UDOSTĘPNIJ

Wpadła mi jakiś czas temu w ręce recenzja książki, w której amerykańska – jakby inaczej! – autorka opisywała zwyczaje plemienia zamieszkującego jedną z wysepek na Pacyfiku. Z przytoczonych fragmentów opracowania wynikało, że tubylcy w sposób iście perfekcyjny opracowali  lingwistykę w odniesieniu do żeńskich narządów rozrodczych, a ściślej, do ich zewnętrznych przyległości. Widać ich wiedza nie pozwoliła sięgnąć głębiej.

27Autorka amerykańska w zachwycie pisała o tym, że plemię posiada w swoich zasobach językowych dziesiątki, jeśli nie setki, słów opisujących waginę – jej kształt, kolor, fazę wzbudzenia, metrykę, rozmiar. Ubolewała jednocześnie, że kultura zachodnia w porównaniu z prymitywnym plemieniem jest tak uboga w tym przedmiocie. Podnosiła bogactwo językowe związane z kroczem kobiety do rangi zdobyczy cywilizacyjnych. Wyszło również na jaw, że edukacja seksualna na wysepce jest niesłychanie rozwinięta; starszyzna plemienna już od najmłodszych lat uczy potomstwo zachowań i zwyczajów związanych z erotyką. Młodzi mężczyźni uczeni są jak doprowadzać kobietę do potrójnych orgazmów i takie tam inne. Poczułem się trochę nieswojo jako przedstawiciel cywilizacji łacińskiej. No bo jak to tak? Gdzieś tam, tysiące mil na wschód czy zachód, nieznane nikomu plemię przez setki lat do perfekcji opanowywało sztukę kochania, a my Europejczycy w tym czasie, co robiliśmy? Zamiast skupiać się na walorach warg  sromowych i nadawać im coraz to nowych frazeologizmów, wynajdowaliśmy i konstruowaliśmy balony, maszyny parowe, kolej, automobil, aeroplan, rakietę. Potworna strata czasu. Koniecznie trzeba to zmienić. Naprawić.

Na szczęście w centrum Europy, w stolicy mojego kraju, taki zalążek naprawy już się rodzi, krystalizuje – w Warszawie lęgnie się trend ku prymitywizmowi, czyli temu, co nam pozwoli wydźwignąć się z zatęchłych mroków średniowiecza i odważnie spojrzeć bez zbędnej pruderii w samo oko cyklonu zakrywanej dotąd kobiecości. W godzinach popołudniowych 9 maja ubiegłego roku wkroczyłem na podwórko przy ulicy Mokotowskiej 73. Jak się później dowiedziałem podwórko zamieniło się w artystyczną pracownię open-air.  Ale co tam moja relacja – może być nieobiektywna. Oddajmy głos organizatorce tego wiekopomnego zdarzenia: „Gipsowe cipki nabrały barw, asfalt zaczął krzyczeć cipkowymi hasłami, a ze starego prześcieradła i folii plastikowych powstały niepowtarzalne szablony, naszywki, makatki i mini-transparenty. Rozgorzała współpraca. Rodzice malowali wraz ze swoimi dziećmi, chłopaki z dziewczynami, dziewczyny z dziewczynami, chłopaki z chłopakami i żony z mężami. A niektórzy sami. Ha! Byli też tacy, co przynieśli sobie specjalne projekty własne do zrealizowania na warsztatach. Niejeden pomysł urodził się i ujrzał światło dzienne w ciągu tych kilku kolorowych godzin na Mokotowskiej 73. Najbardziej zachwycił mnie wyjątkowy mechanizm tej współpracy: każda poinstruowana w kwestii wycinania czy odmalowywania szablonów osoba instruowała kolejnych uczestników. Ludzie pomagali sobie przy dzieleniu płótna, wymieniali się farbami i wałkami do malowania, a nawet doradzali kompozycje cipkowych wzorków. A ja mogłam być dzięki temu w kilku miejscach naraz”.

No i tak. Nie wyjeżdżając na Pacyfik czy inną Oceanię mogłem na miejscu, w przaśnej Polsce, ujrzeć setki gołych cipek na warszawskim podwórku. Póki co tylko plastikowe i gipsowe, ale nie bądźmy tacy rychliwi, od czegoś trzeba zacząć…

Kiedy już wróciłem ze stolicy na swój konserwatywny i tradycyjny Górny Śląsk, nieco oszołomiony prymitywizmem modernistycznej warszawki, przypomniałem sobie o słowach, jakie przed laty powiedział Saul Bellow: „Znajdźcie mi Tołstoja u Zulusów, albo Prousta wśród Papuasów – a z chęcią go przeczytam”. Myślę, że słowa noblisty oddają w pełni istotę zagadnienia. Biały człowiek zaczął się wstydzić swojej przeszłości, swoich dokonań, wkładu w rozwój cywilizacji. I zupełnie niepotrzebnie, ze szkodą dla wszystkich, zwraca się ku zjawiskom prostackim, uciekając w chore pomysły.

Idą święta. Zaręczam, że zgodnie z tradycją, jak co roku, pomaluję jajka a nie cipki.

Dariusz Polniak

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułObrazili się na słowa Komorowskiego. Na sali sądu awantura, policja i ochrona
Następny artykułUkraiński polityk: Oddajmy Polakom zachodnią Ukrainę
Dariusz Polniak

Umiarkowany reakcjonista, internetowy flâneur, koneser tanich win – ma nie tylko subtelne powonienie, by zwietrzyć absurd, ma również podniebienie, by go smakować.

Zobacz również