UDOSTĘPNIJ

Mainstreamowe media od lat kształtują obraz przygłupiego rolnika-nieroba, czekającego na kolejną, w żaden sposób niezasłużoną (w najlepszym razie wyżebraną, w najgorszym wydartą przemocą) dostawę wagoników ze złotem z Brukseli. Idealnym przykładem jest ociekający propagandą – czas wydania i kluczowe sformułowania – artykuł p. Joanny Solskiej z nr 6 tygodnika „Polityka” zatytułowany „Żywią i doją”. Autorka informacje o życiu na wsi zdaje się czerpać z telewizyjnego show „Rolnik szuka żony”, ponieważ swoim tekstem udowadnia, że w temacie jest zielona niczym trawa na zamieszczonej do niego fotografii.

Już w pierwszym akapicie p. Solska między wierszami próbuje wmówić czytelnikowi, że pozbawieni jakichkolwiek poglądów politycznych pazerni rolnicy poprą partię, która obieca sypnąć więcej grosza w ich dziadzie czapki. W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, że pochodzę z Podlasia, krainy jeśli nie miodem, to z pewnością mlekiem płynącej. Rolników spotykam codziennie, na każdym niemal kroku. Żadnej przesady nie będzie w stwierdzeniu, że znam ich setki. Doskonale ich rozumiem. Czy jeśli powiem Państwu, że rolnicy są jedną z najbardziej stałych w swoich przekonaniach grup społecznych, uwierzycie Państwo mi, czy może p. Solskiej?

Jednak to w drugim fragmencie swojego tekstu autorka daje popis swojej niewiedzy tematu na jaki zdecydowała się wypowiedzieć. Olbrzymim zaskoczeniem był dla niej sposób mierzenia ilości produkowanego mleka:

„Unia produkcję mleka mierzy w kilogramach, a nie w litrach, a to nie jedyny dziwoląg we Wspólnej Polityce Rolnej”

Otóż nie trzeba mieć tęgiej głowy, aby rozwiązać tą zagadkę. Wystarczyłoby jedynie przeczytać etykietę na opakowaniu jakiegokolwiek sera, by dowiedzieć się jakie składniki mleka decydują o jego wartości przetwórczej. Te mierzone w gramach, jak np. tłuszcz i białko (nie ma sensu, żebym opowiadał Państwu o ilości komórek somatycznych czy obecności leków karencyjnych – kto tego nie wie nie zrozumie, kto wie, nie muszę wyjaśniać). To ich zawartość decyduje o tym, ile nabiału innego niż mleko mleczarnia będzie w stanie wyprodukować. To, co kupują Państwo w sklepach w litrowych opakowaniach z napisem UHT jest dla mleczarni niemalże odpadem produkcyjnym. I za ten odpad płacicie Państwo około dwukrotnie więcej niż wynosi cena pełnotłustego mleka. Jeśli już minęło oburzenie, wracamy do artykułu p. Solskiej. Wydawałoby się, że autorka wie dlaczego rolnicy przyjęli limity kwot mlecznych. Miały zapewnić stabilność cen skupu. O wydolności gospodarki centralnie planowanej w zderzeniu z globalnymi rynkami pisało już wielu. Domyślcie się Państwo zakończenia. Tak, ceny były bardzo chwiejne, zależne głownie od koniunktury w Nowej Zelandii. Przyznaje to zresztą p. Solska, zaprzeczając przy okazji swoim słowom sprzed kilku wersów:

”Myśmy te limity przekroczyli już w sezonie 2013/2014 (kończy się każdego roku w marcu). Ale wtedy tylko o ok. 2 proc., choć pokusa była duża, bo ceny na świecie bardzo wzrosły.”

Nie widzę nic dziwnego w tym, że rolnicy nie chcą płacić kar, bo to UE jako pierwsza nie dotrzymała warunków umowy. Skoro o umowach mowa, kwoty mleczne pierwotnie miały być traktowane jako papiery wartościowe. Rolnicy łożyli grube tysiące, aby je odkupić i zwiększać produkcję, będąc przeświadczonymi o ich wartości rynkowej. Tymczasem okazało się, że po odejściu od limitów wszystko diabli wezmą. Czy nie jest to dobry powód do strajku?

W trzeciej części p. Solska podejmuje temat strat związanych z rosyjskim embargo. O embargo nałożonym na Polskę przez „braci” z Bandermajdanu mowy oczywiście nie ma. Sprawa nie istnieje. Jego głównym powodem ma być epidemia Afrykańskiego Pomoru Świń. Cóż, według mnie to naturalne, że rolnicy nie chcą płacić za gierki rozwydrzonych polityków. Sprawa jest ewidentnie polityczna, ponieważ nastąpił olbrzymi wzrost populacji dzików, regularnie niszczących uprawy, na terenach podobno skażonych APŚ. Chyba, że nie ufamy logice w najprostszym wydaniu. Jednak nie tylko hodowcom trzody chlewnej dostało się po kieszeni. Wprowadzenie zakazu uboju rytualnego drastycznie zmniejszyło przychody producentów wołowiny. Dzięki tej idiotycznej ustawie, to czescy pośrednicy kupujący bydło nawet na Podlasiu i odsprzedający je krajom muzułmańskim oraz Izraelowi czerpią zyski. Na szczęście Trybunał Konstytucyjny uznał ją za niekonstytucyjną, więc może w tym sektorze sytuacja się polepszy. Możecie nazwać mnie zimnym draniem, ale o wiele bardziej obchodzą mnie straty rolników niż wyimaginowane lub nie dodatkowe cierpienia zwierząt.

W tym samym fragmencie autorka przekonuje, że rolnik nie prowadzi żadnej księgowości. Otóż jak każde inne przedsiębiorstwa, tak i gospodarstwa rolne wpadły w sieć biurokracji. Liczba wniosków, paszportów czy faktur niejednego drobnego przedsiębiorcę przyprawiłaby o ból głowy. Oczywiście, nie jest to jako takim wymogiem, ale bez tego nie można liczyć na jakiekolwiek unijne dofinansowanie. Tylko, że teczek pełnych dokumentów nie widać zza szyby samochodu.

Unijne dofinansowania dla rolnictwa są chyba ulubionym tematem do narzekań „inteligencji”. Według niej, rolnicy otrzymują miliardy złotych dosłownie za nic.

”[…] ponad połowa z 1.3 mln rolników biorących z UE dopłaty, […] Niczego na swym polu nie sieje, nie zbiera, nie sprzedaje.”

Otóż, moi drodzy, UE dopłaca do produkcji. Wysokość dopłaty różni się w zależności od rodzaju uprawy. Wyjątkiem są ugory, traktowane jako odpowiednia praktyka rolna. W innym wypadku, kto nie sieje, dopłat nie dostaje. Proste? Proste.

Dopłaty bezpośrednie nie są jedyną formą dofinansowania. Istnieją także fundusze rozwojowe, mające na celu modernizacje i restrukturyzacje rolnictwa. Jak to wygląda? Unia może np. dofinansować zakup maszyny. Słodko, czyż nie? Gdzie zatem haczyk? Od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej ceny maszyn poszybowały jak szalone w górę, a całe dofinansowanie trafia de facto do producentów i pośredników, zamiast jak próbuje się wmówić społeczeństwu do rolników.

Jednym z problemów poruszonych przez p. Solską jest wręcz straszna cena ziemi rolnej, co skutecznie hamuje rozwój gospodarstw rolnych. Wspomniana w artykule kwota to drobne w porównaniu z cenami ziemi w okolicach np. Łomży. Tam 100tyś zł za 1 ha to wcale przyzwoita oferta. Odpowiedzcie sobie teraz bystrzaki na pytanie: czy ktokolwiek zamroziłby taką kwotę licząc na unijne dopłaty? Cena ziemi absolutnie nie spadnie, jako, że od przyszłego roku będziemy świadkami ekonomicznej inwazji na terenach Rzeczpospolitej. Nic nie zapowiada zatrzymania tego procesu.

Na zakończenie chciałem się zwrócić do wszelkiej maści utyskiwaczy. Czy w szkole nie wytłumaczyli Państwu, że rolnictwo jest jedną ze strategicznych gałęzi gospodarki, którą należy chronić? Rolnictwo to nie tylko rolnik ganiający się traktorem po polu czy dojący swoje krowy. To także gigantyczny sektor przemysłu powiązanego z produkcją żywności, gdzie zatrudnione są tysiące osób. A jeśli kuszą Państwa unijne pieniądze, przeprowadźcie się na wieś i spróbujcie wyżyć w owym Eldorado. I lepiej się pośpieszcie, bo kiedy rolnictwo dopadnie recesja, to nie rolnicy, ale Państwo odczujecie to najmocniej.

 

fot. polityka.pl

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również