UDOSTĘPNIJ

 

„Jestem katolikiem i ‘pigułek po’ sprzedawać nie będę” – w taki oto sposób aptekarze i aptekarki spod Lublina oznajmili niedawno, że prawo obowiązujące w Polsce nie do końca ich dotyczy. Tylko w poprzednim roku głośno zrobiło się o „Deklaracji Wiary” lekarzy oraz o projekcie podobnej deklaracji dla nauczycieli. Doktor Bogdan Chazan nie tylko nie zgadza się na wydawanie środków antykoncepcyjnych, ale odmówił też dokonania aborcji kobiecie, która miała do tego prawo i – zgodnie z jej relacją – uniemożliwił jej też dokonanie tego zabiegu przez innego lekarza. W końcu, sztuka „Golgota Picnic” była albo odwoływana, albo jej wystawianie zostało solidnie utrudnione w paru miastach Polski. Powód? Obraza uczuć religijnych.

Czy problem leży w samej religii katolickiej, takiej jaką maluje ją część lewicowych intelektualistów – siermiężnej, dogmatycznej, antyliberalnej? Gdyby tak było, problemy dotyczyłyby zapewne wszystkich, albo przynajmniej zdecydowanej większości polskich katolików: dobrych ponad 30 milionów osób. Już na pierwszy rzut oka widać, że tak jednak nie jest – miliony polskich katolików jest w stanie zrozumieć aborcję (albo samemu jej dokonać), uprawia seks przedmałżeński, stosuje prezerwatywy i pigułki ‘dzień po’, a już na pewno nie ma problemów z łamaniem prawa w imię ‘katolickiego sumienia’.

Skoro nie w religii problem, to dlaczego dochodzi do coraz większej radykalizacji nastrojów oraz do utarczek między częścią ‘radykalnych katolików’ i aparatem państwa? Dlaczego coraz częściej identyfikacja religijna staje się zarzewiem problemów, wszak czyż nie żyjemy w podobno coraz bardziej zsekularyzowanym społeczeństwie? Czy jest to przejaw jakiegoś archaicznego irracjonalizmu, strachu przed nowoczesnością? Wiele wskazuje na to, że nie i postaram się tutaj pokazać, że nasze obecne problemy są problemami wybitnie ponowoczesnymi i typowymi dla naszych czasów i towarzyszących im lęków.

W tym celu musimy jednak zapoznać się z pojęciem, które w ostatnich latach staje się coraz popularniejsze w socjologii – z „neotrybalizmem”, czyli z powstawaniem „plemion ponowoczesnych”.

 

Plemiona przednowoczesne

„Plemię” stanowi podstawową i pierwotną formę międzyludzkiej organizacji społecznej i datuje się ono na odległe, prehistoryczne czasy. Od dawien dawna, ludzie nie rodzili się w społecznej próżni, lecz świat postrzegali przez pryzmat stosunkowo niewielkich, komunitarnych grup. Dawały one ludziom poczucie przynależności, bezpieczeństwa i – poprzez przekazywaną tradycję – oferowały narzędzia do poznawania i rozumienia otaczającego świata.

Ale nie tylko to. Plemiona oferowały ludziom – czy to mieszkańcom średniowiecznej francuskiej wsi, czy też ludziom ze starożytnych rzymskich miasteczek – stabilną, odgórnie nadaną i zadekretowaną t o ż s a m o ś ć od której nie było ucieczki ani odwrotu. Do plemion przednowoczesnych nie zgłaszało się akcesu ani nie prosiło o przyjęcie, było się w nie raczej „wrzuconym” z wszystkimi tego stanu rzeczy zaletami i przywarami. Człowiek był określony już przed swoimi narodzinami, co do swojej religii, płci, roli w społeczeństwie a także przyszłego toru życia. Mało było tutaj pola do manewru, można było jedynie zaakceptować ten stan rzeczy – pokochać i utożsamiać się ze swoim plemieniem i utrzymywać dystans od plemion przeciwnych.

Plemion przednowoczesnych było bardzo duże i były one, jak określilibyśmy to dzisiaj, „tolerancyjne” wobec siebie. Nie wynikało to jednak z tych samych przesłanek, jakie skłaniają ludzi do tolerancji w czasach dzisiejszych. Ludźmi nie kierowały chęć poznania Innego, zamiłowanie do pluralizmu i pragnienie różnorodności. Społeczność żydowska w polskim miasteczku, starannie oddzielona od reszty społeczeństwa, mogła liczyć na spokojną egzystencję nie dlatego, że ówcześni mieszkańcy ziem polskich byli filosemitami. Szacunek dla odmienności wynikał z pokory dla odgórnie ustanowionego, Boskiego porządku rzeczy, w którym nawet pozornie irracjonalny element miał swój uzasadniony sens. Nie pragnienie bliskości, a raczej poczucie dystansu i pokory odgrywały tu główną rolę.

Dlatego też pluralizm, regionalizm i partykularyzm okresu przednowoczesnego nie może być mylony z pluralizmem i różnorodnością czasów obecnych. Inne były motywy, inne postrzeganie świata i Innego.

 

Nowoczesność – od plemion do narodu

Okres nowoczesności – który rozpoczął się przewrotem humanistycznym okresu Odrodzenia, a swoją kulminację osiągnął w Oświeceniu – przyniósł dewastację i destrukcję plemion, które dla nowoczesnego, racjonalnego umysłu stanowiły kamień obrazy. Nie było miejsca dla partykularyzmu i regionalizmu w wielkich oświeceniowych projektach, które dążyły do wcielenia w życie totalnych, uniformistycznych wizji. Odmienne tradycje, odmienne zwyczaje od wioski do wioski? Dla racjonalnego człowieka nie było nic bardziej oburzającego. Świadczyło to jednym – pospólstwo nie zostało jeszcze zaznajomione z rządami Rozumu i tkwiło cały czas w zaślepieniu i w swoich pradawnych zabobonach. Rolą oświeceniowych filozofów było wyrwanie tych biedaków z ciemnoty, zacofania i zabobonu.

Miejsce odmiennych, różnorodnych plemion miał zastąpić jeden, niepodzielny Naród, stanowiący kwintesencję rządów Rozumu (komunistom miało to wkrótce nie wystarczyć i wizję tę pociągnęli logicznie naprzód – narody są także partykularyzmami i największą jednością jest cała ludzkość). Nacjonalizm został przez Erica Hobsbawma określony mianem „wynalezionej tradycji” („tradition invented”) albowiem nie był on wcale efektem naturalnego rozwoju społecznego. Przez cały okres przednowoczesny, ciężko mówić w ogóle o czymś takim jak ‘naród’. Nie licząc bardzo nielicznych elit państwowych, ludzie nie mieli zielonego pojęcia co to znaczy być ‘Francuzem’, ‘Włochem’, czy ‘Polakiem’.

Stworzenie Narodu wymagało więc szeroko zakrojonej działalności edukacyjnej i propagandowej, która wpoić miała ludziom, że ich prawdziwą ojczyzną nie jest ich miasteczko a cały kraj, o którym wcześniej mogli nawet nie słyszeć. To była pozytywna, twórcza część działalności narodotwórczej. Była jednak też druga – destrukcja i zniszczenie dotychczasowych plemion, regionalnych tradycji, przesądów i dialektów, w celu zaszczepienia nowej tożsamości.

Ta destrukcja struktur plemiennych oznaczała dla ludzi w y k o r z e n i e n i e z ich dotychczasowych tożsamości. Towarzyszyły temu daleko idące zmiany społeczne i gospodarcze, które sprawiły, że masy ludzkie zaczęły coraz liczniej sprowadzać się do miast i brać swój los w swoje własne ręce. Rewolucja przemysłowa otworzyła drzwi (początkowo bardzo powoli) dla awansu społecznego i możliwości samodzielnego wybrania swojej ścieżki życia.

Człowiek został wykorzeniony ze swoich pierwotnych, odgórnie nadanych tożsamości i uzyskał możliwość samookreślenia i zbudowania swojej tożsamości swoimi własnymi rękami. Już nie Boski porządek, ale zaradność, pracowitość i szczęście miały przesądzić o tym do jakiej klasy społecznej trafi człowiek. Mało tego – anonimowe środowisko miejskie sprawiło, że również kwestie religii czy poglądów politycznych przestały być czymś danym odgórnie a stały się zmartwieniem samego zainteresowanego. Nowoczesność odwracała się od historii i tradycji, a zwracała się w stronę przyszłości. A przyszłość tworzymy w końcu my sami.

Bez dawnego plemienia, pośrodku miejskiej dziczy, człowiek otrzymał misję ‘stworzenia’ samego siebie od podstaw – już bez pomocy mądrych ojców, pradziadów i mędrców plemiennych. Nie został jednak w tym trudnym wyzwaniu osamotniony. W sukurs przyszło państwo, opiekujące się dopiero co stworzonym przez samego siebie Narodem. Państwo rozmieściło wszędzie liczne drogowskazy co by człowiek sam nie zabłądził, sporządziło dokładną instrukcję jak uniknąć pułapek i zwątpień, zagwarantowało stałą pomoc dla samotnego, szarego człowieka.

Państwo odtąd wzięło na siebie zadanie nie tylko opiekowania się obywatelem, ale też formowania go i nadawania sensu jego życiu. Dzieci już od najmłodszych lat miały być uczone miłości do dopiero co stworzonego Narodu, a w swoim życiu polegać na odgórnie zadekretowanych zaleceniach Rozumu. Klucz do tych dekretów leżał w ręku filozofów i uczonych, którzy łaskawie obdarzali nim politycznych władców. W ten sposób wykorzeniony człowiek nowoczesny miał ułatwione zadanie – utworzenie swojej tożsamości, powrót do utraconych ‘korzeni’ miało się odbywać pod auspicjami jedynej słusznej doktryny.

Nowoczesne państwo i Naród nie znosiło archaicznych i przestarzałych plemion. Bunt w Wandei krwawo stłumiony przez pierwsze w pełni nowoczesne państwo; mozaika małych księstw i ksiąstewek niemieckich wchłonięta przez Rzeszę Bismarcka – wszystko to były odsłony walki między regionalnymi partykularyzmami i plemionami a uniformistycznym, racjonalnym państwem. A ostatnia odsłona tej walki miała dopiero nadejść.

Nowoczesne państwo ostatecznie skompromitowało się w dwóch wielkich totalitarnych wizjach: nazistowskiej III Rzeszy oraz komunistycznym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Theodor Adorno i Max Horkheimer dowodzili w „Dialektyce Oświecenia”, że kominy Oświęcimia oraz „Kandyd” Woltera mają wspólne pochodzenie i Holocaust nie był tylko wybuchem barbarzyństwa i ‘wypadkiem przy pracy’ nowoczesnego państwa. Wprost przeciwnie – zarówno III Rzesza jak i ZSRR stanowiły w pełni logiczne rozwinięcie idei nowoczesnego państwa, które dążyło do skrajnego ujednolicenia rzeczywistości i wyrzucenia wszystkiego co tylko może burzyć ład i porządek, zadekretowany przez oświeceniowy rozum. Stanowiły on najwyższe stadium dążenia do r a c j o n a l n o ś c i oraz j e d n o l i t o ś c i , które zapisane były małymi literkami przy samym początku budowania nowoczesnego państwa i narodu.

 

Ponowoczesność i jej bolączki

Okres po drugiej wojnie światowej, a szczególnie od lat ’70 XX wieku, zwykło się określać innym mianem niż okres go poprzedzający. Niektórzy mówią o ‘ponowoczesności’, inni z kolei o ‘nowoczesności płynnej’ albo ‘nowoczesności refleksyjnej’. Coś na pewno się zmieniło i nie czas i miejsce aby dokładnie analizować te zmiany w tym miejscu. To co jest ważne to to, że o ile podstawowe struktury polityczne wiele się nie zmieniły, to obecne społeczeństwo jest zdecydowanie inne. Zarzuciliśmy wielkie całościowe wizje, przestaliśmy wierzyć w jednokierunkowy ‘postęp’, mamy świadomość swoich własnych ograniczeń, staliśmy się bardziej sceptyczni, ironiczni, pokorni. Nie chcemy już kontrolować i szanujemy autonomię Innego. Nie wierzymy w jedyne słuszne rozwiązania i uznajemy pluralizm i różnorodność za coś absolutnie normalnego i pożądanego. Innymi słowy – żyjemy w nowoczesności, ale podchodzimy do niej z dystansem i krytycyzmem. Dymy Oświęcimia i radzieckie gułagi cały czas widnieją przed naszymi oczami.

Również państwo zmieniło swoją funkcję. Jeszcze coś przebąkuje o edukacji swoich obywateli, ale robi to nieśmiało. Powszechnie wiadomo, że rolę tą przejął internet, mass-media i wolny przepływ informacji. Państwo nie chce już realizować żadnej wielkiej wizji ani formować swoich obywateli. Po doświadczeniach XX wieku nie może to dziwić.

Kondycja człowieka ponowoczesnego (tak go nazwijmy dla uproszczenia) nie zmieniła się pod tym względem, że cały czas jesteśmy wykorzenieni i to na naszych barkach spoczywa uformowanie naszej tożsamości. Nie rodzimy się ani katolikami ani muzułmanami, ani Paryżanami ani Wiedeńczykami, ani farmerami ani robotnikami. Mamy czystą kartkę i wszystko zależy od naszej własnej decyzji. Mało tego, możemy określać swoją orientację seksualną, swoją płeć (?!), swój wygląd (operacje plastyczne), swój sposób umierania (eutanazja)…

Jedna rzecz różni nas jednak od ludzi nowoczesnych. Może i nasza tożsamość jest mozaiką dziesiątek, a może i setek wyborów, ale żadna z nich nie jest już ani lepsza ani gorsza, ani słuszna ani niesłuszna. Państwo zrzekło się oceniania czy to co robimy jest dobre czy też nie, tak długo jak nie krzywdzi to innych. Na początku może się to wydawać ulgą i nagłym wyzwoleniem, powiewem wolności po duchocie satrapii…

Ale tylko przez chwilę. Brak jasnych drogowskazów sprawia bowiem, że bardzo łatwo się gubimy i zaczynamy czuć permanentną niepewność. Jeżeli nie stoją za nami: Rozum, Bóg, Ojczyzna, żelazne prawa Historii, albo inne absoluty – to skąd mam wiedzieć, że mój wybór jest tym właściwym? A w zasadzie, to jaką wagę ma ten mój wybór poza moim własnym samopoczuciem? Kogo to w ogóle obchodzi?

Jakby tego było mało, w ponowoczesnym, pluralistycznym świecie jesteśmy nieustannie atakowani przez poglądy odmienne od naszych, przez sposoby życia zupełnie do nas niepodobne. Musimy być ciągle czujni aby bronić słuszności naszych decyzji, które są ciągle kontestowane i podważane. Na barki człowieka nakładane jest zadanie niebotyczne: stworzyć samego siebie od podstaw, zrobić to za pomocą mozaiki dziesiątek albo i setek elementów, które nie są sprzeczne wewnętrznie; uzyskać społeczną akceptację; trzymać się jej w zalewie propozycji alternatywnych – a to wszystko na dodatek bez żadnej pomocy znikąd, kompletnie „on your own”. Budowanie tożsamości zostało sprywatyzowane, zupełnie tak jak dużą część dotychczasowych usług publicznych.

Wydaje się, że to właśnie dlatego tak bardzo rozkwitają obecnie „nowe plemiona”.

 

Od nowoczesnego narodu do ponowoczesnych plemion

Te „nowe plemiona” oferują nam namiastkę stabilności w niestabilnych czasach. Ich funkcja jest wieloraka. Zdejmują z nas ciężar budowania swojej tożsamości od podstaw, oferując gotową matryce i wzór, do którego musimy się jedynie dostosować. Oferują nam społeczną akceptację i uznanie, nawet jeśli tylko w obrębie pojedynczego plemienia. Dają nam poczucie bezpieczeństwa i wiarę w to, że nasze poglądy mają jakąś inną podstawę niż nasze własne ‘widzimisię’. W skrajnie zindywidualizowanym i sprywatyzowanym świecie oferują namiastkę solidarności i komunitaryzmu.

Plemiona ponowoczesne różnią się jednak znacząco od plemion przednowoczesnych. Po pierwsze, nie są one nam dane odgórnie, zadekretowane przed naszym narodzeniem. Aby stać się częścią plemienia ponowoczesnego należy zgłosić do niego akces, poprosić o przyjęcie w ich szeregi. Oznacza to tym samym, że możemy się z nich w każdym momencie także wypisać i poszukać sobie lepszego i ciekawszego plemienia. Członkostwo w plemieniu ponowoczesnym nie jest czymś „oczywistym” samo przez się, jest raczej aktem wolnej woli i decyzji.

Fakt ten sprawia, że nie wystarczy być tylko członkiem plemienia – trzeba pokazywać i udowadniać, że na plemieniu tym nam zależy, że nie przyjęto nas na darmo, że jesteśmy gotowi stanąć w szranki i bić się członkami plemienia przeciwnego. Plemię przednowoczesne było spokojne i tolerancyjne, ponieważ uważało siebie za część boskiego, wiecznego porządku. Plemię ponowoczesne jest neurotyczne i niepewne, ponieważ zdaje sobie sprawę ze swojej tymczasowości i przygodności. Bez ideowego zaangażowania i głośnych okrzyków może bardzo szybko zniknąć i zostać zapomniane. Co najgorsze, najprawdopodobniej nikt nie będzie po nim płakał.

Kiedy mówimy o tak zwanej „religii smoleńskiej” czy też „plemieniu smoleńskim”, które opiera się na wierze w zamach w Smoleńsku, kwestia nie dotyczy racjonalnych argumentów. Ludzie dowodzący, że w Smoleńsku doszło do zwyczajnego wypadku wcale nie są żołnierzami o racjonalność, biorącymi udział w potyczce na argumenty. Gdyby przekonanie o zamachu smoleńskim opierało się na jakichś faktycznych przesłankach, byłoby to pół biedy. Ale wiara w zamach jest tutaj podstawowym czynnikiem konstytuującym osobowość członka „plemienia smoleńskiego”. Dowodząc, że w Smoleńsku nie było zamachu dokonujemy zamachu na tożsamość, obracamy w pył jedyną pewną rzecz, która definiuje naszego dyskusyjnego partnera. My możemy na patrzeć przez pryzmat błahego ‘dochodzenia do prawdy’, ale dla członka „plemienia smoleńskiego” jest to rzecz o wiele poważniejsza, jest to kwestia zniszczenia jego wyrazistego ‘Ja’ w niewyrazistym i niedookreślonym świecie. Przykładowa walka o ‘zamach w Smoleńsku’ jest walką o zachowanie swojej własnej tożsamości przez wykorzenionego, ponowoczesnego człowieka.

 

Problem Polaków

Powstawanie struktur „neotrybalnych” wydaje się być cechą zdecydowanej większości zachodnioeuropejskich społeczeństw. Nie jesteśmy tutaj jakimś wyjątkiem. Widać jednak wyraźnie, że istnieje znaczna różnica w n a t ę ż e n i u naszych sporów międzyplemiennych, w porównaniu z innymi społeczeństwami. W Polsce konserwatyści dostają spazmów na myśl o sprzedaniu kobiecie prezerwatywy. W Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna sama wystąpiła z propozycją legalizacji związków homoseksualnych. Czy brytyjscy konserwatyści to odszczepieńcy, prowokatorzy albo agenci wpływów „zgniłego liberalizmu”? Raczej nic w tym stylu. Torysi są konserwatystami z krwi i kości, jedna tylko cecha wyróżnia ich wyraźnie od konserwatystów polskich. Jest to praktyka liberalnej demokracji.

Można zauważyć ciekawą zależność – im większe wpływy tradycji liberalnej w danym kraju, tym mniejsze natężenie sporów międzyplemiennych. Koronnym przykładem, który już podałem jest Wielka Brytania, czyli kolebka liberalizmu. To nie tak, że w Wielkiej Brytanii nie ma potyczek międzyplemiennych. Ale są one prowadzone na o wiele wyższym poziomie poszanowania dla prawa, jego instytucji oraz członków innych plemion. Nawet jeśli nie każdy jest tam przysłowiowym „gentlemanem”, to tamtejsze dyskusje są na pewno o wiele bardziej „gentle” niż u nas.

Innym przykładem są Niemcy. To przypadek bardzo specyficzny – po tragedii drugiej wojny światowej, Niemcy dostały potężnego „kopa” w kierunku liberalnej demokracji i lekcję liberalizmu przyswoiły sobie w ekstra przyspieszonym tempie. Obecnie stanowią praktycznie wzorzec „nudnych” liberalnych demokratów, stroniących od wielkich wizji i celebrujących kulturę konsensusu i kompromisu.

Na drugim biegunie znajduje się Francja. Wbrew pozorom, związki Francji z liberalizmem są co najmniej problematyczne. Tradycja „Vive la Revolution” i przewrotów ludowych zawsze o wiele bardziej rozpalały wyobraźnię niż mozolne, burżuazyjne bogacenie się. W dwudziestoleciu międzywojennym, intelektualiści liberalni byli tak nieliczni, że nie odgrywali praktycznie żadnej roli w zażartym sporze między lewicą a prawicą. Ale też po drugiej wojnie światowej (o czym pisze Tony Judt w fenomenalnej „Past Imperfect: French Intellectuals, 1944-1956”) to marksizm był dominującą ideologią w tamtejszych kawiarniach i kołach intelektualnych. Dopiero pod koniec XX wieku liberalizm zaczął być powoli przywracany do łask. Nic dziwnego więc, że podziały plemienne we Francji są o wiele bardziej zażarte. Decyzja o zalegalizowaniu małżeństw homoseksualnych przez prezydenta Hollande’a wyciągnęła tysiące osób na ulice, a francuskie „wojny kulturowe” były opisywane chociażby przez liberalny tygodnik „The Economist”.

Polska posiada podobny problem. Na pierwsze miejsce wysuwa się problem spuścizny po PRLu. Wbrew powszechnym opiniom, ostrze PRLowskiego reżimu nie było wymierzone w tradycją patriotyczną i narodową. Wprost przeciwnie – nacjonalistyczny dyskurs stale towarzyszył polskim socjalistycznym przywódcom, szczególnie w okresie po 1956 roku. Postaci takie jak Mieczysław Moczar nie muszą być przedstawiane nikomu, kto zna w miarę dobrze polską historię. Głównym wrogiem komunistów miał stać się liberalizm, który stanowił dla idei realnego socjalizmu prawdziwe zagrożenie. PRL był ustrojem przede wszystkim antyliberalnym, nie znoszącym idei pluralizmu, różnorodności, samookreślenia i indywidualnej wolności. Pod tym względem był niejako komplementarny wobec przedwojennych środowisk narodowców i piłsudczyków (Bolesław Piasecki czy Jerzy Putrament z pewnością by się z tym stwierdzeniem zgodzili).

Ten deficyt politycznego liberalizmu (nie należy go mylić z ekonomicznym neoliberalizmem, którego mamy aż nadto) jest najwyraźniej widoczny w polskiej kulturze dyskusji. Ogromną popularność zdobyło internetowe określenie „masakrowania” czy to ‘lewaków’ czy to ‘prawaków’, które to wzięło się od ciętych ripost Janusza Korwin-Mikkego w programach telewizyjnych. To właśnie to „masakrowanie” jest dla ogromnej części młodych ludzi wzorcem dyskusji – sprowadzenie przeciwnika do pionu, poniżenie go, upodlenie i wykazanie jak bardzo myli się i błądzi. Coś takiego jak szukanie kompromisu zdecydowanie nie jest w modzie. Fakt, że pluralizm poglądów nie jest tylko tymczasowym stanem rzeczy, ale niezbywalną częścią ludzkiej kondycji, bardzo powoli przebija się do powszechnej świadomości. A skoro pluralizm jest niezbywalny, to musimy się nauczyć nawzajem szanować i stworzyć środowisko w którym będziemy mogli spokojnie, wspólnie koegzystować. Nie chodzi o miłość i rzucanie się sobie nawzajem w ramiona, ale o jakieś elementarne modus vivendi.

 

Sprawna demokracja liberalna jako jedno z rozwiązań

Obecny problem z radykalizmem nastrojów wydaje się mieć swoją przyczynę w niepewności plemion co do gwarancji swojego istnienia, których to nie gwarantuje słaba polska demokracja liberalna. Środowiska katolickie boją się sekularyzacji Polski, odcięcia jej od chrześcijańskich korzeni, marginalizacji środowisk katolickich i różnorakich pośrednich represji pod adresem Kościoła. Środowiska szeroko pojętej lewicy boją się z kolei… klerykalizacji Polski, wszechwładzy Kościoła Katolickiego i braku tolerancji dla postaw ateistycznych (np. kobiety, które chcą dokonać aborcji albo kupić środki antykoncepcyjne). Dla obu stron obawy strony przeciwnej mogą się wydawać śmieszne i bezzasadne. Ale w obu przypadkach ta niepewność i strach są r e a l n e.

Jedno plemię boi się, że drugie przejmie pełnię władzy i zaprowadzi porządki bez poszanowania dla plemienia przeciwnego. Obie strony boją się, ponieważ wiedzą, że państwo polskie jest słabe i nie ma jeszcze wprawy w obronie praw mniejszości. Sprawna liberalna demokracja pełni rolę podobną do sędziego w trakcie meczu piłkarskiego. Niezależnie od tego, która strona dominuje, szanse muszą być równe dla wszystkich a zasady przejrzyste. Ale jest to coś więcej – kiedy jedno plemię znajduje się po stronie ‘mniejszości’ obowiązkiem państwa jest zadbanie, aby druga strona nie została pokrzywdzona i miała zagwarantowane elementarne zasady godnego życia i uczestnictwa w sferze publicznej. Jeśli państwo jest w stanie to zagwarantować – maleje ilość wzajemnych uszczypliwości i poczucie niepewności. Nawet jeśli przegra się daną rundę, to można kontynuować konstruktywny spór w rundzie kolejnej.

————————————————

Wydaje się, że problem radykalizacji nastrojów zarówno po prawej jak i po lewej stronie nie ma źródła w ideach wyznawanych po obu stronach. Te same idee nie budzą aż tak wielkich kontrowersji w innych miejscach Europy i świata, więc problem musi leżeć gdzie indziej. Problemem jest raczej poczucie niepewności i niestabilności, które jest stałą cechą zderegulowanego i sprywatyzowanego świata ponowoczesnego, ale które bywa zwykle łagodzone przez instytucje państwa liberalnej demokracji. Oczywiście, najlepiej by było gdyby wszystkiemu temu towarzyszył model ‘welfare state’ i poczucia ekonomicznej pewności – ale na chwile obecną znajduje się on w kryzysie i możemy jedynie czekać na jego wskrzeszenie (kto wie pod jaką postacią).

Istnienie plemion nie jest niczym złym, a jest może nawet nieuniknione w dzisiejszym świecie. Ale aby nie zapanowały „prawa dżungli” potrzebny jest sprawny arbiter w postaci sprawnej demokracji liberalnej. Musimy się tego nauczyć, i jest to kwestia może nawet dziesiątek lat. Sęk w tym, aby w międzyczasie plemiona się nie wymordowały i nie zapałały do siebie stałą wrogością.

Jeśli osoba chcąca kupić prezerwatywy w aptece zostanie odprawiona z kwitkiem przez „pobożnego katolika” – do tego właśnie może dojść.

Mateusz Kuryła

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również