UDOSTĘPNIJ

Felieton  – specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora.


 

Janusz Korwin-Mikke zwykł mówić, że nikt nie atakuje Szwajcarii, ze względu na powszechny dostęp do broni. To oczywiście bzdura. Szwajcarii nikt nie atakuje z dokładnie tego samego powodu, dla którego nie zaczniecie rzucać cegłami w swojego nowego Mercdesa SL. Wpakowaliście tam oszczędności całego życia.

Mimo wszystko, gdyby władzę we Francji przejął jakiś islamski dyktator, który drobne trzyma w Arabii Saudyjskiej, i postanowił podbić kraj serem i kredytami płynący, powszechny dostęp do broni na pewno zwiększyłby szanse Szwajcarów na odzyskanie niepodległości. My jednak nie potrzebujemy pistoletów nawet, jeśli najadą nas Niemcy. A umówmy się, to na pewno będą Niemcy. Od czasów Mieszka I 87% polskiej historii (serio, możecie sprawdzić) to wojny z osobami mówiącymi w tym groźnie brzmiącym narzeczu, w którym nawet prośba o dodatkową gałkę lodów waniliowych brzmi jak rozkaz rozstrzelania. Na taką ewentualność mamy coś znacznie lepszego niż Glocki.

Jestem absolutnie przekonany, że nikt nie wymyślił lepszego narzędzia do walki z potencjalnym okupantem niż polski system szkolnictwa. Trening zaczyna się już od najmłodszych lat. Jako, że Japończycy i Niemcy od ponad wieku kultywują tradycję ataku bez wypowiedzenia wojny, musimy założyć, że najazd nastąpi niespodziewanie. Dzieci powinny się uczyć życia w ciągłej niepewności oraz dostosowywania do zmieniających się non-stop warunków. W związku z tym, żadne dziecko w Polsce nie ma zielonego pojęcia, w jakim wieku zostanie oderwane od beztroskiego rysowania długopisem po tapicerce w samochodzie taty i posłane do szkoły. Aby zachować pełen realizm, nie wiedzą tego również ich rodzice. Ale, ale! Pierwszy atak to dopiero początek, więc – tak jak na wojnie – sytuacja potrafi się obrócić o 180 stopni w ciągu kilku dni. Podobno polskie dowództwo było tak zdezorientowane atakiem ZSRR na Polskę, że nigdy jednoznacznie nie określiło sowietów jako agresorów, co było jedną z przyczyn klęski kampanii wrześniowej. Takiego błędu z pewnością nie popełni nowe pokolenie, któremu w wolnej Polsce podstawę programową zmienia się mniej więcej raz w tygodniu. Jeszcze wczoraj gimnazjaliści dostali nowe, fundowane przez państwo podręczniki, a następnego dnia dowiedzieli się, że gimnazjów nie będzie wcale. Oczywiście, zanim na dobre oswoili się z tą myślą, ministerstwo ogłosiło zmianę głównego kierunku natarcia i w świat poszła wiadomość, że gimnazja pozostaną, tylko w nieco zmienionej formie. Po takim treningu, możemy być pewni – z zaskoczenia nikt nas nie weźmie!

Co jednak, jeśli obrona upadnie z innego powodu (np. ulotki zrzucane przez naszych sojuszników na głowę wroga będą zbyt mało sugestywne) i trzeba będzie zorganizować podziemny ruch oporu? Ha! – tutaj dopiero zacznie się zabawa. Większość nastolatków co 45 minut wymyka się grupie pilnujących ich dorosłych, czołga się za śmietniki, zamyka w łazienkach i ukrywa w betoniarkach, żeby niezauważonym zapalić papierosa. Zaraz potem wracają do smutnego budynku szkoły, żeby pod czujnym okiem maszerujących po klasie nauczycieli, niepostrzeżenie przekazywać sobie tajne informacje. Jednak jeśli myślicie, że ściąganie w dzisiejszych czasach polega na przemycaniu małych karteczek z niedającymi się rozczytać napisami, to grubo się mylicie.  Dzięki wspaniałemu wynalazkowi, jakim jest internet, każdy, nawet najdziwniejszy sposób natychmiast jest udostępniany w sieci i w ciągu pierwszych trzech setnych sekundy wykorzysta go pół miliona nastolatków. Konkrety? Proszę bardzo. Potrzebne informacje można napisać na komputerze, następnie nałożyć na pobrany z internetu szablon etykietki, na przykład w miejsce składu Coca-Coli. Całość wystarczy wydrukować i nakleić na butelce zamiast oryginalnej etykiety. Mało? Dzięki temu, że obecnie nawet psy i ich psy mają smartfony z dostępem do LTE, nic nie stoi na przeszkodzie, aby połączyć się kolegą na Skypie i po prostu pokazać mu swój test. Jeśli natomiast nauczyciel jest wyczulony na smartfony (zupełnie tak, jakby dało się przypilnować 30 osób jednocześnie), wystarczy wydać stówkę na smartwatcha.

Naturalnie to, że polskie dzieci są świetnie obeznane z technologią, też nie jest dziełem przypadku. Od dawna wiadomo, że są trzy sposoby, aby uzyskać pożądany efekt. Zrobić to samemu, zapłacić komuś, aby to zrobił i zabronić to robić dziecku.

Jeśli wejdziecie do losowo wybranej klasy w pobliskim gimnazjum, możecie w ciemno założyć, że 9 na 10 osób trzyma w kieszeni telefon z mocą obliczeniową dwudziestokrotnie przekraczającą osiągi komputera pokładowego Apollo 11, dzięki któremu Neil Armstrong przeleciał 768 800 kilometrów, po drodze robiąc sobie przerwę na przeprowadzenie transmisji live z powierzchni księżyca. Mimo tego, na lekcjach informatyki zmusza się wasze dzieci do korzystania z komputerów, które bardziej przypominają maszynę do pisania podpiętą do pralki niż coś, na czym co wieczór grają w Call od Duty. Naturalnie jest to zaplanowane działanie. Gdyby w szkołach uczniowie mieli dostęp do czegoś z systemem operacyjnym wydanym już po upadku imperium Napoleona, to pewnie nigdy nie zafascynowaliby się technologią. A w ten sposób, nie tylko wychowujemy pokolenie domorosłych informatyków, ale jeszcze zaoszczędzone na sprzęcie pieniądze możemy przeznaczyć na coś dużo pożyteczniejszego. Na przykład na lekcje religii.

Dzięki opisanemu wyżej zabiegowi, nastolatki w domu nie mają już czasu na nic innego niż wymyślanie nowych sposobów ściągania i oglądanie kotów oraz ucinających głowy islamistów na youtube. To ważne, bo gwarantuje, że nie wpadnie im do głowy coś głupiego, jak granie w piłkę. Dla pewności, spółdzielnie mieszkaniowe poustawiały wszędzie odpowiednie znaki, a najpotrzebniejsza ze służb – straż miejska – heroicznie pacyfikuje zbuntowane jednostki.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego to takie ważne, żeby dzieci nie uprawiały sportu – w końcu od żołnierzy powinno się oczekiwać dobrej kondycji fizycznej. I macie rację, ale tylko w połowie. Od żołnierzy  – faktycznie. Ale przecież – o ile nie nazywacie się Cezary Grabarczyk i nie jesteście byłym ministrem sprawiedliwości – i tak nie macie w domu pistoletu, a tym bardziej nie mają go Wasze dzieci. Nie będą więc mogły walczyć zbrojnie w szeregach naszej podziemnej armii. Gorzej, jeśli okupant zarządzi przymusowy pobór do swojego wojska, co przecież wielokrotnie się zdarzało i było przyczyną wybuchu powstania styczniowego. Wtedy lepiej, żeby ich zdolności bojowe były jak najniższe, co bezpośrednio przełoży się na obniżenie szans Niemców na dalsze zwycięstwa. Dlatego tak ważną rolę w państwie odgrywają ci wuefiści, którzy podczas lekcji nigdy nie wychodzą nawet z kanciapy.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do Prezydenta Andrzeja Dudy: Panie Prezydencie, proszę ustanowić specjalne odznaczenie dla tych, którzy najdzielniej pomagają przygotowywać ogólnonarodową dywersję. I za nic nie znosić karty nauczyciela, bo jeszcze któryś zacznie się angażować. A wtedy cały plan szlag trafi.

 

 

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również