UDOSTĘPNIJ

?Marg bar Amrika? czyli inaczej ?śmierć Ameryce? ? takie oto hasło jest od czasu Rewolucji Islamskiej 1979 roku nie tylko głównym okrzykiem Strażników Rewolucji (czyli militarnych oddziałów stojących na straży reżimu irańskiego), ale również lejtmotywem przewijającym się przez szerokie rzesze społeczeństwa irańskiego ? wyrazem niechęci i pogardy dla ?Wielkiego Szatana?, którym są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Brak zaufania jest na tyle silny, że pomimo znaków zbliżenia między USA a Iranem, Strażnicy Rewolucji ogłosili 2 listopada na swojej stronie sepahnews.com, że hasło to będzie cały czas obowiązywało jako znak determinacji i sprzeciwu wobec ?dominacji i ucisku ze strony nie godnej zaufania Ameryki?i. Zaiste, bardzo ciężkie muszą być takie negocjacje, w której jeden z partnerów domaga się śmierci i upadku drugiego, jednak powodów do użalania się nad amerykańskimi dyplomatami z pewnością nie ma, są to w końcu ludzie o żelaznych nerwach. Zresztą do takich negocjacji, jak te na linii USA-Iran, żadnych innych desygnować nie można.

Pomimo najlepszych chęci i ogromnego dyplomatycznego wysiłku, konferencję która odbyła się między 7 a 9 listopada 2013 roku w Genewie ciężko zaliczyć do w pełni udanych. Grupa P5+1, (na którą składają się stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ, czyli USA, Chiny, Rosja, Wielka Brytania i Francja, a także najważniejszy partner handlowy Iranu ? Niemcyii), próbowała dojść do porozumienia w sprawie kontrowersyjnego programu nuklearnego Iranu, który wzbudza niepokój nie tylko w Izraelu i Stanach Zjednoczonych, ale rzuca się cieniem na relacje Persów z resztą zachodniego świata. Pomimo tego, że irańscy dygnitarze zapewniają o pokojowym charakterze swojego programu nuklearnego (do którego mają zresztą pełne prawo zgodnie z artykułem IV ?Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej? którego Iran jest sygnatariuszemiii) powszechna jest obawa przed uzyskaniem przez Iran broni atomowej, która kompletnie zmieniła by układ sił na Bliskim Wschodzie. Czy takie zagrożenie jest realne, czy też nie jest tematem na oddzielną dyskusję i coraz więcej wskazuje na to, że ?problem irański? jest w dużej mierze wyolbrzymiony (o czym pisał ostatnio chociażby Newsweek w artykule pt. ?The Phantom Menace?iv).

 

Ciężko jednak aby Amerykanie dali temu wiarę, szczególnie jeśli jedna z głównych amerykańskich negocjatorek z Iranem uważa, że ?oszustwo jest częścią irańskiego DNA?v. Wiedza pani Wendy Sherman na temat genetyki nie jest z pewnością oszałamiająca, jej wypowiedź daje jednak obraz nastrojów w obu wrogich sobie obozach.

 

Tym większy był entuzjazm, kiedy pod koniec obrad wydawało się już, że uda się osiągnąć długo oczekiwany kompromis ? umowę, która będzie do zaakceptowania zarówno przez państwa Zachodu jak i przez Iran. Dobra wola tak ze strony Houssana Rohuaniego jak i Baracka Obamy miała znaleźć swoje ukoronowanie i wymierny skutek w dniu 9 listopada ? wszystko jednak zaprzepaściła Francja, a konkretnie jej minister spraw zagranicznych, Laurent Fabius, który uznał, że ustępstwa poczynione przez Iran nie likwidują możliwości skonstruowania przez Irańczyków broni atomowej.

 

Dotąd ?szatanów? w wyobraźni Irańczyków było dwóch ? tym wielkim była Ameryka, z kolei tym małym Izrael albo Wielka Brytania, zależnie od potrzeb i okoliczności. Po 9 listopada pojawiła się koncepcja szatana francuskiego, który działając w zmowie z ?reżimem syjonistycznym?, chce zablokować poprawę relacji Iranu ze światem zachodnim i realizuje ta samą imperialistyczną politykę jak niegdyś wobec Iranu próbowały stosować USA oraz Wielka Brytania. Rzeczywiście, sprzeciw Francji wobec umowy z Iranem był czymś niespodziewanym i wysoce kontrowersyjnym, biorąc pod uwagę jak daleko rozmowy już zaszły. Nie wszystko zostało zaprzepaszczone, w końcu 20 listopada negocjacje mają zostać kontynuowane, nie będą to jednak rozmowy na tak wysokim szczeblu jak te z pierwszej połowy listopada ? zamiast ministrów spraw zewnętrznych debatować będą niżsi rangą dyplomaci. Niby ciąg dalszy negocjacji, ale to już nie to samo.

 

Jakie były powody veta Francuzów? Wielu komentatorów politycznych starało się dociec motywów postępowania Laurenta Fabiusa, ciężko jednak wskazać na jeden konkretny. Z pewnością część prawdy może tkwić w oficjalnych oświadczeniach francuskiego ministra spraw zagranicznych, który obawia się, że umowa jest zbyt uległa wobec Iranu i nie daje stuprocentowej pewności co do zapobiegnięcia konstrukcji broni jądrowej przez Persów. Swoje odgrywają jednak również powody ekonomiczne oraz geopolityczne ? możliwe że Francuzom zależy także na sprzedaży swojego uzbrojenia krajom sunnickim, w tym przede wszystkim Arabii Saudyjskiej, która obawia się wzrostu potęgi irańskiej. Byłby to więc ukłon w stronę tej monarchii i szansa na bardziej lukratywne kontrakty. Francois Hollande może też zabiegać o zwiększenie roli w Francji w rejonie Bliskiego Wschodu, szczególnie w perspektywie zmniejszonej obecności amerykańskiej na tym terenie. W końcu, jak zauważa prezes Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych Francois Heisbourg, może chodzić o poprawę notowań francuskiego prezydenta we własnym krajuvi. Po pasmie nieustających porażek i upokorzeń, Hollande chce nareszcie zaprezentować się jako ?tough guy? i powoli zacząć odbijać się od dna w sondażach. Jest to dosyć desperacka próba ratunku swego wizerunku ? ale przy swojej obecnej reputacji niewiele może już francuskiemu prezydentowi zaszkodzić.

 

Brak porozumienia został odebrany w samym Iranie w bardzo zróżnicowany sposób. Część konserwatywnego ?betonu? ucieszyła się z kolejnego dowodu na niecne zamiary Zachodu wobec Iranu, wskazując że ?miękka? polityka Rouhaniego jest polityką naiwną i należy powrócić do zdecydowanej oraz nieustępliwej retoryki z poprzednich lat. Bardziej liberalne środowiska zaznaczają jednak, że pomimo końcowego fiaska rozmów, tak dobrych relacji między Iranem a USA nie było od 1979 roku i umowa jest bliższa niż kiedykolwiek. Reakcja zachodnich mediów na dobra sprawę różni się niewiele ? ?jastrzębia? postawa nieufności i wrogości wobec Iranu miesza się z optymizmem i wiarą w dobre chęci Republiki Islamskiej. Zachodni ?beton? niewiele różni się od tego muzułmańskiego – jedni w imię Allaha, a drudzy w imię dolara, z wielką chęcią zarzuciliby wszelkie rozmowy i wysłali swoje wojska do walki o jedyną słuszną wizję świata. Całe szczęście, że zarówno w Ameryce jak i w Iranie u władzy są obecnie elementy umiarkowane, które dają nadzieję na przełamanie wieloletniego impasu.

W obliczu szalejącej wojny domowej w Syrii, załamania demokracji w Egipcie czy problemów Turków z Erdoganem ? zawarcie umowy z Iranem byłoby prawdziwym światełkiem w tunelu, jeśli chodzi o sytuację na Bliskim Wschodzie. Nie tylko można by było rozpocząć realne negocjacje dotyczące końca rozlewu krwi w Syrii (do czego Iran niestety walnie się przyczynia), ale także skończyć z izolacją tego niezwykle niezrozumianego regionalnego mocarstwa, które w ciągu swojej historii nacierpiało się wystarczająco wiele ze strony państw Zachodu. Postawa Francji zasługuje raczej na potępienie i trzeba liczyć na to, że rząd Hollande?a zmieni swoją politykę wobec Republiki Islamskiej. Iran nie jest małym, niesfornym dzieckiem któremu należy grozić, mimo że zewnętrzne warunki często zmuszały rządzących tym krajem do pozornie irracjonalnego zachowania. Co jednak najważniejsze, trzeba się z tym pospieszyć, chyba że chcemy aby do grona irańskich ?szatanów? oprócz USA i Izraela dołączyła reszta państw europejskich.

 

Mateusz Kuryła

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułTęcza biało-czerwona
Następny artykułNowy Wiedźmin w księgarniach
Mateusz Kuryła
Zwolennik polityki pragmatycznej, opartej na dialogu; ideowo bliskie są mu lewica oraz skandynawski model gospodarki.