Strona Główna Opinie Gospodarka Kopalnie królowej Kopacz

Kopalnie królowej Kopacz

UDOSTĘPNIJ

Co poza tematem kopalni łączy Margaret Thatcher i Ewę Kopacz? Pojęcie tak zwanych “publicznych pieniędzy”. Przez pierwszą z wymienionych pań wyśmiane, przez drugą – postawione na piedestale.

Na początek drobna oczywistość – skoro prywatne kopalnie (“Silesia”) są dochodowe, a państwowe – nie, to znaczy, że prywatny inwestor jest lepszy od państwowego. Głównie dlatego że już samo pojęcie “państwowy inwestor” zawiera w sobie sprzeczność. Inwestor to ten, kto finansuje własne ryzyko przedsięwzięcia gospodarczego, licząc na zysk. Państwo nie ponosi żadnego ryzyka, bo za wszystko płaci frajer, czyli podatnik. Państwo jedynie konsumuje owoce cudzej pracy.

I tu jest sedno sprawy – ta różnica, która oddziela męża stanu, lady Thatcher, od gospodyni rządowej, pani Kopacz. Będąc premierem, Margaret Thatcher wypowiedziała kwestię, która – pomimo prostoty – dla wielu bolszewików pozostaje wciąż nierozwiązaną zagadką. Ta wypowiedź brzmiała, że rząd nie ma własnych pieniędzy, a jedynie te, które wcześniej zabrał obywatelom. Aby sprowadzić rzecz na płaszczyznę praktyczną: jeśli rząd zabrał obywatelom w podatkach 100 milionów złotych, to te pieniądze nie wzięły się ze staranności urzędników, pracy ministrów czy z “inwestycji” rządu, lecz wyłącznie z kieszeni obywateli.

Płyną z tego dwa wnioski. Raz, że rząd nie może wydać więcej niż zabrał. Jeśli wydaje, to znaczy, że zadłuża obywateli i w następnych latach zabierze im jeszcze więcej. Dwa – za wszystkie genialne pomysły rząd płaci tylko jeden podmiot: obywatel. Nie istnieje zatem takie pojęcie jak “publiczne pieniądze”. Jest to słowo-wytrych, a raczej nowotwór językowy powstały w chorej urzędniczo-państwowej tkance umysłowej, którego celem jest oszukanie obywateli, że istnieje jakiś wór z pieniędzmi, skąd można czerpać garściami bez żadnych konsekwencji. Tymczasem ten wór to nasze portfele i kieszenie. I jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy podnieść rękę na władzę, która mu do tej kieszeni sięga, to mu władza tę rękę odrąbie. Cyrankiewicz, niczym Lenin, wiecznie żywy.

Porozumienia górników i rządu to zatem porozumienia, których celem jest to, aby za każdą tonę wydobytego węgla płacili nie ci, którzy go używają, ale wszyscy obywatele, oraz żeby górnicy utrzymali pracę. Zatem za węgiel będziemy płacić podatkami i utratą możliwości wyboru tańszego węgla oraz tym, że nie powstaną miejsca pracy w firmach zajmujących się importowaniem węgla. Zyskują tylko górnicy. A przede wszystkim – działacze związkowi (w Kompanii Węglowej jest 160 organizacji związkowych!). Bo o ile dzisiejszy górnik to nie jest robol, lecz wysoko kwalifikowany technik, który w większości stosunkowo łatwo znajdzie pracę, to działacz związkowy jest zwykłym obibokiem potrafiącym jedynie głośno krzyczeć. A posadka działacza związkowego w państwowej firmie to najlepsza fucha na świecie – stała i niemała pensyjka, nienaruszalność, brak jakiejkolwiek odpowiedzialności oraz słodkie nieróbstwo.

Ta drobna różnica – fakt, że lady Thatcher szanowała pieniądze rodaków, a dla pani Kopacz liczy się tylko uspokojenie nastrojów przed reelekcją miłościwie nam panującego Bronisława Pierwszego – sprawia, że będziemy dalej wydawać “publiczne pieniądze” na pensje dla działaczy związkowych. Bo dla pani Kopacz, tak jak chyba dla niemal wszystkich polityków, “publiczne pieniądze” oznaczają to, że rząd może je wydawać według własnego widzimisię, bo przecież rachunek płaci podatnik. My wszscy pracujemy po to, aby nieliczna grupa mogła zachować status quo. Porównanie z folwarkiem pańszczyźnianym nasuwa się samo.

Jak widać po przykładzie kopalni “Silesia”, w ogóle nie byłoby tematu, gdybyśmy nie mieli państwowych kopalni. Tradycyjnie zatem problemem jest państwo, a rozwiązaniem – mniej rządu, mniej państwa i mniej podatków.

Zobacz również