UDOSTĘPNIJ

Europie grozi nowa fala wojen religijnych. A wszystko dzięki tak ukochanej przez Zachód idei „demokratycznej rewolucji”.

Samuel Huntington w książce „Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego” (1996) wysunął teorię, w myśl której konflikt między Zachodem a światem islamskim jest nieunikniony. Jednym z powodów miała być olbrzymia dynamika wzrostu populacji świata muzułmańskiego.

Po 11 września Zachód ruszył zbrojnie na Afganistan oraz Irak, czyniąc propagandowy znak równości między terroryzmem i islamizmem. Okazało się, że przyjęta strategia – niezależnie od wątpliwości moralnych, jakie budzi – okazała się chybiona i przypomina gaszenie ognia benzyną. I nie chodzi tu bynajmniej o wzmocnienie terroryzmu, lecz o destabilizację całego Bliskiego Wschodu i w ogóle świata islamskiego. Dotychczas względną równowagę i spokój utrzymywały tam niedemokratyczne reżimy, z których jedne – jak Arabia Saudyjska – sprzyjały Zachodowi, a inne – jak reżim syryjski Anwara Assada – były wobec Zachodu krytyczne. Wszystkie one miały z punktu widzenia Europy i USA jedną wspólną zaletę: były to dyktatury świeckie, stanowiące tamę dla tryumfalnego pochodu islamskiego fundamentalizmu.

Zachodnie interwencje wojskowe spowodowały wypuszczenie z butelki dżina rewolucji islamskiej, która w swej najbardziej barbarzyńskiej formie święci tryumfy w Iraku i Syrii. Państwo Islamskie, podobnie jak wcześniej Al-Kaida – to twory, przy których powstawaniu niemałą rolę odegrały amerykańskie służby specjalne. Miały służyć interesom USA, ale całkowicie wymknęły się spod kontroli. I to jest ta optymistyczna wersja wydarzeń, bo jeśli nie, to nawet strach pomyśleć…

Muzułmanów jest na świecie około 2 miliardów. Skoro co czwarty mieszkaniec Ziemi jest wyznawcą islamu – czas już najwyższy, abyśmy posiedli na ich temat nieco więcej wiedzy, niż podaje nam wojenna propaganda. Tymczasem dziesiątki tysięcy ludzi demonstrujących przeciw przyjmowaniu uchodźców z Syrii żywią wpojone im przez media przekonanie, że Syryjczycy to islamiści, a islamiści to terroryści, fanatycy, starający się wszystkim wokół narzucić swoja religię i swoje obyczaje. Skąd ci przerażeni ludzie mają wiedzieć, że padli ofiarą wojennej propagandy, mającej uzasadnić agresję, której wspólnie z USA polskie wojska dokonywały w Iraku i Afganistanie? Wraz z wycofaniem ostatnich amerykańskich żołnierzy z okupowanego Iraku, brytyjska organizacja pozarządowa Iraq Body Count, opierając się na danych udostępnionych przez kolaboracyjne władze irackie, amerykańskie władze okupacyjne i przez WikiLeaks, podliczyła liczbę śmiertelnych ofiar amerykańskiej agresji i okupacji Iraku na 162 tys. zabitych. Dane dotyczą okresu od rozpoczęcia agresji USA 20 marca 2003 roku. Wśród zabitych 79 proc. stanowią cywile, zaś niemal 4 tys. to dzieci.

Za każdym razem, gdy Zachód zachwycał się „demokratyczną rewolucją” w świecie arabskim, do władzy dochodziło Bractwo Muzułmańskie. W Libii obalenie reżimu Kadafiego położyło kres istnieniu państwa. Załamanie struktur państwowych pozwala dżihadystom z Państwa Islamskiego zarabiać kilka milionów dolarów dziennie na wydobyciu i sprzedaży ropy naftowej.

Na początku 2015 roku USA i Turcja podpisały porozumienie w sprawie szkolenia i wyposażenia bojowników umiarkowanej opozycji syryjskiej – poinformował Reuters, powołując się na przedstawiciela tureckiego MSZ.

Pentagon zapowiadał wcześniej, że zamierza wysłać ponad 400 żołnierzy, w tym siły specjalne, do szkolenia poza terytorium Syrii umiarkowanych opozycjonistów, co mogłoby pomóc w skutecznym zwalczaniu Państwa Islamskiego. Reuters, powołując się na przedstawicieli władz USA, którzy zastrzegli sobie anonimowość, pisał, że szkolenie to mogłoby się rozpocząć w połowie marca, a syryjscy bojownicy zostaliby wyposażeni między innymi w półciężarówki z zamontowanymi karabinami maszynowymi, radiostacje i odbiorniki GPS. Czym kończy się wyposażenie „umiarkowanej opozycji” w ciężarówki z zamontowanymi karabinami maszynowymi – możemy się przekonać, obserwując olbrzymią falę syryjskich uchodźców zalewających Europę.

Putin ma pod każdym względem łatwiej. On nie szuka w świecie arabskim umiarkowanej opozycji ani szczerych demokratów, tylko strategicznych sojuszników. Wojskowy reżim Anwara Assada to taki właśnie sojusznik.

Kto bowiem, jeżeli nie Assad (przy odpowiednim wsparciu Rosji i Zachodu), może powstrzymać tryumfalny pochód Państwa Islamskiego, skoro umiarkowana opozycja zawiodła?

Inicjatywa prezydenta Rosji nie ma znaczenia strategicznego, bo armia rosyjska raczej nie ruszy pełną siłą na islamskiego wroga, a też i jej skuteczności nie należałoby przeceniać. Zasługą Władimira Putina jest jednak dokonanie przełomu w myśleniu o tym konflikcie. W myśl znanej od dawna nad Potomakiem zasady, Anwar Assad to wprawdzie skurwysyn, ale „nasz” skurwysyn – podobnie jak Putin, o ile tylko pomoże w powstrzymaniu katastrofy. Zachód, a zwłaszcza USA, ze swoim niezdarnym stosowaniem siły w zapalnych miejscach globu, stanowi wielkie zagrożenie dla świata. Ale staje się mniej groźny, gdy przestaje moralizować.

Nie znam żadnej udanej prodemokratycznej akcji Zachodu w tym rejonie świata. Większość naszych działań powoduje tylko wzrost postaw fundamentalistycznych i antyzachodnich. Sęk w tym, że renesans wojującego islamu przypomina dziś Europę z czasów wojen religijnych. Co i rusz sunnici szyitom albo wahabici sunnitom urządzają noc świętego Bartłomieja. W tej sytuacji wiele osób doszło do wniosku, że najmądrzej będzie sprzedać cały dobytek i wsiadać na chwiejne tratwy, aby tylko dobić do bezpiecznego brzegu Europy – kontynentu, który wojny religijne ma już dawno za sobą. Czy aby na pewno?

Artykuł pierwotnie pojawił się na portalu Strajk.eu.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również