UDOSTĘPNIJ

Mateusz Kuryła – mój profil na Facebooku

Dojście do pełnej władzy w Polsce Prawa i Sprawiedliwości ożywiło na nowo spory związane z pojęciami „demokracji”, „demokracji liberalnej” czy „totalitaryzmu”. Były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll 20 listopada 2015 roku zapowiedział, że „za chwilę będziemy żyli w systemie totalitarnym”[1], znana reżyser Agnieszka Holland nazwała zwycięstwo PiSu „skrętem w stronę autorytaryzmu”[2], a na portalu Facebook zawiązał się ruch „Komitet Obrony Demokracji” (KOD)[3]. Tego rodzaju ożywienie ideowe i społeczne jest z pewnością godne pochwały, to co się spod niego jednak przebija to mocne pomieszanie pojęć. Słowa takie jak „demokracja” czy „totalitaryzm” używane są bez głębszego zastanowienia, co może prowadzić do daleko idących nieporozumień w debacie publicznej oraz braku zrozumienia dla potencjalnych zagrożeń jakie stoją przed Polską w 2015 roku. Warto więc bliżej przyjrzeć się pojęciom, których używamy.

 

Demokracja i liberalizm

Terminu „liberalna demokracja” używamy na tyle często, że rzadko kiedy zastanawiamy się co tak naprawdę się pod nim kryje i często uznajemy tą formę ustrojową za rzecz naturalną i niekwestionowalną w zachodnioeuropejskich społeczeństwach. Jeżeli jednak bliżej się mu przyjrzymy, to zobaczymy że składa się on z dwóch członów, które nie tylko nie wynikają automatycznie same z siebie, ale znajdują się ze sobą w nieustannym napięciu i potencjalnym konflikcie.

Samo pojęcie demokracji służy do określania źródła władzy w danym systemie politycznym, a źródłem tym powinien być suwerenny lud, suwerenne społeczeństwo. Najbardziej popularną formą demokracji jest demokracja parlamentarna, chociaż istnieją także inne jej formy (jak np. demokracja bezpośrednia). Wszystkie je łączy jednak jedna zasadnicza cecha – najwyższym suwerenem jest w nich podmiot rządzony, którego wola stanowi najwyższe źródło stanowionego prawa. Za jednego z głównych teoretyków demokracji można tutaj umieścić Jean-Jacquesa Rousseau. Oprócz idei suwerennego ludu jako legislatora nie możemy jednak wywieść z pojęcia ‘demokracji’ wiele więcej. Żeby forma rządów była demokratyczna, rządzić musi się sam lud (samodzielnie lub poprzez różnego rodzaju instytucje pośredniczące). Tylko tyle i aż tyle. Jeśli chcemy doszukać się odpowiedzi na pytanie jaką treść mają pomieścić stanowione przez lud prawa – musimy już sięgnąć do innego źródła.

Powszechnie przyjętym takim źródłem jest doktryna liberalizmu, która służy do określenia zakresu władzy w danym systemie politycznym. Jej centralną koncepcją jest idea limited government, ograniczonego rządu. Zgodnie z tą zasadą, istnieje pewna sfera życia ludzkiego w jaką żaden rząd ingerować nie może, a która najczęściej określana jest mianem sfery prywatnej. Wiele jest sporów między liberałami gdzie znajduje się granica tej sfery, ale jest powszechny konsensus co do tego że ta sfera istnieje. Taka wolność musi także oznaczać niezależność od arbitralnych kaprysów władzy, czemu służy równe dla wszystkich prawo, zasada trójpodziału władzy, poszanowanie praw człowieka (pytanie – gdzie te prawa się kończą) oraz cały zespół zasad i tradycji politycznych. Idea liberalna ewoluowała w pismach takich jej teoretyków jak John Locke, Alexis de Tocqueville, John Stuart Mill, Benjamin Constant, Isaiah Berlin czy John Rawls, aby wymienić tylko paru.

Bycie demokratą nie oznacza bycia liberałem, a bycie liberałem nie oznacza bycia demokratą. Jak mogą więc ewoluować obie te zasady, jeśli zostaną od siebie rozdzielone?

Jeśli posuniemy granice do ekstremum, możemy zarysować sytuację w której demokratyczna większość społeczeństwa będzie chciała nieposłuszną mniejszość zamknąć w więzieniach. Jest to więc przykład „tyranii większości”, przed którą ostrzegało bardzo wielu myślicieli liberalnych i która jest możliwa do pogodzenia z ideą demokracji (o ile mniejszość nie zostanie pozbawiona praw wyborczych). Z drugiej strony – nie trudno sobie wyobrazić władcę, lub grupę władców, którzy przejmują pełen monopol władzy politycznej i zaprowadzają dyktaturę, lecz dyktaturę w pełni szanującą sferę prywatną swych obywateli (oczywiście o ile podwładni ci nie zaczną garnąć się do sfery publicznej). Mamy więc władzę zdecydowanie niedemokratyczną, ale zarazem liberalną.

Pojęcie „demokratycznego autorytaryzmu” jest wewnętrznie sprzeczne, ponieważ zarówno „demokracja” jak i „autorytaryzm” odnoszą się do kwestii źródła władzy politycznej i proponują radykalnie różne rozwiązania. Tak samo oksymoronem jest pojęcie „liberalnego totalitaryzmu”, tu bowiem kością niezgody jest sprawa zakresu władzy politycznej i „liberalizm” jest naturalnym zaprzeczeniem „totalitaryzmu”.

Z kolei terminy „totalitarna demokracja” (innymi słowy „tyrania większości”) oraz „liberalny autorytaryzm” (czyli „oświecona dyktatura”) są już scenariuszami jak najbardziej realnymi i w świecie istniejącymi.

Pytanie – które z tych dwóch zagrożeń może dziś grozić Polsce?

 

‘Wolność starożytna’ i ‘wolność nowożytna’ Benjamina Constanta

Aby osadzić te abstrakcyjne rozważania w kontekście historycznym, warto odwołać się do typologii wolności zaproponowanej przez słynnego liberała z przełomu XVIII i XIX wieku, Benjamina Constanta.

Pierwszym typem wolności jest wolność starożytna, której głównym reprezentantem są starożytne Ateny z ich instytucją polis, a w przypadku Polski – I Rzeczpospolita z jej tradycją sejmików szlacheckich i ‘złotą wolnością’. Była to wolność wyrażająca się w demokratycznym ideale partycypacji w dobrze wspólnym, prawie do uczestniczenia w życiu publicznym, suwerennym samostanowieniu wspólnot politycznych. Człowiek może zagłosować i zabrać głos w sferze publicznej, współdecydować o losach swojej wspólnoty i to jest miarą jego wolności. Człowiek jest częścią kolektywu na który ma wpływ i który realizuje wolę swoich członków. Ale jest też mroczna strona tej wolności. Kolektyw ten (np. polis) może też w pełni kontrolować swoich członków i ‘prostować ich ścieżki’ jeśli zabłądzą, a jeśli to nie pomoże – wygnać ich z miasta, odebrać prawa obywatelskie, dokonać ostracyzmu. Idea ‘sfery prywatnej’ i ‘praw człowieka’ albo nie istnieje albo jest drugorzędna. To co się liczy to ‘sfera publiczna’ i ‘prawa obywatela’. Jest to więc koncepcja bliska dzisiejszym, polskim ideologom republikanizmu.

Wolność nowożytna jest już wolnością na modłę liberalną. Realizuje ona klasyczną liberalną koncepcję wolności – wolność to niezależność od przymusu i arbitralnej woli drugiego człowieka. Jeśli nie umiem ładnie śpiewać to nie jest to niewola, ale jeśli śpiewać umiem a ktoś mi zabrania, to jest już ewidentne ograniczenie wolności. Absolutnym fundamentem jest więc wolność negatywna i nawet jeśli zechcemy ją rozszerzyć do wolności pozytywnej (którą Thomas Hill Green nazywał „wolnością” w sensie „metaforycznym”, a Isaiah Berlin definiował jako bycie „panem swego losu”) to z tego negatywnego jądra zrezygnować nie możemy. Pociąga to za sobą wytworzenie się sfery prywatnej, w której jesteśmy wyjęci spod kontroli wspólnoty i w której możemy spędzać wolny czas na dowolny sposób, byleby nie wadzić innym. Ale tu też jest mroczna strona: jest nią atomizacja społeczeństwa, utrata poczucia wspólnotowości, zagubienie samotnych jednostek i towarzyszące wolnemu wyborowi nieustanny niepokój i napięcie. To właśnie tym torem poszły państwa Zachodu, w momencie gdy wkroczyły na etap budowy kapitalizmu. Towarzyszyła temu z jednej strony poczucie dumy i potęgi Europejczyków ze wzrostu mocy sił produkcyjnych, a z drugiej uczucie sromoty oraz doświadczenie alienacji i wyobcowania (z którą szły bieda mas społeczeństwa, wyzysk i eksploatacja ekonomiczna). To doświadczenie alienacji było czymś wspólnym tak skrajnie różnym myślicielom jak komunista Karl Marx jak i prawosławnym rosyjskim myślicielom słowianofilskim (Aleksiej Chomiakow, Iwan Kiriejewski bądź – z innej beczki – Włodzimierz Sołowjow).

Osławiona, zachodnio-europejska „demokracja liberalna” stanowi kontynuację idei constantowskiej wolności nowożytnej. Jakkolwiek stara się ona łączyć ogień z wodą i liberalizm równoważyć demokracją, to nie ma wątpliwości, że żelaznym pryncypium jest właśnie liberalizm. Po 1989 roku także Polacy zechcieli podążyć tą drogą. Wbrew znaczącej części swojej dotychczasowej historii i tradycji.

 

Demokracja i liberalizm w Polsce

Polska nie posiada tradycji liberalnej, rozumianej jako samodzielny oraz znaczący ruch społeczny i intelektualny. Pisałem o tym w swoim „Zarysie historii intelektualnej liberalizmu”. Oto jak streściłem tam ten problem:

„Problem Polski polega głównie na tym, że w naszym kraju nie ma tradycji liberalnej. Wbrew obiegowym opiniom, I Rzeczpospolita ze swoją „złotą wolnością szlachecką” nie może być uznana za prekursora myśli liberalnej. Po pierwsze, wolność ta tyczyła się bardzo wąskiej grupy społecznej (na Zachodzie Europy w tym samym czasie nie było oczywiście o wiele lepiej), po drugie zaś, wolność ta była koncepcją kolektywistyczną a nie indywidualną (czego wyrazem była instytucja „liberum veto”, zakładająca, że kolektyw szlachecki musi być jednomyślny) i w końcu po trzecie – nie stanowiła ona narzędzia modernizacji, ale wręcz przeciwnie – była hamulcem rozwoju i umacniała tendencje konserwatywne, które przyczyniły się nie tylko do zacofania Polski oraz jej rozkładu, ale też do zapóźnienia cywilizacyjnego, które trwa po dziś dzień. Wbrew kłamliwym twierdzeniom propagowanym przez środowiska związane z IPN, to nie PRL jest winny zacofaniu Polski (chociaż mógł je umocnić) – jego główna przyczyna leży w bezmyślnej polityce polskiej szlachty w wieku XVII czy XVIII.”[4][5]

Uzupełnijmy tą myśl – Rzeczpospolita szlachecka była państwem zdecydowanie nieliberalnym (wizja jednomyślnego kolektywu ujawniająca się w koncepcji liberum veto), ale zarazem szalenie demokratycznym. Ówczesne około 10% uprawnionych do głosowania stanowiło pokaźny wynik w porównaniu z W. Brytanią czy Francją. Problemem była sytuacja brutalnie eksploatowanych polskich chłopów żyjących często w skrajnym ubóstwie, którzy dostępu do jakiejkolwiek wolności nie mieli – ani szlacheckiej, starożytnej, ani zachodnioeuropejskiej, nowożytnej. Mimo to, poziom demokratyzacji ówczesnych stosunków był zdecydowanie wysoki jak na swoje czasy.

Była to jednak wolność starożytna, a więc wolność do uczestnictwa w życiu publicznym. Jej kolektywizm aż uderza w oczy – nawet jeśli jeden poseł wyłamał się z szeregu, cały sejm mógł zostać zerwany. Warto przyjrzeć się konsekwencjom takiej wizji wolności, ponieważ są one ważne dla naszych rozważań. Czy ówcześni posłowie rzeczywiście byli zazwyczaj jednomyślni? Odpowiedź jest prosta – nie, była to raczej rzadkość. Cóż więc robiono, aby jednak poradzić sobie z krnąbrnymi, niepokornymi jednostkami? Jednym wyjściem była korupcja, powszechna i uznawana za normalność, szczególnie pod koniec omawianego okresu. Ale innym wyjściem była presja moralno-polityczna, czy też szantaż emocjonalny. Człowiek, który staje naprzeciw potężnemu kolektywowi, woli zazwyczaj konformistycznie ulec niż zostać wykluczonym ze wspólnoty. Nie można tego nazwać totalitaryzmem, aczkolwiek ujawnia się tutaj bardzo podobny mechanizm nacisku społecznego, który zmusza jednostkę do uległości. Jest to nieprzyjemne dziedzictwo I RP, z którym nie do końca się rozliczyliśmy.

Elementy liberalizmu przewijały się przez okres zaborów i II RP, lecz nie przyniosły efektu w postaci silnej tradycji liberalnej. Aby kontynuować nasze rozważania przenieśmy się do okresu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Totalitaryzm w PRL trwał stosunkowo krótko (raptem około 6 lat: 1948 – 1954) i zakończył się spektakularną porażką. Polskie społeczeństwo utraciło na ten krótki okres czasu nie tylko wolność polityczną, ale też wolność prywatną. Komunizm w samej swojej istocie dążył do anihilacji sfery prywatnej w życiu człowieka i realizował to poprzez brutalną indoktrynację mającą zapanować nie tylko nad zachowaniami ale też nad myślami i uczuciami Polaków. ‘Bycie cicho’ było rzeczą niepożądaną i groźną – należało raczej wyjść na ulice razem z tłumem rodaków i z pewnością na twarzy deklamować złowieszcze hasła o imperialistach z USA. O ile polskie społeczeństwo okazało się być na tą indoktrynację wyjątkowo oporne, o tyle polscy intelektualiści w dużej mierze dali się porwać temu szaleństwu, często z głęboką i szczerą wiarą w idee komunizmu.

Stalinizm, przy całym swoim skrajnym i radykalnym antyliberalizmie, szukał więc pewnego poziomu legitymizacji demokratycznej w polskim społeczeństwie. Nie poprzez (fałszowane) wybory, ale poprzez bezpośredni dostęp do uczuć i emocji. Komunizm nie miał być tolerowany – miał być kochany i popierany przez większość Polaków. Klapa była spektakularna. Wbrew hasłom o polityzacji każdej sfery życia, Polacy zaszywali się w swej prywatności i po cichu opowiadali sobie dowcipy o Stalinie.

W 1956 doszło w Polsce do transformacji ustrojowej – z totalitarnego państwa dążącego do urzeczywistnienia utopii komunistycznej, ostała się jeno pragmatyczna, liberalna dyktatura. Jej komunistyczne korzenie nie mogą być negowane, ale faktem jest też że w Polsce w 1956 roku rozpoczęła się detotalitaryzacja i dekomunizacja, a już w połowie lat ’70 XX wieku komunizm zniknął z Polski. Dekomunizacja zakończyła się sukcesem – a ostatecznym na to dowodem było wprowadzenie 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego.

Ludziom przywrócono prawo do prywatności i ‘emigracji wewnętrznej’, a władza nie chciała już być kochana, wystarczyło jej bycie tolerowaną. Czy oznacza to, że PZPR jest ojcem polskiego liberalizmu? Raczej nie. Liberalizm PZPRu nie wynikał bowiem z przesłanek pozytywnych (prawa człowieka, liberalna koncepcja wolności) tylko z przesłanek negatywnych – upadku utopii komunistycznej i powstałej wówczas próżni ideowej. Była to liberalizacja wymuszona, aczkolwiek konsekwentna i skuteczna. W tej pustce ideowej narodzić się jednak mogły nurty opozycyjne, które z ideami zachodniego liberalizmu szczerze się identyfikowały. Na czele z Adamem Michnikiem, grupy te eksplorowały liberalne idee i myślały o przeniesieniu ich na grunt polski.

Polski ustrój po 1956 roku oprócz swojego liberalizmu miał jeszcze jedną charakterystyczną cechę – był zdecydowanie i nieprzejednanie wrogi w stosunku do demokracji. O ile liberalizacja poszła stosunkowo gładko, o tyle najdrobniejsze nawet próby demokracji spełzły na niczym. Partia ograniczyła zasięg swej władzy, ale pod żadnym pozorem nie zamierzała się nią z kimkolwiek dzielić. Miało to sens, albowiem realny socjalizm był ustrojem, który demokratyzacji nie mógłby po prostu przeżyć, czego dowiodły wydarzenia z 1989 roku. Pod tym względem antydemokratyzm Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego był z całą pewnością doktryną słuszną z punktu widzenia geopolitycznego, jakkolwiek nie ocenialibyśmy go moralnie.

Reakcją na tą liberalną dyktaturę był potężny ruch społeczny Solidarności, który zawiązał się po strajkach w sierpniu 1980 roku. Możemy dostrzec co najmniej trzy ideowe źródła Solidarności: na pewno było to pełnoprawne dziecko PRLu, ruch który promował hasła utopijnie socjalistyczne, anarchistyczne czy wręcz komunizujące. PRL wycofał się ze swoich obietnic powszechnego socjalistycznego dobrobytu, chociaż wmawiano ludziom, że państwo ma obowiązek taki dobrobyt zapewniać. Członkowie Solidarności w ogromnej mierze szczerze wierzyli w te socjalistyczne obietnice i zadali rządzącym pytanie: gdzie jest dobrobyt, który obiecywaliście? Hasła promowane przez Solidarność musiały doprowadzić do ruiny budżetu niejednego państwa, a wynikały one ze szczerej wiary w socjalistyczną obietnicę, która została Polakom zaszczepiona przez władze. Wiara ta okazała się być mieczem, którym komuniści tuż po wojnie wojowali i od którego omal w 1980 roku nie zginęli.

Drugim źródłem ideowym była spuścizna polskiego romantyzmu, wiara w specjalne posłannictwo Polaków i w ‘ideę polską’. Ale trzecim i chyba najważniejszym była spuścizna demokratyczna – ale spuścizna wolności nieliberalnej, wolności starożytnej u Constanta. Wałęsę niejednokrotnie porównywano do staropolskiego sarmaty i było w tym porównaniu sporo prawdy – Solidarność zapożyczyła bowiem zarówno to co najpiękniejsze w „złotej wolności szlacheckiej” (czyli poczucie solidarności i wspólnoty narodowej, troska o dobro wspólne, zaangażowanie obywatelskie) jak i to co niebezpieczne i szkodliwe. Najlepiej było to widać w okresie stanu wojennego, kiedy to rzeczą powszechną w Solidarności stało się stosowanie „moralnego terroru” wobec wszystkich, którzy nie podzielali radykalnych poglądów większości wspólnoty. Normą było bojkotowanie PRLu i wszystkich jego instytucji, a osoby które mimo to decydowały się na współpracę, albo chociaż okazanie szacunku wobec władz, były poddawane srogiemu ostracyzmowi. Zajęcie nie dość wyrazistego stanowiska i wszelkie postawy nonkonformistyczne oznaczały często totalną infamię, moralne potępienie ze strony kolektywu i zrywanie często wieloletnich znajomości i przyjaźni. Taki rodzaj moralnego nacisku bywał dla wielu ludzi nie do wytrzymania i prowadził do wielu ludzkich dramatów. O tej mrocznej stronie Solidarności mówi się jednak stosunkowo niewiele.

Okres karnawału Solidarności przyniósł też pewne paradoksalne odwrócenie ról. W czasie stalinizmu to władza dążyła do polityzacji wszelkich sfer życia, a ludzie władzy się sprzeciwiający uciekali w życie prywatne i emigrację wewnętrzną. Solidarność odwróciła ten schemat – tym razem to władza apelowała o depolityzację życia społecznego i artystycznego, a opozycja demokratyczna chciała przywrócić i odbudować sferę publiczną, epatując wprost hasłami politycznymi.

Ciągłość między I RP i Solidarnością wydaje się oczywista. Podobnie oczywista wydaje mi się ciągłość koncepcji wolności i demokracji w tych okresach z koncepcją wolności i demokracji w polityce Prawa i Sprawiedliwości.

 

Prawo i Sprawiedliwość – nieliberalni demokraci

W pierwszej części artykułu zadałem pytanie: co grozi nam bardziej – liberalny autorytaryzm czy totalitarna (a przynajmniej ‘totalizująca’) demokracja? W kontekście naszych rozważań wydaje mi się dosyć oczywiste, że głównym zagrożeniem jest ten drugi problem. Polsce pod rządami PiSu nie grozi ani powrót do PRL (jak sugeruje okładka POLITYKI z 25 listopada 2015) ani putinizacja (jak twierdzi Adam Michnik). Zagrożenie jest poważniejsze – jest nim powrót do mrocznej spuścizny I RP i Solidarności, czyli do „demokratury” rozumianej jako moralny i polityczny dyktat większości społeczeństwa nad mniejszością. Wynika to z braku silnie ugruntowanej tradycji liberalnej w Polsce, która pozwoliłaby na odbudowę poczucia wspólnoty narodowej i troski o dobro wspólne w oparciu o silnie umocowane prawa człowieka. Demokracja liberalna jest próbą znalezienia tego balansu między wolnością a wspólnotą, która pozwoli na „jedność w wielości”, czyli utworzenie wspólnoty opartej na pluralizmie i mocnym samostanowieniu jednostek. Odrzucając demokrację liberalną i tak kruche u nas tradycje liberalne, stoimy na prostej drodze do tworzenia wspólnoty monolitycznej, opartej na monizmie poglądów i pamięci, wykluczającej i opierającej się na presji i szantażu moralno-społecznym.

Pod tym kątem łatwo zrozumieć zamieszanie wokół przedstawienia „Śmierć i dziewczyna”. W społeczeństwie liberalnym można pornografii nie znosić i mieć na jej temat jak najgorsze zdanie, ale żelaznym argumentem będzie „skoro mnie to nie interesuje, to ja tam nie pójdę. Jak zrobią inni – to ich sprawa.” Jest to pogląd mający u swych podstaw postrzeganie wolności w jej wariancie „nowożytnym”, a więc prywatnym. Zupełnie inaczej będzie jeśli przyjmiemy optykę wolności „starożytnej” – marny, gorszący spektakl jest tutaj problemem całej wspólnoty i jego rozwiązanie musi angażować nawet osoby, które normalnie teatrem się nie interesują. Chwalebne angażowanie się w troskę o dobro wspólne przeplata się tutaj z godnym potępienia obieraniem wolności innej osobie. A wszystko zależy od paradygmatu który przyjmiemy.

Nie wierzę aby PiS chciał sprawować władzę w sposób autorytarny. Nie mylmy sprawnej i skutecznej władzy wykonawczej, która jest rzeczą normalną na Zachodzie, z dyktaturą. Moim zdaniem Prawo i Sprawiedliwość będzie partią aż skrajnie demokratyczną, tyle że odrzucającą liberalny wariant demokracji. Jako liberalny demokrata widzę w tym duże niebezpieczeństwo, szczególnie jeśli chodzi o sądownictwo, media, edukację, działalność organizacji pozarządowych i klimat społeczny.

Podstawowym wyznacznikiem takiej totalizującej demokracji jest podtrzymywanie nieustannego napięcia społecznego, mobilizacja ideowa społeczeństwa, polityzacja różnych sfer życia oraz stosowanie nacisków i szantaży moralno-społecznych. Ta mobilizacja ma trafiać do jak najszerszych warstw społecznych i może być oparta na strachu przed uchodźcami, poczuciu krzywdy narodowej, strachu przed liberałami i „ateizacją” Polski… Co najważniejsze, część z tych haseł może odnosić się do jak najbardziej realnych problemów, tyle że służą one praktycznej funkcji obucha na przeciwnika politycznego i ideowego. To zupełne przeciwieństwo liberalizmu, który apeluje raczej o dbanie o swoją sferę prywatną i dąży do depolityzacji naszego życia.

Tego wszystkiego się obawiam i z ciekawością będę patrzył jak Polacy reagują na nową „skrajnie demokratyczną” władzę. Jednocześnie, mam problem z Komitetem Obrony Demokracji. Popieram inicjatywy społeczne, a szczególnie te stojące w opozycji do PiS i jego wizji świata. Pod tym względem trzymam za KOD kciuki. Ale sama jego nazwa jest dla mnie tragicznym nieporozumieniem, albowiem demokracja w Polsce ma się tak dobrze jak nigdy. Lepszą nazwą byłoby „Komitet Obrony Liberalizmu”, o wiele bardziej wysublimowany i mniej nośny, ale chociaż częściowo odpowiadający prawdzie. Obecna nazwa to nieporozumienie.

Mateusz Kuryła

 

Jeśli artykuł Ci się spodobał/zaciekawił Cię: polub moją stronę na Facebooku :) :

Mateusz Kuryła – Profil: Artykuły, przemyślenia, ciekawostki

 

 

 

[1] http://wyborcza.pl/magazyn/1,149285,19222932,andrzej-zoll-za-chwile-bedziemy-zyli-w-systemie-totalitarnym.html

[2] http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/agnieszka-holland-ii-wojna-swiatowa-sie-nie-skonczyla,592218.html

[3] http://wiadomosci.onet.pl/kraj/powstal-komitet-obrony-demokracji-to-reakcja-na-ostatnie-decyzje-pis-oraz-dudy/n6fkhm

[4] http://histmag.org/jak-ewoluowal-liberalizm-12162;3

[5] http://pikio.pl/zarys-historii-intelektualnej-liberalizmu/

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również