UDOSTĘPNIJ

Sytuacja na polskiej scenie politycznej od dłuższego już czasu przypomina rodzaj pewnego martwego punktu albo impasu, w którym pogrążone są dwa główne nurty intelektualno-polityczne III RP. Z jednej strony prawica, która neguje wszelkie osiągnięcia III RP, prezentuje ten ustrój jako rodzaj przedłużenia PRL, bękarta spisku zawartego przy Okrągłym Stole i Magdalence oraz przykład ‘wygaszania’ narodu i państwa polskiego. Z drugiej strony są środowiska liberalne oraz lewicowe, które dorobku III RP bronią gorliwie, jako wielkiego polskiego sukcesu, przykładu w pełni udanej transformacji ustrojowej, egzemplifikacji stabilnego i umiarkowanie liberalnego kraju na gruzach postkomunistycznych.

Debata znajduje się w impasie, ponieważ obie strony konfliktu znajdują się we wzajemnym uścisku, z którego nie mogą się oswobodzić. Prawica wali w III RP jak w bęben, a więc liberałowie i lewica są zmuszeni stawać w obronie tego ustroju, nawet będąc pomnymi na jego liczne niedoskonałości. W momencie gdy jedna strona przestanie się bronić i prewencyjnie atakować – druga będzie mogła ogłosić zwycięstwo i zakrzyknąć ‘A nie mówiliśmy?’.

Liberałowie mają tendencję do oskarżania o ten stan rzeczy środowiska populistycznej prawicy, które obecnie reprezentuje PiS. Oto ci, którzy próbują podpalić Polskę, chcą wyprosić ją z europejskich salonów, wprowadzić krwawe rozliczenia i państwo policyjne. Prawica nie rozumie zasad demokracji i od wielu lat stara się ją wywrócić do góry nogami i tylko heroiczni liberałowie z pomocą lewicy trzymają ją przy życiu.

Czy tak jest naprawdę? Czy wina leży po stronie polskiej prawicy? Wydaje mi się, że wcale nie. Proponuję więc krótkie spojrzenie na historię III RP, aby zidentyfikować główne błędy polskich środowisk politycznych oraz intelektualnych, które doprowadziły moim zdaniem do obecnej, patologicznej sytuacji.

 

Okrągły Stół, czyli mądry początek

Obrady Okrągłego Stołu, które rozpoczęły się 6 lutego 1989 roku w warszawskim Pałacu Namiestnikowskim, zostały zapoczątkowane pod silnym naciskiem komunistów. „Solidarność” była bardzo sceptyczna co idei pertraktowania z PZPR-em na oficjalnym szczeblu i wielu działaczy opozycji podchodziło do tego pomysłu z dużym dystansem. Wiadomo było bowiem, że PZPR wcale nie chce się dzielić władzą z ‘Solidarnością’.

O co więc chodziło komunistom? Intencja była następująca: w obliczu coraz groźniejszego kryzysu finansowego, który mógł zagrozić potężnym strajkiem i wybuchem społecznego niezadowolenia w całym kraju, PZPR potrzebował sojusznika który usankcjonuje działania władzy społecznie. Zbliżały się czarne chmury nad Polskę i potrzebne były radykalne, niepopularne reformy ekonomiczno-społeczne. W PZPR-rze wiedzieli, że samodzielnie może nie udać się im tych zmian wprowadzić. Dlatego też szukali oni poparcia ‘Solidarności’, które mogłoby dać tym reformom poparcie społeczeństwa polskiego.

Był też drugi, bardziej dalekosiężny cel. PZPR-owcy chcieli osłabić siłę ‘Solidarności’ poprzez włączenie jej do oficjalnego aparatu politycznego państwa. Będąc częścią „systemu” opozycja straci z całą pewnością sporą część swojej ostrości i potencjału wybuchowego. Biorąc na swe barki częściową odpowiedzialność za niepopularne reformy gospodarcze, straci z pewnością w oczach swoich szeregowych członków. Było więc to wyrachowane i arcysprytne zagranie komunistów, którzy chcieli w ten sposób ocalić swoją władzę drogą nieznacznego kompromisu.

Nie było bowiem mowy o dzieleniu się z ‘Solidarnością’ władzą. Jej działacze mieli wejść do Sejmu, ale pod absolutnie żadnym pozorem nie mogli dojść do władzy, co zagwarantować miały ustalone kwoty na miejsca w Sejmie. 65% miejsc w Sejmie (czyli 299 mandatów) zostało odgórnie zagwarantowanych komunistom, tak że niezależnie od wyników wyborów, ‘Solidarność’ pozostałaby w opozycji. W opozycji tej miała spędzić 4 długie lata i w ten sposób powoli uczyć się demokracji śledząc poczynania komunistów, którzy też dopiero nabierali wprawy. Po czterech latach ‘nauki’ zarówno PZPR jak i ‘Solidarność’ mogłyby stanąć do w pełni wolnej walki demokratycznej.

Ani ‘Solidarność’ ani PZPR nie planowały więc podzielenia się władzą. Solidarność władzy nie chciała, ponieważ czuła się na nią niegotowa, a PZPR myślał o tym jak zachować pełnię władzy dla siebie. Podczas rozmów w Magdalence, 2 marca 1989, Aleksander Kwaśniewski wpadł na odważny pomysł, aby wybory do Senatu były wolne w całości. W zamian za to, Solidarność poszła na ustępstwa w sprawie kompetencji prezydenta (którym miał zostać gen. Jaruzelski) i podziału mandatów w Sejmie (65% zamiast 60% dla PZPR). Obie strony kombinowały więc i knuły – ale nie wspólnie, tylko przeciw sobie nawzajem.

Obie strony zawarły więc zachowawczą i mądrą umowę. PZPR gwarantował sobie pełnię władzy w Polsce aż do 1993 roku – komuniści mieliby zarówno rząd jak i prezydenta. Do tego czasu gospodarka zostałaby wyprowadzona z kryzysu, a PZPR przygotowałby swoje siły na demokratyczne wybory. Z kolei ‘Solidarność’ przez 4 lata miałaby dostęp do radia, telewizji i prasy (ograniczony, ale jednak), gwarancję legalnej działalności związku zawodowego i możliwość uczenia się zasad polityki poprzez działalność opozycyjną w Sejmie. O władzy ‘Solidarność’ nawet nie marzyła, ale też jej po prostu nie chciała. Na razie trzeba było obserwować i uczyć się, na rządzenie przyjdzie czas za parę lat.

 

Umowa zerwana, czyli Jarosław Kaczyński w akcji

Powszechnie utartym stwierdzeniem jest fakt, jakoby III RP była dzieckiem i bezpośrednim efektem Okrągłego Stołu (i Magdalenki). Jest to stwierdzenie fałszywe. Było dokładnie na odwrót – prawdziwym kamieniem węgielnym i aktem założycielskim III RP było zerwanie umowy okrągłostołowej. Leszek Miller niejednokrotnie powtarzał, że PZPR zostało zdradzone przez ‘Solidarność’ i że komunistom wbito nóż w plecy. A nóż ten wbił – w swoim zresztą stylu – Jarosław Kaczyński.

Cofnijmy się jednak do 4 czerwca 1989. W tym dniu komuniści przegrali wybory, które sami zarządzili. Ale ‘przegrana’ to zbyt słabe słowo. Komuniści zostali zmiażdżeni i zdeklasowani. Tylko umowa okrągłostołowa ich ratowała, inaczej przegraliby wszystko. Nie oznacza to, że PZPR był aż tak niepopularny. Startujący z listy krajowej czołowi działacze tej partii zdobywali masowo ponad 8 milionów (!!!) głosów każdy. Ordynacja wyborcza była jednak ustawiona tak, że potrzebne było co najmniej 50% głosów wszystkich wyborców. Tak wysoko postawioną poprzeczkę przeskoczyło tylko 2 spośród 35 kandydatów. Z kolei reszta, czyli ‘normalni’ kandydaci wypadali już sporo gorzej.

Komuniści byli w szoku po tej porażce i deklasacji. Z powodu listy krajowej, kontrakt okrągłostołowy się posypał i trzeba było zmieniać ordynację przed drugą turą wyborów. W ten sposób ‘Solidarność’ ocaliła skórę PZPR-owi, nawet jeśli wzbudziło to zdziwienie u dużej części szeregowych działaczy związku. Potem znowu trzeba było ratować niezwykle słabych komunistów, tym razem przy wyborze prezydenta. Część działaczy ZSL, SD i PZPR nie chciała poprzeć kandydatury gen. Jaruzelskiego, dlatego ratować go musiał Andrzej Wielowieyski i część działaczy ‘Solidarności’ oddając głosy nieważne. Udało się – ale tylko jednym głosem i po tyradzie Jana Rokity, który dowodził, że wybór jest nieważny.

‘Solidarność’ w wielkich bólach podtrzymywała więc dżentelmeńską umowę z komunistami, ale słabość i beznadziejność sytuacji tych ostatnich biła coraz mocniej po oczach. W lipcu 1989 coraz bardziej prawdopodobne się stawało to, że komuniści nie będą w stanie stworzyć własnego rządu. Buntowały się partie satelickie, czyli ZSL i SD, ale też w samym PZPR-rze dochodziło do stopniowego rozkładu i dezintegracji. Mimo to, generał Czesław Kiszczak cały czas próbował utworzyć rząd i zachować władzę PZPR-u.

Czy zerwać umowę okrągłostołową i zabrać władzę komunistom? Z takim pomysłem wychodzili Adam Michnik oraz Jarosław Kaczyński, ten pierwszy napisał na ten temat artykuł „Wasz prezydent, nasz premier” który został opublikowany 3 lipca 1989. Ale większość ‘Solidarności’ była zdecydowanie przeciw. Należy kontrakt okrągłostołowy podtrzymać, ponieważ opozycja jest zbyt słaba i nieprzygotowana do rządzenia. Taki był motyw przewodni repliki Tadeusza Mazowieckiego „Spiesz się powoli”. Niech komuniści rządzą, niech oni reformują gospodarkę – my będziemy mogli ich krytykować, kiedy trzeba wesprzeć i uczyć się politycznego rzemiosła.

Były dwie koncepcje zerwania umowy – ‘Solidarność’ utworzyłaby rząd albo z PZPR-em (jego reformistyczną częścią) albo z satelitami – ZSL i SD. Tą pierwszą koncepcję forsował Jarosław Kaczyński, z kolei tą drugą Bronisław Geremek. Dylemat rysował się następująco: czy tworzyć koalicję z siłą realna (PZPR) i brudzić sobie ręce i reputację, czy też wybrać na partnera kogoś słabszego (ZSL i SD), ale zachować moralną czystość. Lech Wałęsa ostatecznie zdecydował się na wariant drugi, będąc świadomym, że PZPR jest już trupem ledwie utrzymującym się na nogach i nie ma sensu budować filarów nowego ustroju na koalicji z dotychczasowymi wrogami. ZSL oraz SD były o wiele łatwiejsze do strawienia i dawały poczucie prawdziwie nowego początku.

Pozostało jedynie ‘odczepić’ ZSL i SD od ich dotychczasowego sojuszu z PZPR. Do tego zadania oddelegowany został Jarosław Kaczyński, który przekonał Romana Malinowskiego oraz Jerzego Jóźwiaka do zerwania koalicji z komunistami. Działo się to za plecami PZPR-u, który 17 sierpnia został doszczętnie zaskoczony nagłą informacją i zdjęciem na którym Lech Wałęsa trzymał się za ręce z Malinowskim i Jóźwiakiem. ‘Solidarność’ złamała więc zawarty kontrakt, odebrała władzę komunistom, a zrobiła to rękoma Jarosława Kaczyńskiego. Paradoksem jest, że ten duchowy ojciec rządu Mazowieckiego potem miał go oskarżać o najgorsze przewiny.

Warto zatrzymać się w tym momencie. Aż do 17 sierpnia 1989 roku Solidarność wykazywała się znakomitym politycznym instynktem i ograła swoich politycznych przeciwników w sposób podręcznikowy. Komuniści zostali wystawieni do wiatru i pozbawieni władzy, mogli liczyć co najwyżej na parę resortów w nowym rządzie i na swojego prezydenta. Ale przestali kreować polską politykę, spadli na drugi plan. A z każdym dniem byli coraz słabsi.

Od tego momentu zaczęły się błędy, które miały zaciążyć na nowym polskim ustroju. I błędów tych nie popełniała solidarnościowa prawica, tylko liberałowie i lewica. Błędy, do których po dziś dzień nie potrafią się przyznać.

 

Pierwszy błąd: Tadeusz Mazowiecki, czyli dobry człowiek na złym miejscu

Na funkcję pierwszego niekomunistycznego premiera w powojennej Polsce desygnowano Tadeusza Mazowieckiego. O postaci tej można mówić bardzo wiele, ponieważ był on człowiekiem wybitnym. We wrześniu 1955 razem z Januszem Zabłockim dokonał rozłamu w Stowarzyszeniu PAX i utworzył razem z paroma innymi działaczami Klub (nomen omen) Okrągłego Stołu. 28 czerwca 1957 grupa ta dostała zgodę na wydawanie w Warszawie miesięcznika ‘Więź’ z Tadeuszem Mazowieckim jako redaktorem naczelnym. Od 1961 roku był posłem na Sejm PRL z ramienia koła poselskiego ‘Znak’ (tzw. grupa krakowska), chociaż formalnie należał do warszawskiej grupy Więź. Zarówno Znak jak i Więź stanowiły czołowe opozycyjne ugrupowania katolickie, które często zgłaszały niewygodne dla władzy interpelacje w Sejmie, bądź też wstrzymywały się od głosu przy niektórych ustawach (co w czasach Gomułki wymagało odwagi). Prowadziły też działalność publicystyczną oraz intelektualną, stanowiły razem z ‘Tygodnikiem Powszechnym’ prawdziwą przystań dla wszystkich katolików działających w PRL, szczególnie dla tych bardziej liberalnych.

Tadeusz Mazowiecki był autorytetem moralnym dla środowisk opozycyjnych, zarówno dla tych katolickich jak i też dla wielu osób niewierzących. Wykazywał się w swoim życiu odwagą, działał na rzecz powołania komisji badającej wypadki grudniowe 1970 roku. Był znakomitym intelektualistą, umiarkowanym i liberalnym chrześcijańskim demokratą. Wykazywał się ogromną kulturą osobistą i klasą, był dobrym i szlachetnym człowiekiem o którym wszyscy praktycznie znajomi wypowiadali się w samych superlatywach. Był wielką, wspaniałą osobą i tą cechę oddawali mu nawet ideowi przeciwnicy.

Jednocześnie był Mazowiecki beznadziejnym politykiem. Ba!, stanowił raczej karykaturę, dokładne przeciwieństwo tym kim polityk być powinien. To co w opozycji PRLowskiej było jego mądrością, roztropnością i szlachetnością, po przejęciu władzy okazało się być ślamazarnością, naiwnością i zaślepieniem. Tadeusz Mazowiecki nie umiał podejmować szybkich decyzji, zanim na cokolwiek się zdecydował musiał to rozważyć, przemyśleć i przedyskutować, tak że przeciwnicy mogli parokrotnie go ubiec i posadzić na politycznej minie. Był asekuracyjny i wstrzemięźliwy aż do bólu – cecha która bardzo dobrze wypada u intelektualisty, ale nie przystaje do premiera. Cały czas bał się zemsty komunistów, więc obchodził się z nimi bardzo ostrożnie, chociaż młodsze pokolenie stukało się przy tym w czoło. Był starszym dżentelmenem, który był nieporadny i powolny aż do bólu.

‘Solidarność’ pomyliła u Tadeusza Mazowieckiego walory osobiste z walorami politycznymi. Ale mało tego, środowiska liberalne po dziś dzień nie potrafią zrozumieć jakim kiepskim premierem był Tadeusz Mazowiecki. Oceniają go, nie według realnych zasług, ale według swoich własnych mentalnych projekcji. Przecież tak zacny człowiek musiał być też zacnym politykiem. Tworzy się więc mit wielkiego polskiego autorytetu, który dzielnie i wybornie przeprowadził Polskę przez transformację ustrojową. Pierwsza część się zgadza, ale druga zupełnie nie.

Problemy Mazowieckiego najwidoczniejsze były w sprawie traktowania komunistów. Bał się odsuwania ich od władzy, nie dokonywał czystek, trzymał ich na najwyższych urzędach. Prawica stworzyła teorię spiskową, że była to planowa polityka ‘Solidarności’ która poszła na ugodę z komunistami. Nic bardziej mylnego. To zachowanie Mazowieckiego było efektem jego cechy psychologicznej – jego bojaźliwości i zasady wiecznego dmuchania na zimne. Tadeusz Mazowiecki miał po prostu taką naturę, był zbyt asekurancki aby postawić wyraźny krok do przodu. Dlatego dreptał w miejscu szczerze wierząc, że to co robi jest jedyną możliwą drogą. Z szacunku dla autorytetu tej wielkiej osobowości, wszyscy mu przytakiwali i utrzymywali w iluzji, że ma rację.

Nie było żadnej ‘polityki grubej kreski’ i umowy między Solidarnością a komunistami. Była po prostu ogromna nieporadność, bojaźliwość i powolność prezesa rady ministrów, która przez środowiska liberalne podniesiona została do rangi cnoty. Tak właśnie, zdaniem liberałów, powinna wyglądać polityka. Powolna, roztropna, wyważona i na wysokim stopniu etycznym. Innymi słowy – środowiska liberalne chciały, aby polska polityka była polityki zaprzeczeniem. A wzorcem do naśladowania miał być Tadeusz Mazowiecki.

 

Trzy wielkie błędy liberałów

Wyznaczenie Tadeusza Mazowieckiego na pozycję premiera było pierwszym wielkim błędem solidarnościowych liberałów. Decyzję podjął oczywiście Wałęsa, ale później środowiska skupione wokół Unii Demokratycznej zawzięcie go broniły i popierały. Efektem tego błędu były jednak błędy następne, które zaciążyły negatywnie moim zdaniem na kształcie polskiej sceny politycznej. Oto i one:

  • Wadliwa transformacja ekonomiczna – bezwarunkowe uznanie planu Balcerowicza i formuły „dzikiego”, anglosaskiego kapitalizmu.
  • Brak symbolicznej dekomunizacji.
  • Nieodebranie majątku PZPR-owi oraz ZSL.

Ostatnie dwa punkty mogą się wydawać kanonem antykomunistycznym, ale tak nie jest. Stanowiłyby one ucieleśnienie mądrej polityki liberalnej i skorzystałyby na nich także… środowiska postPZPR-owskie.

 

      a) Wadliwa transformacja ekonomiczna – bezwarunkowe uznanie planu Balcerowicza i formuły „dzikiego”, anglosaskiego kapitalizmu.

Latem i jesienią 1989 roku polska gospodarka znajdowała się marnej kondycji. Tłumaczyło to zresztą prosto, dlaczego komuniści zdecydowali się na tak karkołomny krok jak częściowo wolne wybory do parlamentu i legalizacja ‘Solidarności’. W trakcie wygłaszania swojego expose premier Mazowiecki przez chwilę poczuł się słabo, tak że musiał zejść z mównicy. Po swoim powrocie zażartował, że przez chwilę znalazł się w takim stanie w jakim jest polska gospodarka – ale on z tego wyszedł, więc gospodarka również wyjdzie. I jakoś wyszła, ale za zbyt wysoką cenę.

Leszek Balcerowicz nie był pierwszym kandydatem na ministra finansów, przedtem rozważano sporo innych kandydatur, między innymi wybitnego polskiego ekonomisty prof. Witolda Trzeciakowskiego. Ten jednak nie podjął się zadania, bo stwierdził że obawia się brać na swe barki tak wielkiego brzemienia odpowiedzialności. Potrzeba było kogoś pewnego siebie o sporej odwadze. Padło na Balcerowicza, który przyjął propozycje z wielką chęcią.

Dzisiaj się często o tym zapomina, ale plan Balcerowicza… nie wypalił. Praktycznie wszystkie wyznaczone przez rządowych ekonomistów wskaźniki zostały przekroczone i to po wielokroć. Transformacja i finanse państwa wymknęły się Balcerowiczowi zupełnie spod kontroli. I tak – zakładano, że produkt krajowy w wyniku transformacyjnych reform spadnie łącznie o 3%. Tymczasem tylko w pierwszym roku spadł on o ponad 11%, a w drugim jeszcze o ponad 7%. Produkcja przemysłowa miała według planów Balcerowicza spaść o 5% a tylko przez jeden miesiąc (styczeń 1990) spadła o… 30%. Bezrobocie miało być tylko czasowe i sięgnąć liczbę raptem ok. 400 tysięcy osób, ale wzrosło ono do okrągłego miliona i w następnych latach utrzymało się jako stałe. Inflacja miała zmaleć do liczby jednocyfrowej jeszcze w 1990 roku, ale udało się to dopiero po 7-8 latach…

Czy była alternatywa? Po pierwsze, sam Balcerowicz miał alternatywy ponieważ Międzynarodowy Fundusz Walutowy przygotował dla Polski trzy różne scenariusze transformacyjne. Leszek Balcerowicz z premedytacją wybrał ten najbardziej radykalny, czym zdziwił nawet neoliberalnych ekonomistów MFW.

Ale istniała jeszcze inna alternatywa. Zamiast ‘terapii szokowej’ można było wybrać transformację stopniową i umiarkowaną. Zamiast wzorować się na coraz bardziej skompromitowanych wzorcach anglosaskich, wystarczyło spojrzeć się delikatnie na Zachód. Od upadku Muru Berlińskiego sąsiadujemy bowiem z krajem, który może stanowić pod wieloma względami wzorzec tego jak wprowadza się gospodarkę rynkową. Tym wzorem jest RFN, czyli dzisiejsze Niemcy. Dzięki reformom Ludwiga Erharda na początku lat 1940-tych, w Niemczech wprowadzono społeczną gospodarkę rynkową. Wbrew obiegowym opiniom, niemiecki cud gospodarczy bardzo mało miał wspólnego z dzikim, nieokiełznanym wolnym rynkiem. Wprost przeciwnie, jeśli wczytamy się w zamiary jego twórców i w praktykę rządzących, wyłania się obraz daleki od neoliberalnej ortodoksji.

Model niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej (SGR) znalazł swoje teoretyczne uzasadnienie w tzw. tezach Düsseldorfskich, opisanych przez Alfreda Müller-Armacka w 1948 roku. Na jakich wartościach opierał się niemiecki cud gospodarczy lat ’40 i ’50? Oto wyciągi ze skrótu tych poglądów:

„ Respektowanie zasad rynkowych należy łączyć z polityką wyrównywania dochodów w celu eliminacji „niezdrowych” rozpiętości dochodowych i majątkowych. Służyć temu powinny: progresywne podatki, zasiłki rodzinne, pomoc dla dzieci i ulgi mieszkaniowe dla osób znajdujących się w potrzebie. Podstawą polityki płac powinny być dobrowolne układy zbiorowe, a państwo powinno gwarantować płace minimalne

– Zadaniem rządu powinno być wspieranie taniego budownictwa mieszkaniowego idące w parze z pobudzaniem samozaradności społecznej jako ważnego składnika ustroju gospodarczego

– Polityka pełnego zatrudnienia powinna być w taki sposób powiązana z polityką pobudzania wzrostu gospodarczego, aby pracownicy byli zabezpieczeni przed skutkami złej koniunktury. Dla tych celów państwo powinno posługiwać się zarówno środkami kredytowymi i fiskalnymi, jak i angażować się w bezpośrednią działalność inwestycyjną”

Za tą teorią szła też praktyka. W latach pięćdziesiątych państwo kontrolowało 40% produkcji żelaza i stali w Niemczech, dwie trzecie elektrowni i prawie wszystkie niemieckie banki. Oprócz tego stworzono budzący podziw na całym świecie system partycypacji robotniczej oparty na silnych związkach zawodowych i radach zakładowych.

Poza Niemcami był też przykład Skandynawii. Na te różne modele kapitalizmu zwracały uwagę takie wybitne postacie jak prof. Tadeusz Kowalik czy prof. Kazimierz Łaski, od samego początku transformację krytycznie oceniali prof. Grzegorz Kołodko czy prof. Karol Modzelewski. Niestety, nikt ich nie chciał słuchać.

Polski „szok bez terapii” doprowadził do masowego zubożenia, biedy i nędzy milionów Polaków. Nawet jeśli mają co włożyć do garnka to nie stać ich na wyjście do kina, na książkę, na spotkania ze znajomymi. Jakoś stać ich na jedzenie i opłatę rachunków, ale na nic poza tym. Są wykluczeni kulturowo, wykluczeni obywatelsko i zgorzkniali. Takich ludzi w Polsce są miliony – nie żyją w nędzy, ale żyją w biedzie. Są efektem wadliwej transformacji.

 

     b) Brak symbolicznej dekomunizacji.

Okrutne wyrzeczenia ekonomiczne polskiej transformacji ustrojowej stały w jasnym kontraście z bogactwem polityków i działaczy postPZPR-owskich. O ile bowiem komuniści stracili władze polityczną (wraz z wyborem Wałęsy na prezydenta utracili ją w całości) o tyle zachowali swoje bogactwa. Wszystko to dzięki temu, że w Polsce kapitalizm zaczęto wprowadzać jeszcze przed demokracją (dzięki reformom Wilczka i Rakowskiego) co pozwoliło na tzw.’ uwłaszczenie się nomenklatury’. Dawny obóz władzy wcale nie zbił jakichś bajecznych fortun – ale zagwarantował sobie naprawdę stabilne i komfortowe życie dzięki wykupieniu i umiejętnym rozsprzedaniu dorobku spółek państwa.

Powiedzmy sobie otwarcie już na starcie – realna dekomunizacja (którą postuluje od dłuższego czasu prawica) nigdy nie była możliwa ani pożądana. To zwyczajna utopia w którą nie wierzy żaden rozsądny działacz społeczny czy polityczny. Do PZPR-u w szczytowym momencie należało 3,5 miliona osób, co razem z rodzinami daje około 8-9 milionów Polaków połączonych w jakiś sposób z obozem władzy. Marginalizacja 1/4 społeczeństwa polskiego nigdy nie wchodziła w grę.

Tak samo z sędziami, prokuratorami, administracją, szkolnictwem wyższym czy samorządowcami. Usunięcie ich ze swoich stanowisk byłoby szaleństwem, którego aparat państwa polskiego nigdy by nie wytrzymał. Skoro w Niemczech nie udała się denazyfikacja, to tym bardziej nie było mowy o dekomunizacji w Polsce. Zbyt wiele wybitnych albo chociaż dobrych fachowców by się zmarnowało. Prawicowi radykałowie stąpają po granicy szaleństwa i bezrozumności głosząc takie hasła.

Popatrzmy uważniej na przykład denazyfikacji, aby obalić ten mit raz na zawsze. W maju 1945 roku w Niemczech było 8 milionów nazistów. W mieście Bonn 102 na 112 lekarzy to byli naziści. Naziści byli wszechobecni szczególnie wśród nauczycieli szkolnictwa wyższego, nauczycieli czy lekarzy, czyli inteligencji i wyższej klasy średniej. Już 5 maja 1946 Konrad Adenauer skrytykował program denazyfikacji i zażądał aby zostawić w spokoju nazistowskich ‘fellow-travelers’. Powtórzył ten postulat także 2 miesiące później.

Denazyfikacja zawiodła. W 1946 roku w Bawarii zwolniono połowę nauczycieli w szkołach średnich, którzy wrócili jednak już dwa lata później na swoje posady. W 1949 roku RFN zawiesiło wszelkie postępowania dotyczące przestępstw żołnierzy i urzędników w okresie nazistowskim. W 1951 roku, w Bawarii 94% sędziów i prokuratorów, 77% pracowników ministerstwa finansów i 60% urzędników w regionalnym Ministerstwie Rolnictwa to byli dawni naziści. Hans Globke, jeden z najbliższych doradców Konrada Adenauera przez lata ’50 był współtwórcą Ustaw Norymberskich. W Bonnie, w 1952 roku co trzeci pracownik ministerstwa spraw zagranicznych był dawniej członkiem NSDAP.

Nie wchodzę tu już w ocenę PRLu jako ustroju, a tutaj nastroje też są podzielone. Chcę tylko zaznaczyć bardzo prosty fakt – realna dekomunizacja w Polsce była i jest nierealna i niepożądana. I na tym można skończyć dyskusję.

Co innego jeśli chodzi o dekomunizację symboliczną. Nie o wyrzucanie ludzi z ich posad i czystki administracyjno-polityczne, tylko o wywieszenie nowych sztandarów i zdecydowane odcięcie się od dawnego systemu. Nie o realne wieszanie, tylko o powieszenie paru kukieł i danie ludu satysfakcji z wygranej rewolucji. Tego zabrakło. Masa ludzi straciła swoją pracę i majątek i w zamian mogli słuchać o wspaniałym kompromisie z naszymi nowymi partnerami – komunistami. Liberałowie byli z siebie zadowoleni, postąpili mądrze, umiarkowanie, zapobiegli krwawym rozrachunkom. Ale zarazem kompletnie zlekceważyli społeczeństwo, wykazali się brakiem zrozumienia dla jego potrzeb. Z punktu widzenia liberalnego intelektualisty polska transformacja była rzeczywiście niekwestionowanym sukcesem. Ale „szary człowiek” nigdy intelektualistą nie będzie, a polityka musi brać pod uwagę uczucia jednostek takich jak on.

Była szansa na taką symboliczną dekomunizację. Zaproponował ją człowiek lewicy – Jan Olszewski. Wychowany w rodzinie PPS-owskiej, przeciwnik kary śmierci, feminista, entuzjasta europejskiej integracji. Ale liberałowie wpadli w popłoch i kompletnie nie zrozumieli jego intencji. W programie Olszewskiego nie było ani słowa o realnych rozliczeniach. Były rozliczenia symboliczne, potępienie tego co moralnie złe i odcięcie się od niechlubnej przeszłości. Dopiero po czasie domalowano Olszewskiemu gębę prawicowego radykała.

Był też inny problem. Jan Olszewski – także zacna, szlachetna postać – być politykiem jeszcze bardziej beznadziejnym niż Tadeusz Mazowiecki. Jego niezdarność i patetyczność sięgała już wszelkich granic i jego gabinet już po paru tygodniach ledwie stał na nogach. Minister obrony narodowej – Jan Parys, prowadził politykę neurotyczną, niezrównoważoną emocjonalnie. Sam Olszewski nie miał zielonego pojęcia o sprawnym rządzeniu. Już po paru tygodniach było wiadomo, że ten rząd padnie. Pytanie tylko – co będzie bezpośrednią przyczyną.

Dlatego wymyślono sprawę agentów i lustracji. Na szybko, posługując się kłamstwem (Wiesław Chrzanowski nigdy nie współpracował z bezpieką). O tym, że Wałęsa przez parę lat współpracował wszyscy wiedzieli, bo Wałęsa sam się do tego kiedyś przyznał. Ale jako, że człowiekiem był zawsze dumnym i emocjonalnym, przestraszył się robienia z tego afery. Jan Olszewski osiągnął swój cel – jego rząd nie upadł z powodu nieuchwalenia budżetu, tylko z powodu zablokowania ujawniania agentów. Jego rząd nic nie osiągnął w praktyce (bo był na to po prostu zbyt kiepski), ale za to zostawił za sobą legendę. Legendę fałszywą, ale nośną, którą żyje po dziś dzień prawica. I co śmieszne – w głupocie swojej nabrali się na tą legendę także liberałowie. O Janie Olszewskim: wielkim prawicowym radykale, który chciał zdekomunizować Polskę. A przecież jego zamiary były o wiele bardziej skromne i z punktu widzenia lewicy i liberałów słuszne.

 

     c) Nieodebranie majątku PZPR-owi oraz ZSL.

Ten postulat jest także antykomunistyczny tylko z pozoru. Albowiem pozostawienie majątku dwóm wielkim PRL-owskim partiom zdecydowanie bardziej zaszkodziło niż pomogło lewicy na dłuższą metę. Owszem, na krótką było to dla lewicy korzystne. Ale w dłuższej perspektywie już zdecydowanie nie.

Dzięki posiadanemu majątkowi, SLD wystartowało od samego początku jako profesjonalna partia polityczna. Tylko dzięki temu mogli wygrać wybory już w 1993 roku, na 4 lata po odejściu od władzy jako PZPR. Czy było to dobre? Fatalne, albowiem dało uzasadnienie teorii, jakoby komuniści nigdy tak naprawdę nie utracili władzy. Zawarli umowę z ‘Solidarnością’ i na 4 lata zeszli w cień, a teraz zamierzają się nią wymieniać z solidarnościowymi liberałami. Zwycięstwo SLD już w 4 lata po klęsce 1989 roku mogło sprawić takie wrażenie. Był to potężny impuls, który dał uzasadnienie dla teorii o Magdalence i spisku okrągłostołowym.

Czy odebranie majątku PZPR-owi byłoby wyrazem antykomunizmu i chęci rozliczenia przeszłości? Wprost przeciwnie! Sygnał byłby taki – jesteście równi tak jak ‘Solidarność’ więc startujcie z równego poziomu. Nie będziemy wam utrudniać życia, przystępujecie do wspólnoty demokratycznej, ale skoro my startujemy od zera to wy też starujcie od zera. Bez gnębienia, ale też bez faworyzowania.

 

—————————————————

 

Spisek okrągłostołowy i Magdalenka. Lewica i liberałowie sami sobie nawarzyli piwa.

Aż do 17 sierpnia 1989 roku Solidarność, prowadzona przez swoje liberalne skrzydło, prowadziła mądrą i skuteczną politykę. Poszli na kompromis z komunistami, a potem mistrzowsko dali im prztyczka w nos i wzięli władzę dla siebie. Był to majstersztyk polityczny.

Warto zaznaczyć – żadnego spisku w Magdalence ani przy Okrągłym Stole nie było. W 1990 roku Solidarność wzięła pełnię władzy, a PZPR-owska lewica została z niczym. Komuniści byli zupełnie bezbronni i beznadziejnie słabi. Dlaczego więc nie przeprowadzono symbolicznej dekomunizacji, dlaczego nie odebrano majątku PZPR-owi, dlaczego tak ociągano się z wyrzuceniem PZPR-owskich ministrów z rządu Mazowieckiego?

Otóż nie dlatego, że obie strony się dogadały. Wynikało to ze specyficznej umysłowości polskich liberałów. Otóż oni nigdy nie byli politykami. Oni byli moralistami, autorytetami etycznymi, mędrcami którzy chcieli Polakom zaszczepić wysokie wzorce moralne. Brzydzili się tym, co jest esencją polityki – walką, atakowaniem przeciwników. Odpuścili komunistom, aby udowodnić im swoją moralną wyższość i żeby dać dobry przykład społeczeństwu. Aby udowodnić sami sobie jakimi wspaniałymi ludźmi są.

Tym samym sami stworzyli pretekst do teorii o spisku w Magdalence. Jeżeli kogoś traktujesz ulgowo to zapewne masz z nim jakiś interes. Prawica wykorzystała tą okazję i nakręciła tą teorię spiskową, o zmowie z komunistami, o dzieleniu się władzą itp. Czy można mieć o to pretensje do prawicy?

Otóż nie można, bowiem na tym polega polityka, czego liberałowie po 25 lat nie umieją wciąż zrozumieć. Jeśli blef jest skuteczny, to trzeba z tego blefu skorzystać. Jeśli jest rezonans społeczny, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Liberałowie cały czas pienią się – jak można tak bezczelnie kłamać?! Jak można grać na teoriach spiskowych i dążyć do przejęcia pełni władzy w Polsce? Otóż – zwyczajnie i normalnie. Że to są niskie standardy etyczne? Bardzo wysokich nie ma nigdzie. Ale fakt, że w Polsce są wyjątkowo niskie, to nie wina prawicy, tylko środowisk liberalno-lewicowych i ich błędów, które wymieniłem. Sami stworzyli wszelkie warunki do stworzenia teorii spiskowej i teraz dziwią się czemu ktoś z tego korzysta.

Polska prawica neguje cały polski ustrój i gra tym samym o pełną pulę – o zmianę ustrojową, na IV RP. Ale warunki do tego stworzyli Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik i cała reszta środowiska dawnej Unii Demokratycznej, Unii Wolności i dzisiejszej PO. Prawica korzysta tylko z danej okazji. I doprowadziła do kolejnego majstersztyku – do utożsamienia PO i liberałów z SLD i lewicą. Oba środowiska się nie lubią (Michnik był wyjątkiem – reszta Gazety Wyborczej raczej krytykowała niż broniła SLD), ale są zmuszone iść razem, w obronie przeciw „prawicowemu fanatyzmowi”. O to właśnie chodzi prawicy.

Profesor Marcin Król wypowiadając się w imieniu polskich liberałów stwierdził jakiś czas temu „Byliśmy głupi”. Jednocześnie w najnowszej książce stwierdza, że Tadeusz Mazowiecki był wyśmienitym politykiem. Świadczy to chyba dobitnie o tym, jakie problemy percepcyjne mają polscy liberałowie i że nie są one wcale kwestią przeszłości. Część liberałów zaczyna dostrzegać swoje błędy, ale dla dużej części z nich – polska transformacja to miód, cud i wianek a dziwni prawicowi populiści, chcą to cudowne dzieło zniszczyć.

I wszystko wskazuje na to, że prawica rzeczywiście dojdzie do władzy. Albowiem liberałowie rozumieją, czym POWINNA BYĆ polityka, a prawica rozumie czym ona JEST.

Mateusz Kuryła

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również