UDOSTĘPNIJ

Instytut Języka Polskiego UW i Fundacja Języka Polskiego uznały „gender” za najpopularniejsze słowo 2013 roku. Gdyby Ci sami jurorzy mieli wybrać słowo dekady, z dużym prawdopodobieństwem byłoby to „lewactwo”. Zrost neutralnego „lewicowy” i pejoratywnego „robactwa” – modna inwektywa w realnej i wirtualnej debacie. Wrogowie zdrowej tkanki narodu zostali ochrzczeni lewakami podczas politycznej polaryzacji wokół Marszu Niepodległości w 2011 roku. Historia „lewactwa” sięga propagandy stalinowskiej. Od tamtego czasu uległo znacznej redefinicji i szturmem zdobyło serca prawicowych publicystów.

Śmierć Lenina stworzyła próżnię w ścisłym kierownictwie partii komunistycznej. W walce o władzę pogrążyły się różne stronnictwa bolszewików, na czele ze zwolennikami Józefa Stalina i konkurencyjnej grupy Lwa Trockiego.  Ostatecznie zwyciężyli stalinowcy, niezwłocznie przystąpując do eliminacji i dyskredytacji przeciwników. Reżimową wykładnię tamtych wydarzeń znajdujemy w Krótkim kursie historii WKP(b). Trockistów nazywa się tam „lewicowym odchyleniem” i „lewactwem”. Od tamtego czasu za „lewactwo” uchodziła wszelka krytyka oficjalnej linii marksizmu-leninizmu z pozycji lewicowej. Wiernopoddańcza wobec Moskwy, Komunistyczna Partia Polski przeszczepiła termin na polski grunt jeszcze przed wybuchem II wojny światowej – przeciwko „awanturnikom” w łonie ruchu robotniczego. Lecz dopiero działalność akademickiej politologii w PRL, przyczyniła się do unaukowienia i sformalizowania kryteriów wyróżniających lewactwo. Encyklopedyczna definicja obejmowała cztery nurty sprzeciwiające się słusznemu pzpr’owskiemu marksizmowi: 1) trockizm, 2) maoizm, 3) Nowa Lewica, 4) anarchizm. Odnotujmy, że głównym zadaniem ówczesnych nauk politycznych było budowanie teoretycznej legitymacji władzy i dyskredytacja jej przeciwników. Niewiele natomiast miała wspólnego z faktycznym badaniem zjawisk i ruchów politycznych w przestrzeni publicznej. Realne wpływy każdego z wymienionych „ekstremizmów” były śladowe. Skromna historia maoizmu w PRL zaczyna i kończy się w postaci sfrustrowanego Kazimierza Mijala. Podobnie ciężko znaleźć grupy bezpośrednio odwołujące się do trockizmu czy Nowej Lewicy. Znajomość myśli Trockiego, Marcuse’a czy szkoły frankfurckiej była bardzo powierzchowna. Cenzura i trudność w uzyskaniu paszportu praktycznie uniemożliwiały recepcję zrodzonych na zachodzie prądów myślowych. Chociaż faktycznie były w tej dziedzinie wyłomy. Współzałożyciel KOR, Antonii Macierewicz wysyłał artykuły do francuskiej, trockistowskiej gazety „Rouge”, a wkrótce po zakończeniu stanu wojennego, zachodni trockiści przerzucali nielegalne powielacze. „Lewactwo” pojawiało się w propagandzie z rożnym nasileniem, ale zawsze jako element kompromitujący opozycję, rzekomo  inspirowaną przez nieodpowiedzialnych, zafascynowanych przemocą i terroryzmem, zachodnich fanatyków.

Rolę pasa transmisyjnego dyskursu „lewactwa” między PRL a językiem III RP, pełniły często te osoby, które w różny sposób uwikłały się w marksizm-leninizm, tropiły „lewaków”, a po ’89 związały się z prawicą. Odrzucili co prawda komunistyczną frazeologię, ale struktura logiczna ich argumentów pozostała identyczna. Reprezentatywnego przykładu dostarcza Bogusław Wolniewicz, jeden z najbardziej konsekwentnych demaskatorów „lewackiego” zagrożenia, współpracownik Radia Maryja, Naszego Dziennika i Najwyższego Czasu, członek PZPR w latach 1956-1981, uczeń marksistowskiego naukowca A. Shaffa, germanofob i rusofil. Radykalny antykomunizm publicysty przejawiał się m.in: postulatem zdelegalizowania SLD. Jednocześnie bagatelizował swoją wcześniejszą działalność, powołując się na powszechny w społeczeństwie entuzjazm dla socjalizmu, pod którego był wpływem. Członek „konserwatywnego skrzydła” w partii – Zrzeszenia „Grunwald”, reprezentującego neoendeckie środowisko inkorporujące nacjonalistyczną i ksenofobiczną narrację przeciwko politycznemu pluralizmowi i autonomii jednostki.

Język radykalnej prawicy w kombinacji z marksizmem, chętnie wykorzystywano od czasów „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. W PRL jego użycie miało legitymizować w oczach ludności, narzuconą przez zwycięski marsz armii czerwonej, komunistyczną władzę. Niezbędnymi elementami nowomowy realnego socjalizmu były wątek antysemicki i niechęć do Niemców. Władza ludowa bardzo pragmatycznie wykorzystywała tkwiące w społeczeństwie stereotypy i obawy do budowania zaufania i lojalności. Spory wkład w absorbowanie frazeologii nacjonalistycznej przez propagandę PRL miało niewątpliwie koncesjonowane stowarzyszenie chrześcijańskie PAX, pod przewodnictwem Bolesława Piaseckiego, narodowca, antysemity, jednej z najbogatszych osób w PRL, współzałożyciela przedwojennych organizacji: Obozu Narodowo-Radykalny i faszystowskiego, Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. W latach 60 na najwyższych szczeblach władzy, ideały ksenofobiczne utożsamiali tzw. „partyzanci”. Skład osobowy frakcji stanowili głównie byli członkowie komunistycznego podziemia partyzanckiego pod okupacją niemiecką. Na ich czele wyróżniał się nieoficjalny pierwszy judeosceptyk PRL, Mieczysław Moczar. Inicjator kampanii nienawiści wobec Żydów w 1968 roku. Wyżej wspominałem o Zrzeszeniu „Grunwald” – tolerowanym przez władze inkubatorze nacjonalizmu. Odziedziczona po Stalinie i KGB, obsesja partyjnego betonu na punkcie „lewactwa”, miała więc dobre oparcie instytucjonalne.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w ostatnich kilku latach gwałtownie wzrosły wpływy prawicy i rola „lewactwa” w politycznym dyskursie. Równolegle lewica przesuwa się z mainstreamu na antypody debaty publicznej, a zasięg oddziaływania liberałów, mimo że wciąż istotny, kończy się na granicach większych miast. Powszechną wyobraźnię opanowali „Żołnierze Wyklęci”, moda „patriotyczna”, sentymentalna pamięć historyczna, klasyczna ekonomia neoliberalna i konserwatyzm. Czy wzrost sympatii nacjonalistycznych jest udziałem skłonnego do skrajnych poglądów ułamka młodych ludzi, czy już doświadczeniem pokoleniowym to mocno spóźnione pytanie. Prawdopodobnie jest konsekwencją trwającego wiele dekad procesu. Z zachwytem rozważanego przez Witolda Gombrowicza. Pozostawiając szczegółowe badania historykom i socjologom można się zgodzić, że wzmagają się fascynacje romantycznym patriotyzmem. Z braku namacalnego wroga, substytutem zagrożenia zostało ponownie „lewactwo”. Po 1989 roku przestało być przedmiotem zainteresowania politologów i weszło do użycia potocznego, zwłaszcza języka prawicowej publicystyki.

„Lewackie zagrożenie” pełni rolę pierwszoplanowego wroga tradycji i symboli narodowych. Najpewniej rownież, nośnika wywrotowych idei gender i queer. Współczesna definicja jest do tego stopnia nieokreślona, że w jednym szeregu krytykowani są liberalni dziennikarze z post-solidarnościowego środowiska „Wyborczej”, inteligencka Krytyka Polityczna, feministki, squattersi, działacze LGBT, oraz konserwatywna Platforma Obywatelska, a nawet niewystarczająco wolnorynkowe Prawo i Sprawiedliwość. W ustach użytkowników, zwłaszcza skupionych wokół środowiska narodowców, „lewactwo” osacza polskość; od zewnątrz w postaci zepsutej kultury zachodu i instytucji unijnych, a od wewnątrz przez zakonspirowanych komunistów lub ich potomków. Podobnie jak w PRL, „Lewaki” często miały bardzo luźny lub żaden związek z poglądami lewicowymi, nie inaczej jest współcześnie. Utożsamiają każdego potencjalnego zwolennika ideologicznego pluralizmu i ekonomicznej równości, a jednocześnie przeciwnika wizji katolickiej i monoetnicznej Polski. „Lewactwo” wpisuje się lepiej w kategorię kulturową niż, jak chcieliby je widzieć adwersarze, grupę politycznego nacisku.

Realny lub fikcyjny wróg pełni rolę czynnika spajającego grupę. Tworzy poczucie wspólnoty. Niedookreśloność „lewactwa” jest jego najlepszą zaletą, gdyż pozwala cały czas utrzymać polityczną gotowość do działania. Dodatkowo, świetnie nadaje się do budowania mitologii. W polskim wydaniu niestety nierzadko z nutką antysemicką. Wstydliwego przykładu dostarczyli narodowcy, paląc na wrocławskim rynku, na jesieni 2015, kukłę Żyda. Pocieszające jest natomiast, że wahadło sympatii ma w historii tendencję do przechodzenia z jednej skrajności w drugą. Wahadło wychylającego się dzisiaj na prawo, niechybnie, wraz z nowymi pokoleniami wróci do punktu wyjścia, a pewnego dnia wychyli się na lewo. „Lewactwo” przestanie być w centrum zainteresowania i wpływy radykalnej prawicy dramatycznie spadną.

Artykuł pierwotnie pojawił się na stronie Loix.pl 

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również