UDOSTĘPNIJ

o to jest, że coraz więcej żydowskich inicjatyw sytuuje się na pograniczu groteski? Być może dlatego, że ci Żydzi, którzy te przedsięwzięcia inicjują, należą do tych głupszych Żydów – bo i przecież wśród Żydów durniów nie brakuje. Pogląd przeciwny można by bez żadnej przesady uznać za rasistowski, no a przecież z rasizmem walczymy, no nie? Niektórzy uważają nawet, że opowieści, jakoby sam Stwórca Wszechświata upodobał sobie akurat Żydów jako „naród wybrany” też są rasistowskie – ale to nie ma nic do rzeczy, bo albo to prawda, albo nie. Jeśli to prawda, no to nic na to poradzić nie można, bo przecież Stwórca Wszechświata może sobie upodobać w kim tylko chce i nikomu nic do tego. Inna sprawa, że Stwórca Wszechświata musiał upodobać sobie akurat w Żydach, jakby już nikogo innego na świecie nie było, jednak z drugiej strony wiadomo, że de gustibus non est disputandum. Zatem tak, czy owak – nic na to poradzić nie można, więc można tylko przyjąć to do wiadomości, chociaż z drugiej strony, jeśli nawet Stwórca Wszechświata specjalnie sobie w Żydach upodobał, no to co to może obchodzić tych, którzy akurat Żydami nie są, ani nie zamierzają nimi zostać? Nie ma żadnego powodu, by to ich obchodziło, a jeśli to nieprawda, to znaczy, że Stwórca Wszechświata wcale sobie w Żydach specjalnie nie upodobał, no to tym bardziej nie ma żadnego powodu, by się tym przejmować, podobnie jak nie ma żadnego powodu, by w ogóle przejmować się Żydami, chyba, że próbują narzucać swój sposób życia wszystkim innym, albo chcą ich obrabować – jak to ma miejsce w przypadku Polaków, do których rozmaite żydowskie organizacje przemysłu holokaustu kierują swoje tak zwane „roszczenia”. Wracając do głupich Żydów, to weźmy na przykład takiego Daniela Cohn-Bendita, z którym kiedyś pan red. Michnik na oczach zachwyconych mikrocefali, prowadził namaszczone dialogi na cztery nogi. Za mądry to on nie jest, chociaż nie można odmówić mu sprytu, podobnie jak feldkuratowi Ottonowi Katzowi z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Pan red. Michnik jest podobny do prostolinijnego Daniela Cohn-Bendita, który tak naprawdę to raczej wypić i zakąsić – chociaż oczywiście bardziej przebiegły, co pozwala mu zażywać reputacji „intelektualisty” i w ogóle – tęgiej głowy. Pogląd ten podzielają liczni mikrocefale płci obojga, zwłaszcza wrażliwsze na nakazy mody młode damy, co pozwala panu redaktorowi podsuwać im rozmaite pomysły do realizacji. Kiedyś, kiedy pan red. Michnik, dając upust swojej niewdzięczności, rozpętał w swojej żydowskiej gazecie dla Polaków kampanię oskarżeń księdza Jankowskiego o pedofilię, panienki jedna przez drugą przypominały sobie, jak to były w dzieciństwie molestowane, przede wszystkim przez księży, którzy penetrowali je pod spódniczkami, a jak która była nie na poziomie, to przez wuja lub nawet ojca. Panienka, której w dzieciństwie nikt nie molestował, nie mogła pokazać się na oczy w gronie ludzi przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu. Kiedy jednak okazało się, że dzieci molestował również przyjaciel pana red. Michnika – właśnie Daniel Cohn-Bendit – i to nie tylko sam je penetrował pod spódniczkami, ale też pozwalał, by one też go karesowały – moda na molestowanie urwała się, jakby kto nożem uciął. Wytworzyło to próżnię kulturową, podobną do tej, o której pisze Stanisław Lem w książce „Doskonała próżnia”. Jest to zbiór recenzji z nieistniejących książek, a jedna dotyczy opowieści, jak to ludzkość stanęła na krawędzi zagłady. Niewielka firma współpracująca z Pentagonem opracowała preparat pozwalający rozładować eksplozję demograficzną w „Trzecim Świecie”. Jego działanie polegało na tym, że znosił wszelkie przyjemne doznania towarzyszące aktowi płciowemu. Sam akt był wprawdzie możliwy, ale jako rodzaj ciężkiej pracy. I stało się, że fabryka, w której ów preparat był produkowany, czy to na skutek wypadku, czy też sabotażu, wyleciała w powietrze, wraz z magazynami, w których złożono pokaźne ilości tego specyfiku. Dostał się on do atmosfery i wody, w następstwie czego ludzkość stanęła na krawędzi zagłady i „tylko wyjątkowo karny naród japoński, zacisnąwszy zęby…” – i tak dalej. Sytuację jakoś opanowano, bodajże przy pomocy zapładniania w szklance, na które tak się snobują damy z towarzystwa („mój syn urodził się z plemnika Rodryga Podkowy z drugiej wyprawy krzyżowej, a kimże jest twój, ty flądro niedomyta!?”) – ale z kultury zniknęła cała erotyka, jako że przestała kogokolwiek obchodzić, co wytworzyło próżnię kulturową. Nie na długo jednak, bo erotykę w kulturze zastąpiła gastronomia. Doszło do tego, że pojawiły się rozmaite zboczenia i na przykład za wyjątkowo nieprzyzwoite uchodziło spożywanie gruszek na klęczkach. Pojawiła się atoli sekta zboczeńców-klęczycieli, którzy domagali się równouprawnienia, jak kiedyś sodomici i gomorytki, obecnie stanowiące sól ziemi czarnej.

Więc kiedy zniknęła moda na molestowanie w dzieciństwie, pojawiła się próżnia kulturowa, w której żydowska gazeta dla Polaków wystąpiła z inicjatywą, by kobiety chwaliły się przebytymi aborcjami. Jak to u żydokomuny, moda ta zaraz przybrała postać współzawodnictwa socjalistycznego, w którym przede wszystkim liczy się wielokrotne przekroczenie ustalonych norm – jak u Stachanowa. Poprzeczkę od samego początku podniosła pani Krystyna Janda, licytując dwiema utraconymi ciążami, ale debiutantek to nie konfunduje, zwłaszcza, że Nina Andrycz mogła pochwalić się dwiema aborcjami, ale cóż to znaczy w porównaniu z co najmniej dziesięcioma aborcjami Marylin Monroe? Nie wiem, czy do takiego rekordu potrafiłaby przynajmniej przybliżyć się pani Hanna Bakuła, najbardziej znana z tego, że „miłowała wiele”, ale, jak wiadomo, omnia principia parva sunt, co się wykłada, że wszystkie początki są skromne, toteż mikrocefalki – również z tytułami naukowymi – na łamach żydowskiej gazety dla Polaków zaczynają licytację od jednej aborcji. Jaki interes mają w tym Żydzi – to sprawa osobna. Pojawiły się fałszywe pogłoski, że finansowy grandziarz, co to niedawno kupił 11procent udziałów w spółce „Agora”, zainwestował też w wytwórnie rozmaitych kosmetycznych „balsamów”, podobnych do tych, które panna Żemojdzin produkowała z ludzkiego tłuszczu – z tą różnicą, że on nie z tłuszczu, to znaczy – z tłuszczu oczywiście też – ale również z innych tkanek tak zwanych „embrionów” – ale to przecież wcale nie musi być prawda, bo Żydzi mogą mieć też interes w depopulacji innych ras ludzkich, których liczebność powinna zostać zredukowana do takiego poziomu, by było komu pożyczać na procent – zgodnie przypisywanym Stwórcy Wszechświata zaleceniem skierowanym do Żydów w „Księdze Powtórzonego Prawa”, że „Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują”. Czyż nie dlatego żydowskie organizacje przemysłu holokaustu od nikogo nie chcą pożyczać, tylko domagają się realizacji tak zwanych „roszczeń” bez żadnego ekwiwalentu? Mniejsza zreszta z tym, bo przecież na licytacjach na aborcje się nie skończy, więc tylko patrzeć, jak środowiska żydowskie zainicjują wśród mikrocefali kolejną modę na przechwalanie się syfilisem. Pan red. Tomasz Piątek będzie układał rymy w rodzaju „chodźmy do Kazi (np. panny S.), chodźmy do Kazi, Kazia ma syfa, to nas zarazi”, albo dramatyczne jeremiady w postaci inwokacji do lubej: „tyś przyczyną moich łez, tyś mnie syfem zaraziła…” – wypełniając w ten sposób próżnię kulturową, jaka pojawia się w związku z ekspansją tak zwanej kultury żydowskiej.

Felieton pierwotnie pojawił się na stronie michalkiewicz.pl

Zobacz również