UDOSTĘPNIJ

Był rok 2011. Zaczęto się budzić. Budzić z lewicowego snu. Był bardzo długi. Fora internetowe grzmiały, a młodzi ludzie – wtedy tak myśleli – odnaleźli w końcu swojego lidera, który przeprowadzi ich przez trudne czasy. Czasy bezczelnego korporacjonizmu. Myśleli, że otworzy im drogę do szybkiej kariery, zniweluje wykluczenie społeczne, zniesie wpływy Kościoła katolickiego, aż w końcu – uczyni Polskę nowoczesnym państwem. Tak wtedy myśleli. Młodzi ludzie. Uwierzyli. Chcieli zmian.

Janusz Palikot do perfekcji opanował wykorzystywanie nastrojów społecznych, wie, kiedy należy uderzyć i z jaką siłą. Zauważył wtedy, że lewicowy elektorat nie jest wykorzystywany, że SLD nie jest w stanie udźwignąć tego na własnych barkach. Spróbował. Na początku powołał stowarzyszenie, później zarejestrował partię polityczną, a jeszcze później zmienił jej nazwę, co było gwoździem do politycznej trumny.

Your Move! Your Move! Your Move!

Wyborcy okazali się być bezlitośni. Wykonali ruch. Pozostały zgliszcza, spalona ziemia.

Polityka Janusza Palikota sprowadzała się do walki z Kościołem katolickim, usuwania krzyża w Sejmie, a także dokonywania aktu apostazji. Co jest w tym atrakcyjnego z punktu widzenia młodego elektoratu? Nic. Nie polepszy to ich sytuacji materialnej, choćby intencje lidera były jak najlepsze. Nie pomoże im to w założeniu własnej firmy, rozkręceniu jakiegoś biznesu. Palikot nie podołał. Przerosły go ambicje. Nie potrafił zagospodarować 10% poparcia. Nadzieja wygasła.

Jest rok 2014. Zaczęto kłaść się spać. Przyśni się lewica. Ukażą się szanse. Niewykorzystane. Lewicy w Polsce długo jeszcze nie będzie. Może ona po prostu się jeszcze nie narodziła?

Udowodnią to wybory prezydenckie. Lewe skrzydło poniesie porażkę. Może lepiej zaśnijmy. Kiedyś się obudzimy.