UDOSTĘPNIJ

Do miana lewicy w Polsce przyznaje się dziś wiele środowisk. Lewe skrzydło socjalliberalnego Twojego Ruchu (Nowacka, Biedroń), nawiązujący do bezpieczeństwa socjalnego sprzed transformacji czy demontażu resztek elementów państwa dobrobytu Sojusz Lewicy Demokratycznej (choć sam w tym demontażu uczestniczył). Trzecią siłą jest Partia Zieloni, wzmocniona ostatnio deklaracją szefowej zespołu parlamentarnego Społeczeństwo Fair – Anny Grodzkiej i udaną współpracą z ruchami miejskimi. Wcześniej otwarty na współpracę Piotr Ikonowicz (jeszcze niedawno temu postulujący szeroką koalicję i wyrażający radość, że nie próbujemy na wzajem zapisywać siebie do swoich partii) dziś chce budować własne listy i wyklucza współpracę do samorządu np. z Zielonymi. Podobnie kombinuje Ryszard Kalisz, choć temu marzy się bardziej Europa Plus bis, bez Palikota, za to z liberałami ze Stronnictwa Demokratycznego i Partii Demokratycznej. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego można zauważyć również intelektualne i organizacyjne ożywienie Młodych (choć coraz bardziej tylko z nazwy – część z działaczy MS zaczynała aktywność jeszcze w latach 90. w Forum Młodych Unii Pracy) Socjalistów, którzy zorganizowali udane akcje bojkotu sieci Reserved czy przygotowali bazę lekarzy, którzy podpisali deklarację wiary. Podobnie jak PPS i Partia Kobiet (również ostatnio przebąkująca o własnych listach i… zmianie nazwy /choć ta wydaje się jej największym kapitałem/) cały czas współpracują z Zielonymi na partnerskich zasadach i z wzajemnym poszanowaniem autonomii.

Mamy jeszcze lewicowe związki zawodowe, o których Piotr Szumlewicz, mówi, że partie powinny wobec nich stanowić jedynie przystawkę. Być może takie myślenie byłoby uprawnione, gdyby skuteczność OPZZ była większa. Póki co związki działają jednak głównie w sektorze energetycznym i wydobywczym, nie wchodzą tam, gdzie dzisiaj dokonuje się największy wyzysk i nie mają oferty dla tych, którzy pracują po kilka złotych za godzinę, przyjmując upokarzające warunki, gdyż alternatywą jest po prostu głód. Stąd OPZZ i Solidarność często są postrzegane jako Ci, którzy bronią przywilejów grupowych, zamiast zaproponować całościowe rozwiązania, obejmujące również tych, którzy są prawdziwymi ofiarami dzikiego kapitalizmu. Choć to na szczęście się zmienia. Skuteczne protesty przeciwko reformie emerytalnej i propozycje związkowców w sprawie zmiany kodeksu pracy, dają szansę za budowę trwałego zaufania do tych instytucji.

Sprawa Bratkowskiej (określana Kim Ir Sengate) czy stosunek części polskiej lewicy do rosyjskiej agresji na Ukrainę pokazały, że jedność za wszelką nie jest żadną wartością. Wielu ludzi nie wyobraża sobie funkcjonowania z tymi, którzy mają swobodny stosunek do praw człowieka i dla własnej przyjemności „artystycznej” są gotowi spotykać się i współpracować z funkcjonariuszami reżimu Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. W dyskusji wokół zachowania Bratkowskiej i jej partnera życiowego i „artystycznego”, Floriana Nowickiego, jedni opowiedzieli się po stronie standardów (pewnych rzeczy po prostu się nie robi), drudzy po stronie swojej koleżanki. I choć osobista lojalność jest dobrą cechą, znacznie lepiej (również dla samej Bratkowskiej) byłoby poprosić ją, aby zaprzestała festiwalu autokompromitacji i wycofała się z projektu, którego będzie wstydzić się przez całe życie. Zamiast tego otrzymaliśmy dość histeryczną obronę „siostry-feministki” czy „towarzyszki-lewaczki”. Z tego powodu znaczna część z nas musiała zająć się utrwalaniem dyskursu o tym, że z „wybielaczami totalitarnych reżimów” się nie współpracuje, tak jak nie rozmawia się np z negacjonistami Holocaustu czy chorobliwymi antysemitami. Bratkowska dostała to co chciała – atencję i wyrosła na Korwin-Mikkego lewicy. Mam nadzieję, że na krótko, bo łatka zblazowanych, oderwanych od rzeczywistości kawiarnianych lewaków, doznających współczesnej wersji „ukąszenia heglowskiego”, może być dla lewicy śmiertelnie niebezpieczna.

Dlatego dziś trzeba na nowo zastanowić się, jakie wartości powinny przyświecać tym, którzy będą budować nową lewicę. Dla mnie są to prawa człowieka, jakość życia i tworzenie dobrej jakości miejsc pracy. Za tym idzie ograniczenie wyzysku i walka o bardziej sprawiedliwe społeczeństwo (we wszystkich jego aspektach, nie zapominając o kwestiach związanych ze środowiskiem naturalnym, jakością powietrza i bioróżnorodnością). Dlatego nie ma i nie może być na lewicy miejsca dla tych, którzy w swoich artykułach zachęcają Putina do pomocy separystom na Ukrainie (którą nazywają Noworosją). Tych, którzy publicznie chwalą osiągnięcia Republiki Białoruś pod przywództwem Aleksandra Łukaszenki (mówimy o kraju, w którym do niedawna działały szwadrony śmierci). Również tych, którzy wykluczają z katalogu potrzeb lewicy np. prawa osób LGBT.

Dziś nadrzędnym celem przy budowaniu nowej lewicy jest to, aby nie wyhodować niebezpiecznego potworka, przypominającego Kongres Nowej Prawicy, tylko w czerwonych barwach.

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułCzemu córka Jaruzelskiego jest kłamczuchą-celebrytką?
Następny artykułWuchta śmiechu
Bogumił Kolmasiak
Współprzewodniczący stowarzyszenia Ostra Zieleń. Absolwent socjologii (SGGW, lic.) i stosunków międzynarodowych (UW, mgr), studiował też słowiańszczyznę wschodnią. Wolnościowiec i egalitarysta.