UDOSTĘPNIJ
fot. Twitter

Można było sądzić, że kontrowersje wokół Bartłomieja Misiewicza to już przeszłość. Nic bardziej mylnego – jak się okazuje, były rzecznik MON wciąż jest na językach. Teraz zajmie się nim prokuratura.

Powód jest niebagatelny – chodzi o ogromną kasę, którą Misiewicz pożyczył jako szef gabinetu politycznego Antoniego Macierewicza. Brak 651,5 tys. złotych wykazała kontrola NIK, jaką ta przeprowadza w ministerstwach raz w roku.

Okazało się, że Misiewicz w marcu 2016 roku podpisał dwie umowy. Choć NIK nie chciał mówić, czego te dotyczyły, podano jedynie, że te „budzą podejrzenia naruszenia dyscypliny finansów publicznych”.

Kolejną nieprawidłowość, jaką wykazało NIK, był brak rozliczenia ze Stanami Zjednoczonymi po szkoleniach pilotów na samolotach C-130 i F-16. Wygląda więc na to, że choć Misiewicza nie ma już w polityce, jego postać wcale nie chce dać o sobie zapomnieć.

Przypomnijmy, że rzecznik MON z polityki odszedł po naciskach samego Jarosława Kaczyńskiego. Lider PiS miał dosyć tego, że Misiewicz psuł wizerunek partii na każdym kroku. Zebrana specjalnie w sprawie Misiewicza komisja z PiS oświadczyła, że sprzedawca z apteki w Łomiankach „nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w administracji publicznej”.

źródło: natemat.pl

Jak naprawdę bogaty jest Petru? 10 interesujących faktów z jego życia

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również