania rozmaitych zawodów, zamiast poprzez zaświadczenia potwierdzające określone stany chorobowe.

Zapewne jest tak, że osoby niepełnosprawne pragną być postrzegane przez pryzmat swoich (często imponujących) umiejętności, a nie kalectwa. Moim zdaniem obecne prawo dokonuje w ten sposób społecznego napiętnowania inwalidów doprowadzając do sytuacji, w której by zdobyć pracę prezentują swoją niepełnosprawność, gdyż ich prawdziwe możliwości schodzą na dalszy plan i często nie są w ogóle brane pod uwagę.

Zastanawiam się także czy jako osoba niepełnosprawna wysłałbym CV do pracodawcy, który oferuje pracę wyłącznie ludziom posiadającym orzeczenie lub je preferującym… Myślę, że jednak wolałbym, żeby moje problemy zdrowotne nie były czymś, co stanowi o mojej wartości w jakiejkolwiek sferze życia osobistego i zawodowego.