UDOSTĘPNIJ
fot. wikimedia / twitter

Na światło dzienne wyszły właśnie nowe fakty w sprawie wypadku premier Beaty Szydło. Okazuje się, że ministerstwo spraw wewnętrznych grubo minęło się z prawdą przedstawiając swoje ustalenia. 

Do wypadku kolumny rządowych limuzyn doszło ok. godziny 18.30 w Oświęcimiu gdzie premier Szydło przyjechała z krakowskiego lotniska.

Jak podał szybko minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak kierowca pojazdu, w którym była premier rządu Prawa i Sprawiedliwości zaczął swoją służbę o 18.00 na lotnisku w Krakowie.

Jak jednak wynika z ustaleń dziennikarzy śledczych Wirtualnej Polski – to nieprawda. Kierowca Szydło rozpoczął pracę aż 11 godzin wcześniej, w Warszawie.

Według informacji WP z kilku źródeł zbliżonych do MSW i BOR, w piątek rano z siedziby Biura Ochrony Rządu wyjechała laweta z samochodem, który później uległ wypadkowi z premier Szydło.

 – Kolega, który potem prowadził samochód Szydło, jechał jako pasażer w lawecie – powiedział w rozmowie z WP jeden z BORowców.

Zgodnie z procedurami kierowca prowadzący rządową limuzynę nie może przebywać za kółkiem więcej niż 12 godzin.

 – Jest to sprytne obejście prawa, bo jeśli pracuje wykonując inne czynności, to mu ich się nie zalicza do czasu pracy – wyjaśnia funkcjonariusz BOR.

To jednak nie jedyna nieprawda jaką podało ministerstwo spraw wewnętrznych. Mariusz Błaszczak dementował w poniedziałek informacje o tym, że trzech najbardziej doświadczonych kierowców premier Szydło miało w dzień wypadku wolne. Okazuje się, że medialne doniesienia były prawdziwe co potwierdzają sami BORowcy.

Najbardziej doświadczony kierowca szefowej rządu PiS odebrał w piątek wolne za nadgodziny. Drugi był na zwolnieniu lekarskim a trzeci odwiózł premier jedynie na warszawskie lotnisko i pozostał w stolicy.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również