UDOSTĘPNIJ

To, że III Rzeczpospolita, za sprawą bezpieczniackich watah, które przekształcają ją na własny obraz i podobieństwo, coraz bardziej upodabnia się do organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, jest sprawą powszechnie znaną, również wśród Umiłowanych Przywódców. W podsłuchanej w sławnej restauracji „Pod Pluskwami” rozmowie pana Bartłomieja Sienkiewicza, którego RAZWIEDUPR – gwoli zachowania pozorów oczywiście za pośrednictwem Sejmu, to znaczy – „parlamentu” – wystrugał z banana na ministra spraw wewnętrznych – z panem profesorem Markiem Belką, szczęśliwym posiadaczem aż dwóch pseudonimów operacyjnych nadanych mu jeszcze za pierwszej komuny przez SB, a obecnie postawionym – oczywiście też z zachowaniem wszystkich pozorów – na stanowisku prezesa Narodowego Banku Polskiego, pan minister wygadał się, że państwo polskie istnieje tylko formalnie.

I słuszna jego racja – bo III Rzeczpospolita przypomina normalne państwo tylko zewnętrznie, tak, jak orzeł wypchany orła żywego. Orzeł wypchany niby ma wszystko to, co i żywy: dziób, szpony, skrzydła i tak dalej – tyle, że nie lata. Z III Rzecząpospolitą jest podobnie – jako organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, może już tylko prześladować i rabować osoby pozostające w jej zasięgu, zwane nie wiedzieć czemu „obywatelami” – bo gdyby tylko spróbowała prześladować osoby pozostające w zasięgu państw, zwłaszcza państw poważnych, to natychmiast przypomniałyby one RAZWIEDUPR-owi i tworzącym go ubowcom starej i młodej generacji – skąd wyrastają im nogi. Toteż ubowcy zarówno starej, co to jeszcze samego znała Stalina – generacji, jak i generacji młodej, znają mores i się słuchają.

Najlepszą ilustracją tego posłuszeństwa była afera hazardowa, której – jak się potem okazało – wcale „nie było”. Otóż kiedy rozdrażnieni ujawnianiem prawdziwych tajemnic o szwajcarskich kontach, na których ubecja tradycyjnie chowa ukradziony szmalec, generałowie przystąpili do karcenia premiera Tuska, a on w panice wyrzucał z rządowej pirogi coraz to nowych murzyńskich chłopców – w pewnym momencie wzięła go pod swoją obronę Nasza Złota Pani. Przyznała mu mianowicie Nagrodę im. Karola Wielkiego, co dla tubylczych ubowniczków było sygnałem, że niech no teraz któryś ośmieli się tknąć premiera Tuska choćby palcem, to będzie miał z nią do czynienia. I co Państwo powiecie? Wszystkie prześladowania ustały w jednej chwili, jakby z mauzoleum powstał w straszliwej postaci sam Józef Stalin pod rękę z Feliksem Dzierżyńskim – a premier Tusk znowu stał się ukochaną duszeńką niezależnych mediów głównego nurtu – bo tak musieli nakręcić urzędujących tam poprzebieranych za dziennikarzy konfidentów ich oficerowie prowadzący.

Degrengolada III Rzeczypospolitej, jak zresztą każda degrengolada, prezentuje się smutno, ale na tle tego ponurego obrazu tym wyraźniej prezentują się elementy komiczne, których przecież też nie brakuje, zwłaszcza w postaci komizmu mimowolnego. Można oczywiście się spierać, który z elementów tworzących organizację przestępczą o charakterze zbrojnym, w jaką bezpieczniackie watahy przekształcają III Rzeczpospolitą, jest śmieszniejszy od innego. Ja na przykład uważam, że najśmieszniejszym elementem III Rzeczypospolitej jest niezależna prokuratura i niezawisłe sądy. Już choćby dlatego, że dla dodania sobie powagi przebierają się w – jak to nazwała kiedyś Oriana Fallaci – jakieś „śmieszne, średniowieczne łachy”, wieszają sobie na szyjach łańcuchy z metalu imitującego złoto, podobnie jak w swoim czasie alfonsi skrzyknięci na Krakowskie Przedmieście w Warszawie gwoli dania odporu smoleńskim liturgiom. Każdego można by rozpoznać na końcu świata właśnie po złotym łańcuchu z tombaku na byczym karczychu. A w dodatku jedni i drudzy niezwykle serio celebrują swoje urzędowanie, chociaż każde dziecko wie, że i jedni i drudzy w podskokach zrobią wszystko, co każą im zrobić ich mocodawcy z RAZWIEDUPR-a. Dowodów na to dostarcza niemal każdy dzień.

Znakomitą ilustracją tej gotowości, która – mam nadzieję – będzie miała komiczny ciąg dalszy, jest przedstawienie zarzutów Januszowi Korwin-Mikke, który w swoim czasie spoliczkował Michała Boniego za to, że tamten nie tylko przez całe lata zaprzeczał, jakoby był konfidentem Służby Bezpieczeństwa, ale w dodatku tych, którzy mu to przypominali, oskarżał o łajdactwo i wariactwo. Korwin obiecał mu, że go za to spoliczkuje i obietnicy dotrzymał, a pan Boni, zamiast zażądać satysfakcji, w dyrdy pobiegł na skargę do niezależnej prokuratury. Najwyraźniej musiał skądś wiedzieć, że niezależna prokuratura konfidentów bezpieki, zwłaszcza tych, co to nimi „nie byli”, a właściwie nie tyle „nie byli”, co „byli”, ale „bez swojej wiedzy i zgody”, chroni niczym źrenicę oka, że traktuje ich jak sól ziemi czarnej i każdą, nawet najbłahszą zniewagę, bezlitośnie pomści, niczym Pan Bóg krzywdę donny Anny: „Bóg ci Anny przebaczyć nie może, za nią wstanie zemsty całe morze, za nią z piersi ordery ci zedrą! Za nią ujmą się z płaczem kamienie…” – pisała w furii Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

I tak jest w istocie, bo pomyślmy sami – co zwojowałaby organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym bez konfidentów – również ulokowanych na stanowiskach w niezależnej prokuraturze i niezawisłych sądach? Nic by nie zwojowała, ale właśnie z tego powodu konfidenci muszą głęboko odczuwać wspólnotę swoich losów i kierować się solidarnością, którą za pierwszej komuny mełamedzi nazwaliby solidarnością klasową – bo jużci – czyż nie stanowią oni klasy społecznej? W dodatku zarówno niezależna prokuratura, jak i niezawisłe sądy, nie mówiąc już o policji, muszą konfidentów za ich usługi wynagradzać, a ponieważ naszym okupantom szkoda pieniędzy, to wynagradzają ich gwarancjami bezkarności. Policja, prokuratura i niezawisłe sądy przymykają oczy na przestępstwa popełnione przez konfidentów i w ten oto prosty sposób przynajmniej część kosztów funkcjonowania państwa, to znaczy – oczywiście organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, przerzucana jest na sektor prywatny. Zwłaszcza na tym tle solenność choreografii w niezawisłych sądach i tych wszystkich kostiumów nie może nie wywoływać mimowolnego efektu komicznego. Miejmy tedy nadzieję, że proces Janusza Korwin-Mikke będzie nie tylko jawny, ale również – transmitowany w całości przez jakąś telewizję, żeby obywatele mieszkający poza Warszawą też mogli w tych ciężkich czasach zażyć trochę wesołości. W końcu tyle naszego, co się pośmiejemy, no nie?

Artykuł pierwotnie pojawił się w tygodniku „Nasza Polska”. Jest również dostępny na stronie michalkiewicz.pl

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również