UDOSTĘPNIJ

Kilka miesięcy temu dobiegła końca tegoroczna kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, na którą komitety wyborcze w skali całego kontynentu wydały niebotyczną sumę pieniędzy. Mimo to, frekwencja jak zwykle okazała się zdecydowanie niższa niż w przypadku wyborów krajowych, osiągając jeden z najgorszych poziomów w historii Unii. W Polsce do urn pofatygowało się zaledwie 23,82% uprawnionych do głosowania.

Z tej okazji warto się zastanowić, na ile niezbędną Unii jest instytucja Parlamentu Europejskiego, a na ile jest to zbędne obciążenie dla podatników.

Parlament Europejski to wydatek około 8 mld zł rocznie na samo jego utrzymanie. Omawiana instytucja posiada trzy siedziby ? w Luksemburgu, Brukseli oraz Strasburgu ? co według szacunków kosztuje podatników blisko 800 mln zł zupełnie niepotrzebnych wydatków. 35% kwoty całości budżetu Parlamentu przeznaczane jest na wynagrodzenia dla około 6 tys. pracowników jego administracji oraz na podróże służbowe.

PE to także 751 parlamentarzystów, otrzymujących lukratywną pensję wysokości około 25 tys. zł miesięcznie, do której dochodzą różne rodzaju dodatki. Środki jakimi dysponują eurodeputowani dalece przewyższają pieniądze, za które działalność prowadzą m. in. posłowie na Sejm RP. Na dodatek od tych zarobków eurodeputowani nie płacą ani grosza krajowego podatku dochodowego. Do tego dochodzą bajońskie sumy wydawane co 5 lat na kampanie wyborcze w poszczególnych państwach członkowskich, którymi nie interesuje się szersze grono wyborców.

Czy Parlament Europejski jest organem wartym wydawania na niego tak wielkich sum pieniędzy? W obecnym kształcie prawnym ta zapominana na co dzień instytucja na równi z Radą współtworzy prawo unijne. Mimo to społeczna kontrola nad PE jest nieporównywalnie mniejsza z tą, którą dysponują obywatele w relacji do posłów narodowych. Z racji, iż nie istnieje żaden europejski demos, wybierany w demokratycznych wyborach Parlament Europejski z powodzeniem mógłby zostać zlikwidowany, a i tak nikt by nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

To oczywiste, że zwolennicy federalnej Unii chcieli powołania podobnego ciała wyłącznie po to, by na jego fundamencie budować paratożsamość europejską, mającą być substytutem uwierających im tożsamości narodowych. Dlatego, wzorując się na krajowych ciałach ustawodawczych, w 1979 r. zorganizowano pierwsze paneuropejskie wybory, które na skutek braku europejskiego demosu nie mają najmniejszego sensu.

Czy nie prościej by było powrócić do dawnego modelu, istniejącego w czasach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej? Wówczas zamiast Parlamentu Europejskiego funkcjonowało typowe dla organizacji międzynarodowych zgromadzenie parlamentarne, w którym zasiadali przedstawiciele parlamentów krajowych. Posłowie z danych państw członkowskich wybieraliby spośród siebie tych, którzy reprezentowaliby nasze państwo w takiej instytucji. Każdy kraj, bez względu na jego wielkość, w takim organie miałby taką samą liczbę przedstawicieli, zaś zamiast w ponadnarodowych partiach politycznych posłowie zasiadaliby we frakcjach narodowych.

Zobacz również