UDOSTĘPNIJ

     Polska władza od roku 1947, surowo zabroniła osobom wysiedlonym, utożsamiania się ze swoimi korzeniami, językiem, tradycją, kulturą i wiarą. O tym, że celem wysiedlenia i rozproszenia Ukraińców było ich wynarodowienie zmierzające do ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej w Polsce, świadczy postępowanie władz zgodnie z następującą tajną instrukcją MZO, dotyczącą takiego rozmieszczania osadników z akcji „Wisła”, by nie mieli oni dostępu do „elementu inteligenckiego”, którą to inteligencję nakazano „bezwzględnie umieszczać osobno i z dala od gromad”, a więc z reguły w obozie koncentracyjnym w Jaworznie.
„Zasadniczym celem przesiedlenia osadników „W” [czytamy w tajnej instrukcji, dotyczącej rozpraszania Ukraińców] jest ich asymilacja w nowym środowisku polskim. Dołożyć należy wszelkich wysiłków, aby cel ten był osiągnięty. Nie używać w stosunku do tych osadników określenia „Ukrainiec”. W wypadku przedostania się z osadnikami na Ziemie Odzyskane elementu inteligenckiego, należy taki bezwzględnie umieszczać osobno i z dala od gromad, gdzie zamieszkują osadnicy z akcji „Wisła”.
Wysiedleniec, bo tak miała określać siebie osoba deportowana, został nie tylko ograbiony ze swojej ojczyzny, wiary i miejsca mogiły przodków. Zabrano mu prawo do własnej tożsamości, o którą walczyli i przelewali krew jego przodkowie, zabrano prawo do nazywania siebie Ukraińcem.

 

Siwowłosa, z zaczerwienionymi od płaczu oczami, już nie pierwszej młodości kobieta, jak się za chwilę okaże, na obliczu wciąż nosi ślady nieprzeciętnej urody. Nadal jest drobna i smukła. Parę zbędnych lat dodają jej łzy, które bezustannie płyną z piwnych oczu. A jest co opłakiwać. Przynajmniej jej wydaje się, że życie, które przyniosło jej tylko udręki, jest warte jedynie łez. A łzy trysnęły same, gdy po pięćdziesięciu latach odważyła się odwiedzić znajomą z czasów młodości. Teraz płacze także ona, ponieważ myślała, że Kateryna zginęła jeszcze w latach czterdziestych i od tamtego czasu zamówiła niejedną mszę za spokój jej duszy. Aż tu raptem pół stulecia później Kateryna stuka do drzwi jej chaty w B. I polały się łzy na wyścigi ze wspomnieniami.

– Córeczko, – martwiła się matka, a Kateryna wyraźnie, jakby to było wczoraj, słyszy przestrogę z 1947 roku, – bądź ostrożna. Życie jest tylko jedno, a ty nie masz nawet szesnastu lat. Twoje życie dopiero się zaczyna.
Ale kto w ten niespokojny czas słuchałby matczynych przestróg. Niewiele starsi od niej chłopcy z lasu oddawali wówczas życie za Ukrainę. Ona też chciała do lasu w charakterze sanitariuszki albo łączniczki, ale nie chcieli jej wziąć, mówili że za młoda, jeszcze zielona, wystraszy się krwi. Aż wreszcie się zlitowali i przydzielili jej odpowiedzialne zadanie -obserwować ruchy wojsk i jak najszybciej informować. Dali kontakty, hasła, przestrzegli przed konsekwencjami zdrady…
Dwa albo trzy razy uratowała chłopców, przynosząc na czas wieści o zrzutach. Czasami zbierała dla kurenict, roju, czoty pożywienie… Od pochwał wyrastały jej skrzydła, była gotowa nawet na śmierć.
Nie śpiesz się dziecino, nie budź licha, kiedy śpi, – ostrzegał ją setnik. – Musisz żyć, żyć dla siebie, dla naszej matki – Ukrainy. Nie wszyscy muszą zginąć. Twoje życie dopiero się zaczyna…
Może zmówił się z mamą – myślała, kiedy usłyszała ostatnie słowa. Z dnia na dzień niebezpieczeństwo rosło. Żołdacy zjawiali się nad Sanem coraz częściej. Wystarczył cień podejrzenia i człowieka zabijano. Kateryna była świadkiem straszliwego zezwierzęcenia wojskowych. Ktoś wydał wojsku kryjówkę kuszczowego Ch., osaczony ostrzeliwał się póki miał naboje. Ostatni przeznaczył dla siebie.
Nie oddam się w ich ręce – mawiał wcześniej. Dobrze wiem jak oni potrafią katować. A jednak ostrzeliwując się, źle wyliczył naboje, wystrzelał wszystkie. Rozwalono kryjówkę, wyciągnięto nieszczęśnika. Początkowo bili go kolbami automatów, ale nie wydal z siebie ani jednego dźwięku.
– Chce milczeć – to będzie, – rozjuszył się kapral i wydał rozkaz odciąć kuszczowemu język. Katowany tylko jęknął. Kaci zaś przygotowali drabiniasty wóz i ukrzyżowali na nim swoją ofiarę. Następnie wykopali w sadzie dół i wrzucili tam kuszczowego. Jeden z żołdaków wziął zaostrzony słupek, przyłożył nieszczęśnikowi do skroni. Drugi zaczął wbijać. Nieludzki wrzask rozdarł powietrze… Jeszcze żywego człowieka żołnierze zasypywali ziemią. Ziemia,ruszała się przez dobrych kilka chwil. Osłupiali ludzie przyglądali się tej mrożącej krew w żyłach scenie. Wołali o pomstę do nieba, ale niebiosa milczały, a oni bali się podejść do żywej mogiły, wiedząc, że żołdacy tylko na to czekają.
– Nie ruszać pod groźbą kary śmierci, -rozkazał ich przywódca ha odchodne. Jednak w nocy kilku śmiałków odważyło się przenieść ciało męczennika na cmentarz. Wśród nich była Kateryna.
Przedostawanie się od wsi do wsi było coraz bardziej niebezpieczne i trudne. Zresztą informacje o ruchach wojsk stawały się zbędne, żołnierze byli wszędzie, nawet na noc nie wracali do miasteczka.
– Szykują coś złego, – martwił się setnik. – Nas nie wykurzą z lasu. To na wsie, na zwykłych ludzi uderzy „orda”.
– Idź, Katrusiu, do domu i z chaty nawet nie wyglądaj, – przypomniał sobie raptem o Katerynie. – Od tej chwili zwalniam cię z obowiązków. Uważaj na siebie. Setnik się nie mylił. Kwietniowego, wyjątkowo ciepłego ranka na obrzeżach wsi rozpoczęła się niespodziewanie strzelanina. Kateryna wyszła na podwórze. Zewsząd dochodziły ją krzyki. Nagle pod chatę podjechał amerykański willes. Wyskoczył z niego młodzieniec w cywilu, w skórze, 25-30 lat, a za nim dwaj żołnierze z automatami. Dziewczyna zamarła.
– Czy Kateryna S. ? – zapytał tylko dla formy, bo od razu dodał: – Siadaj, pojedziesz z nami.
– Dokąd? Czemu? Za co? – zaczęła płakać dziewczyna. – Pozwólcie się chociaż pożegnać.
– Na tamtym świecie będziesz się żegnać, – rzucił jeden z żołnierzy i lufą automatu wepchnął ją do willesa. Kiedy samochód ruszył, Kateryna usłyszała matczyny szloch. Kątem oka zobaczyła mamę, stojącą w drzwiach drewnianej chaty, do mamy tulił się dziewięcioletni braciszek. Kateryna nie myślała o sobie, o swojej doli, jej dusza płakała za mamą, bratem, nawet za tatą, który w 39-tym poszedł na wojnę i dotąd nie wrócił.
– Lepiej myśl o sobie, – niemal odgadł jej stan człowiek w skórze. – Oni stąd wyjadą i gdzieś tam będą żyć – uderzył wiadomością jak obuchem po głowie. – A ciebie czeka więzienie, a może nawet śmierć.

W miasteczku wtrącili Katerynę do pustego lochu. Wzięli ją z domu tak jak stała, więc chłód dawał się jej we znaki od pierwszej chwili. Nie miała niczego do przykrycia. Bezpośrednio na ziemi leżał tylko zwitek słomy. Na przesłuchanie wzięto ją następnego dnia.
– Gadaj, banderowska k…, jak walczyłaś przeciw władzy ludowej, -zaatakował ją z miejsca siedzący za stołem siwowłosy mężczyzna w cywilu.
– Z nikim nie walczyłam, – zgodnie z prawdą odpowiedziała Kateryna.
– Milcz, suko! – rozwrzeszczał się śledczy. – Wszystko wiemy.
– To dlaczego pytacie, – odpowiedziała hardo dziewczyna, a po plecach przeszły ją ciarki. Skąd mają wiadomości, kto mnie zdradził, – myśli kłębiły się w głowie.
– A bandytę Ch. nie pochowałaś, choć to było zabronione? – błysnął obeznaniem w sprawie śledczy.
Katerynie kamień spadł z serca, zrozumiała, że nic o niej nie wiedzą.
– To był człowiek, chrześcijanin i zrobiłam to, co zrobiłby każdy kto wierzy w Boga, – odpowiedziała z ulgą. – Powinien leżeć w poświęconej ziemi…
O dziwo siwowłosy nic nie odrzekł.
– Odprowadzić! – wrzasnął.
– Wypuszczą mnie, nic na mnie nie mają. Bez potrzeby nie mogą mnie więzić… – wątpliwości poczęły przeradzać się w pewność…. Na kolejne przesłuchanie wywołali Katerynę w nocy Oprócz siwowłosego, w pomieszczeniu był młodzian w cywilu, który przyjechał ją aresztować.
– Teraz wszystko wyśpiewasz, – zapewniali.
Kateryna nic nie powiedziała, choć przesłuchania trwały godzinami -bez snu, bez jedzenia. Nie powiedziała nawet kto z nią pochował kuszczowego, choć oni wszystko o tym wiedzieli. Śledczym katom chodziło o to, by zaczęła mówić. Nie zmusili jej do tego ani po dobroci ani znęcaniem. Przytrzaskiwali jej dłonie drzwiami, zaciskali palce między ołówkami, podpalali włosy. Po dwu tygodniach znęcania dali jej spokój. Znowu pojawiła się nadzieja na wolność, a kiedy kazali jej zbierać się z rzeczami (których nie było), nadzieja jeszcze wzrosła.
Kateryny nie zaprowadzono jednak do wyjścia, tylko na pierwsze piętro.
– Możesz wziąć prysznic, – powiedział uśmiechając się obleśnie i zaprowadził ją do łazienki.
Kateryna nie spodziewając się niczego złego, zaczęła się myć. Nagłe trzasnęły drzwi. Do środka wszedł znajomy jej młodzieniec. Bez słowa uderzył ją w twarz i rzucił na podłogę. Wpólprzytomną zgwałcił i wyszedł bez słowa… Żołnierz zawlekł ją z powrotem do lochu. Kateryna nie wiedziała, co się z nią dzieje. Na nic nie reagowała, nie miała siły…
Po jakimś czasie poczuła w sobie zaczątek nowego życia. Jej kat zorientował się w sytuacji i którejś nocy wezwał do siebie.
– Musisz ponieść karę, – powiedział odwracając oczy. – Do narodzin dziecka będziesz pod naszą opieką, a potem wymyślimy coś takiego, że raz na zawsze odechce ci się budowania niezależnej Ukrainy. Kateryna znienawidziła to nowe życie. Robiła wszystko, by się go pozbyć. Nie udało się. W lazarecie urodziła się dziewczynka. Kilka dni później pojawił się młody śledczy.
– Zbieraj się, jedziemy, – powiedział.
Raptem Kateryna przelękła się, że zabiorą jej dziecko. Śpiące niemowlę nagle stało się jej bliskie, najdroższe na świecie.
– Nie zabierajcie mi jej, – błagała przez łzy.
– Nikt nie zamierza tego robić, – zapewniał gwałciciel.
Wieźli ją samochodem przez dobrych kilka godzin. Wreszcie już w nocy podjechali pod jakąś chatę.
– Tu będziesz mieszkać i nie wolno ci się stąd ruszać, – nakazał prześladowca. – Tu zrozumiesz jak was, Ukraińców, nienawidzą. Radzę nie przyznawać się, że jesteś Ukrainką, bo zginiesz i ty i dziecko.
Niebawem okazało się, że Katerynę z niemowlęciem umieścili w D., na ziemiach odzyskanych, a jej jedynymi sąsiadami byli Polacy, uciekinierzy z Wołynia.
Następnego dnia Katerynę odwiedził sołtys. Ale niczego się nie dowiedział od milczącej dziewczyny. Za to ona dowiedziała się, kim są jej sąsiedzi.
– Dobrze, że pani jest Polką, – powiedział sołtys, – bo Ukraińców tu nie ścierpimy. Początkowo chciano ich tu zasiedlać, ale powiedzieliśmy, że ich zabijemy za naszą wołyńską ziemię i za naszą krew przelaną przez bandy Bandery. Kateryna zrozumiała, jaką karę miał na myśli jej kat z UB, i zadrżała. Jak żyć między najgorszymi wrogami. W każdej chwili mogą się dowiedzieć, że jest Ukrainką i zabiją ją razem z dzieckiem, a UB jeszcze podziękuje… Ale zdaje się ubek miał w sobie resztki człowieczeństwa i nikomu nie powiedział o pochodzeniu Kateryny.
Mijały dni, miesiące, lata. Kateryna, która ze szkoły znała język polski, nauczyła się także myśleć po polsku, chodziła do kościoła, żarliwie się modliła… Ale zakradało się zwątpienie, czy aby dobrze postępuje. Uspokajała swoje sumienie tłumacząc, że wszystko to robi nie dla siebie, ale dla córeczki, dla Tereski.
– Kiedyś jej powiem, a ona zrozumie, – obiecała samej sobie. – Pojedziemy, odnajdziemy mamę, Michałka i wszystko będzie dobrze.
Do Kateryny zaczął się zalecać starszy od niej 20 lat pan Wacek. Z wyglądu – niczego sobie mężczyzną ale Kateryna znienawidziła go od pierwszej chwili. Opowiadał jej, jak wyrżnął co do nogi ukraińską rodzinę pod Kowlem, gdzie doszedł z kilkoma polskimi partyzantami przebranymi za banderowców.
Nasi chłopcy przyszli, – powiedziała gospodyni, zobaczywszy trójzęby na czapkach. To były jej ostatnie słowa. Pan Wacek szczycił się tym, iż własnoręcznie wykończył kobietę i jej dwoje „ukraińskich bękartów”.
Lata mijały, a Tereska rosła na Polkę.

Po pięćdziesięciu latach Kateryna, która dowiedziała się gdzie wywieziono mieszkańców jej wsi, pojechała na północ Polski. W B. odnalazła koleżankę z młodych lat. Od niej z kolei dowiedziała się, że matka umarła kilka lat temu przeżywszy syna Michała, który zginął w wypadku drogowym. Ojciec nigdy nie wrócił z wojny. Kateryna przepłakała nad matczyną mogiłą dwa dni. Długo nie mogła zdobyć się na odwagę, by opowiedzieć najbliższej koleżance o swoim cierniowym szlaku. Kiedy się wreszcie zdecydowała, płakały obie. Odjeżdżając Kateryna wyznała znajomej, że jest jedna rzecz, której nie wybaczy sobie do końca życia: za swój największy grzech uznaje fakt, iż nigdy nie odważyła się powiedzieć córce o jej ukraińskim pochodzeniu, że nigdy nie nauczyła jej ani jednego wiersza Szewczenki, nie zaśpiewała ukraińskiej pieśni, nie opowiedziała choćby najkrótszej bajeczki. Tego, jak sądzi, nie można wybaczyć.
Imię i pierwsza litera nazwiska bohaterki, na jej prośbę zostały zmienione podobnie zresztą jak i pierwsze litery nazw miejscowości, a także niektór fakty, które mogłyby wskazywać na jej osobę. Pani Katarzyna zdecydowała że swej straszliwej tajemnicy nie ujemni już przed córką i trójką wnuków gdyż jest już na to za późno.

Dzwonyt’ tełefon:
– Czy jest Wasyl?
– Takiego tu nie ma.
Czerez dwi minuty tełefon znow dzwonyt’.
– Czy jest Wacek?
– Tak. Wasyl… telefon do ciebie!