UDOSTĘPNIJ

Wprawdzie – jak powiada poeta – „chwieją się fundamenty światów”, ale przecież wśród tego rozchwiania jest we Wszechświecie punkt stały w postaci niepisanej zasady konstytuującej III Rzeczpospolitą. Jak wiadomo, aktem założycielskim tej formy polskiej państwowości była siuchta w Magdalence w roku 1989. Polegała ona na tym, że wojskowa razwiedka przekazała starannie uprzednio wyselekcjonowanym „przedstawicielom społeczeństwa” zewnętrzne znamiona władzy w zamian za gwarancje zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowanie tego, co sobie ukradła w ramach uwłaszczenia nomenklatury. Gwarancje te umocnione były kompromatami, jakie razwiedka zachowała sobie na wypadek, gdyby któryś „przedstawiciel społeczeństwa” zapomniał, skąd wyrastają mu nogi. Dlatego podjęta 4 czerwca 1992 roku próba ujawnienia agentury w strukturach państwa została storpedowana przez obydwie strony umowy „okrągłego stołu”, zaś niepisanym konstytucyjnym fundamentem III RP była zasada „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”.

I oto właśnie przekonujemy się, że zasada ta nadal obowiązuje. Rozpętanie afery wokół SKOK-ów okazało się mieczem obosiecznym – bo niektóre ślady wiodły w stronę pana prezydenta Komorowskiego. W tej sytuacji niezależne media głównego nurtu musiały dostać rozkaz, by o SKOK-ach zapomnieć, co przyszło im tym łatwiej, że nieoceniony pan red. Adam Michnik tuż przed Świętami Wielkanocnymi, wespół z red. Jarosławem Mikołajewskim, napisał był donos na polski Kościół w formie listu otwartego do papieża Franciszka. Konkretnie chodziło o to, by papież Franciszek stanął w obronie swego „rycerza” to znaczy – przewielebnego księdza Wojciecha Lemańskiego, niewinnie oprymowanego przez zatwardziałych w zatwardziałości swojej tubylczych biskupów. Pojawiły się nawet pomysły zorganizowania zbiórki na rzecz przewielebnego księdza Lemańskiego, której na pewno nie będzie śmiała się sprzeciwić „psiapsiółka” pani premierzycy, osadzona na fotelu ministra spraw wewnętrznych. Gdzież by tam śmiała śmieć, skoro już następnego dnia po nominacji taktownie zrzekła się wszelkiego nadzoru nad tajnymi służbami?

Tedy cała michnikowszczyna zyskała na Wielkanoc zastępczy temat do rozważań, ale to był dopiero wstęp do bajek, bo prawdziwa bomba („buba bomba mieszka w Mszanie, burdel znaczy – zamieszanie” – powiada poeta) wybuchła w poświąteczny wtorek, kiedy to okazało się, iż eksperci wynajęci przez niezależną prokuraturę wojskową z kolejnego nagrania z czarnych skrzynek odczytali o 30 procent więcej materiału niż poprzednio. Te czarne skrzynki cały czas są w Rosji, więc ruscy szachiści mogą udostępniać tubylczej niezależnej prokuraturze wojskowej coraz to nowe rewelacje, potwierdzające wszelako nie tylko tradycyjny „błąd pilota”, ale w miarę potrzeby ujawniające rozmaite okoliczności ze słynnym „ląduj dziadu!” na czele. Ach, jeśli będzie trzeba, to niezależna prokuratura odczyta nawet głosy z zaświatów, przedziwnie skomponowane z muzyką sfer – no bo jak już idziemy na całość, to co będziemy sobie żałowali?

No dobrze – ale dlaczego niezależna prokuratura odczytała te rewelacje akurat teraz? Pozorną przyczyną była zbliżająca się piąta rocznica smoleńskiej katastrofy, w ramach której – niezależnie od tradycyjnych liturgii – złowrogi poseł Antoni Macierewicz miał ujawnić dowody, a w każdym razie poszlaki, nieomylnie wskazujące na zamach i to w dodatku bombowy. Jak pamiętamy, jeszcze za czasów zapomnianego dzisiaj trochę premiera Tuska powołany został zespół pod kierownictwem pana doktora Macieja Laska, zwanego inaczej Laskiem Smoleńskim, którego zadaniem było obalanie ustaleń dokonywanych przez złowrogiego Antoniego Macierewicza. Jednak zadanie to okazało się nie tylko trudne, ale niewdzięczne i frustrujące. Rzecz w tym, że złowrogi poseł Macierewicz był zawsze pół kroku przed panem doktorem Maciejem Laskiem i jeśli pan doktor, dajmy na to, przygotował się do obalenia punkt po punkcie każdego argumentu w sprawie pancernej brzozy, złowrogi poseł Macierewicz tymczasem już ani słowa o brzozie nie wspominał, koncentrując się na śladach trotylu, na które pan doktor Lasek w ogóle nie był przygotowany. W rezultacie mieliśmy pokaz nieudolności, zaś rozpaczliwe próby ratowania twarzy przez rządowy zespół, miotający się między koniecznością trzymania się ustaleń ruskiego MAK-u, a wychodzeniem naprzeciw rewelacjom złowrogiego posła Macierewicza, wywoływały nawet niezamierzony efekt komiczny. To byłby już wystarczający powód do odczytania przez prokuraturę nawet głosów z zaświatów, a tu w dodatku doszedł nowy, znacznie poważniejszy powód.

Oto od mego Honorable Correspondanta dowiedziałem się, iż zaraz po zakończeniu tegorocznych liturgii smoleńskich sprawa katastrofy miała zostać definitywnie zamknięta na mocy Najwyższego Nakazu – ale kiedy okazało się, że pod smoleński kocioł dołożyła właśnie razwiedka niemiecka, Najwyższy Nakaz został natychmiast odwołany. Nawiasem mówiąc jest to ilustracja głębokości kryzysu przywództwa w naszym nieszczęśliwym kraju, ale nie o to w tej chwili chodzi, tylko o interwencję niemieckiej razwiedki. Oczywiście nie interweniowała ona bezpośrednio, co to, to nie, tylko za pośrednictwem niemieckiego dziennikarza śledczego Jurgena Rotha, który nie tylko z niejednego komina już i przedtem wygartywał, ale w dodatku od razu się zastrzegł, że wprawdzie swoje rewelacje wyniuchał z dokumentów razwiedki, ale nie potwierdzi ona, ani też nie zaprzeczy ich autentyczności, a nawet – ich istnienia.

A cóż z tych ustaleń BND ma wynikać? Ano to, że zamach – bo okazuje się, że w Smoleńsku był zamach – dokonany został z inicjatywy pewnego polskiego generała, który oczywiście posłużył się ruską FSB, jeśli chodzi o stronę techniczną. Chętnie w to wierzę, bo zawsze uważałem, że jeśli w Smoleńsku był zamach, to bardziej podejrzani od Rosjan, którzy 10 kwietnia 2010 roku, a więc w pół roku po deklaracji prezydenta Obamy, likwidującej prezydentowi Kaczyńskiemu jego „politykę jagiellońską”, czyli – jak to nazywał Pierwszy Cadyk Rzeczypospolitej, pan Aleksander Smolar – „postjagiellońskie mrzonki” – więc bardziej podejrzani od Rosjan są szefowie wojskowej razwiedki z Polski, którzy mieli ważny motyw w postaci rewelacji zawartych w „Aneksie” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”.

Jeśli tedy niemiecka razwiedka doszła do takich samych wniosków, to nie wypada mi zaprzeczać. Ale w takim razie trudno się dziwić, że w obliczu takich rewelacji niezależna prokuratura wojskowa w Polsce gotowa jest usłyszeć nawet głosy z zaświatów. Wygląda na to, że tubylczy bezpieczniacy trzymani są nie tylko za gardło, ale i za krocze zarówno przez złego Putina, jak i przez Naszą Złotą Panią. To musi się źle skończyć i nawet podtrzymywanie niepisanej zasady konstytuującej III Rzeczpospolitą: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych” niewiele tu pomoże, bo tubylczy bezpieczniacy ani dla niemieckich, ani dla ruskich bezpieczniaków nie są ani „wasi”, ani „nasi”. Co za balast, co za syfilis zawlokła za sobą ta bezpieka jeszcze z PRL-u!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada). Jest też dostępny na stronie michalkiewicz.pl

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułAgnieszka Gozdyra wraca na antenę ale nie poprowadzi „Tak czy Nie”
Następny artykułRozenek: Rosyjski oddział wojskowy działa w polskim internecie
Stanisław Michalkiewicz

Pisarz, felietonista, nauczyciel akademicki i współtwórca UPR. Działacz opozycji w PRL.

Zobacz również