UDOSTĘPNIJ

Nacjonalizm to ideologia, która spaja większość polskiego społeczeństwa i działa na wyobraźnię młodzieży. Tygodniki chcąc się lepiej sprzedawać drukują historyczne dodatki pełne chwały polskich bohaterów. W świecie konsumpcyjnego nihilizmu ludzie młodzi potrzebują ideału. Czegoś, co można podziwiać, co jest heroiczne, dla czego warto żyć i walczyć. Czy to źle? Nie, bo romantyczna potrzeba bohaterstwa, ów etos rycerski bycia opoką, tarczą dla swoich rodzi się z pobudek szlachetnych i altruistycznych.

Jednak dzisiejsze młode pokolenie spóźniło się nie tylko na Powstanie Warszawskie, ale i na walki z ZOMO. A bez wroga nie ma bohatera. Trzeba, więc wroga wymyślić. Łatwo obsadzić w tej roli wszystko, co nie mieści się w pszenno-buraczanym modelu Polaka-katolika, koniecznie heteroseksualnego. Po kolei, więc padło na „tęczowych”, potem uchodźców, Arabów, wyznawców Islamu i wszelkich innych kolorowych. A w wymiarze politycznym to osławione środowiska „liberalne i lewicowe”.

Zawsze też można walczyć z „komuną”, której mianem określimy całe zło, jakie w RP występuje i które swobodnie można potraktować, jako nieprzezwyciężone pozostałości PRL, ubeckie układy, itp.

Ta prosta wizja świata jest wprawdzie zupełnie fałszywa i oderwana od mozaiki interesów grupowanych i klasowych, ale z łatwością wchodzi do głów nie nawykłych do głębszej refleksji i nieobarczonych nadmierną wiedzą o świecie.

Po ulicach paradują młodzi ludzie z wypisanym na odzieży hasłem: „śmierć wrogom Ojczyzny!” Hasło jest uniwersalne, bo pozostawia domyślności odbiorcy, kogo za takiego wroga uznamy i komu przy pierwszej okazji dołożymy. Nacjonalizm ubrany w szatę patriotyzmu tym się od niego różni, że umiłowanie Ojczyzny uwarunkowane jest niechęcią czy wręcz nienawiścią do wszystkiego, co obce. A im mniej znane tym bardziej obce. To jest to sławetne „multi-kulti”, o którym wspomniał minister Błaszczak wyjaśniając przyczyny kolejnego zamachu terrorystycznego we Francji.

Co jednak dobrego może wynikać dla swoich z tego, że nie lubimy obcych? Na logikę nic. Chyba, że uwierzymy, że jesteśmy narodem aniołów, któremu tylko obce wpływy i ingerencje przeszkadzają w zamienieniu Polski w kraj mlekiem i miodem płynący, z którego nikt nie chce wyjeżdżać, tak tu się szczęśliwie żyje. A te wpływy to z jednej strony preferowanie interesów potężnych gospodarczo krajów w Unii Europejskiej kosztem słabszych państw takich jak Polska. Ale przede wszystkim obce polskiej naturze i tożsamości wpływy kulturowe i polityczne „środowisk liberalnych i lewicowych”.

Ten zabieg językowy jest świadomy. PiS doszedł do władzy i utrzymuje duże poparcie dzięki posunięciom typu 500+, które są par excellence lewicowe. Ma, więc potrzebę wrzucenia lewicy do jednego worka z liberałami, którzy do dziś drwią z biedaków, którzy śmieli wychynąć tego lata na plaże, które dotychczas były „zarezerwowane dla klasy średniej”. Liberałów PiS nie ma powodu się obawiać, bo atrakcyjność ich oferty została sprowadzona do grupy, która korzystała dotychczas z owoców transformacji ustrojowej, a jest to grupa stosunkowo wąska. Co innego lewica, w miarę jak do historii przechodzi ersatz lewicy w postaci SLD, jakaś lewica się w naszym kraju próbuje narodzić i to może być dla obozu rządzącego konkurencja, bo adresuje swój komunikat do tej samej niezamożnej większości. Stąd potrzeba wymieniania lewicy jednym tchem z liberałami.

Dowiedziałem się, że w Parlamencie Europejskim szargają dobre imię Rzeczpospolitej te właśnie liberalno-lewicowe środowiska. Narodowa rządząca prawica usiłuje przekonać opinię publiczną, że lewica sprowadza się do spraw obyczajowych, antyklerykalizmu i jest niepatriotyczna. A zatem równie szkodliwa dla Polski, co Balcerowicz i jego zwolennicy. Nawet podejmując próbę odwołania ze stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara jego przeciwnicy kłamią, że nie zajmuje się on sprawami bytowymi zwykłych obywateli, choć jest pierwszą osobą na tym urzędzie, która te sprawy podjęła i to z wielka energią i znajomością rzeczy. Bo w zamyśle propagandystów partii rządzącej nie może być lewicy patriotycznej i pro społecznej.

Niestety w naszym lewicowym środowisku wiele jest osób, które tak się przeraziły wizją autorytarnych rządów prawicy, że poszły na współpracę z liberałami. Ilustruje to Barbara Nowacka maszerująca w ramach KOD-u u boku Ryszarda Petru, czy publicystyka Piotra Szumlewicza. A także współpraca Partii Zieloni z Nowoczesną. To oczywiście droga, która utrudnia lewicy społecznej rzucenie narodowcom skutecznego wyzwania. Budowę lewicowej alternatywy, dla kapitalizmu narodowego Jarosław Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego.
Spór między obozem liberalnym i narodowym to spór na prawicy. Udział lewicy w prawicowym sporze tylko ją marginalizuje. To, że z żadnym z obozów nie jest nam po drodze świetnie ilustruje kwestia reprywatyzacji. Platforma w Warszawie odpowiada za wielkie nadużycia w tej dziedzinie, a PiS w Sejmie nie zamierza tych i kolejnych nadużyć zakończyć uchwalając ustawę reprywatyzacyjną. Stojąc na galerii podczas Rady Warszawy skandowaliśmy: „Lokatorzy to nie PiS” i kiedy przemawiali ludzie z PiS-u: „macie większość, gdzie ustawa?”

Toczenie li tylko merytorycznej polemiki z polityką rządu nie wystarczy. Bo PiS daje ludziom wiarę w istnienie jakiejś ponadczasowej wizji odnowy polskiego życia w oparciu o wspólnie wyznawane wartości i ideały. Lepi wzorzec osobowy nowego Polaka, który jest wprawdzie fanatykiem swojej tożsamości narodowej, ale też niepokornym romantykiem, który wbrew wszystkim i wszystkiemu realizuje swój wielki plan. Czy nam się to podoba czy nie, taka wizja jest bardziej porywająca niż żmudne i szczegółowe wyliczenie wykazujące, że ten plan jest nierealny. Ludzie chcą w coś wierzyć, wyjść ze stanu apatii, w którym ich jedynym zadaniem było płacenie rachunków i konsumowanie. Profesor Ryszard Szarfenberg opublikował dane o priorytetach Polaków, z których wynika, że zaledwie 5% społeczeństwa uważa za priorytet wzbogacenie się.

Musimy, zatem, my lewicowcy, socjaliści, socjaldemokraci odwołać się do naszego etosu i naszej historii. Bo tylko spójny etos buduje poczucie wspólnoty, zbiorową tożsamość jakiegoś obozu politycznego. Źle się stało, że daliśmy się zepchnąć na pozycje kosmopolitycznej elity, która nie utożsamia się z interesem polskiego społeczeństwa. Socjalizm niepodległościowy Polskiej Partii Socjalistycznej łączył się z naszym nasz czerwonym sztandarem, który płynął ponad trony, aby dać naszemu państwu byt niepodległy. I bez jazdy czerwonym tramwajem marszałek Piłsudski na przystanek „niepodległość” by nie dojechał. Powinniśmy propagować nasz model patriotyzmu, który opiera się na tradycji walki o wolność innych narodów, o walkę za wolność naszą i waszą, patriotyzmu przyjaznego a nie wrogiego wszystkim ludziom na świecie niezależnie od tego, jakiej są rasy czy wyznania. „W końcu nawet słowa Mazurka Dąbrowskiego nawiązują do internacjonalizmu, z jakim szliśmy u boku Napoleona wyzwalać kolejne narody spod jarzma monarchii. A kiedy naszych wysłano na Haiti tłumić bunt niewolników w tej francuskiej kolonii, Polsce legioniści przeszli na stronę czarnoskórych powstańców. Żadna polityka historyczna nie wymaże z kart naszej historii Pułaskiego, Kościuszki, Bema ani Dąbrowszczaków.

Ten mit i etos jest o wiele czystszy i bardziej klarowny niż mętne uroczystości ku czci żołnierzy wyklętych, którzy walcząc z komuną i Sowietami palili wsie, które skorzystały z reformy rolnej. Współczesny, nowoczesny, patriotyzm to przede wszystkim praca na rzecz lokalnej społeczności, to służenie swoją wiedzą i pracą Ojczyźnie tu i teraz, a nie bieganie z pochodniami i zabawy w wojsko po lasach. Musimy, jako lewica mieć odwagę piętnować ingerencje brukselskiej biurokracji, kiedy godzą one w nasze miejsca pracy i standard życia naszego społeczeństwa. Kaczyński z Orbanem mają własną wizję przebudowy Unii, lewica też musi wysunąć swoją, wizję Europy solidarnej i socjalnej, a nie narodowej i zamienionej w twierdzę i gotowej zatapiać łodzie z imigrantami i otaczać swe granice drutem kolczastym.

Nasz romantyzm to nie apele poległych, lecz walka o żywych. To lewicowcy a nie prawicowcy od początku lat 90-tych blokowali eksmisje na bruk czy pikietowali zakłady, które krzywdziły pracowników. To my, a nie ubrani w drogie garnitury partyjni aparatczycy PiS jesteśmy prawdziwymi obrońcami ludu, którym dziś historia przyznaje rację jak choćby w sprawie reprywatyzacji. Budowa nowego mitu założycielskiego współczesnej lewicy potrzebuje przede wszystkim akcji bezpośredniej. Marszów, pikiet, blokad, okupacji gabinetów i głodówek protestacyjnych. Wszędzie tam gdzie krzywdzeni są ludzie musimy być my, afirmując nasze barwy. Czerwone, barwy niezwyciężone.

Piotr Ikonowicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ