UDOSTĘPNIJ

Warszawski Szczyt Klimatyczny COP19 przeszedł do historii. Po raz pierwszy, tuż przed zakończeniem obrad, z udziału zrezygnowały organizacje pozarządowe i związki zawodowe, argumentując nie bez racji, że negocjacje zostały zdominowane przez interesy korporacji i krajów uprzemysłowionych. Nikt nie oczekiwał, że w Warszawie dojdzie do wielkiego przełomu – dopiero negocjacje w Paryżu w 2015 mają wypracować prawdziwe porozumienie, jednak optymiści po cichu liczyli, że kraje wysoko rozwinięte zdecydują się na stworzenia poważnych mechanizmów wsparcia transformacji energetycznej i przeznaczą więcej pięniędzy na zwalczanie skutków klęsk żywiołowych, powodowanych ocieplaniem klimatu, w krajach, które, choć same nie odpowiadają za emisję, ponoszą jej największe koszty.

Polska, będąca gospodarzem szczytu, otrzymała, po raz kolejny zresztą, antynagrodę „Skamielina roku”, za blokowanie unijnej polityki klimatycznej i uleganie interesom lobby węglowego. Jako kuriozalną decyzję określiła międzynarodowa opinia publiczna dymisję ministra Korolca, który był przewodniczącym szczytu. I nie dlatego, że Korolec był jakimś wielkim zwolennikiem ekologicznych rozwiązań w gospodarce, lecz po prostu dlatego, że rząd Tuska pokazał, że klimat go właściwie nie obchodzi. „I don’t care” – taki komunikat popłynął z Aleji Ujazdowskich, dodatkowo wzmocniony organizacją warszawskiego szczytu węglowego, gdzie delegaci zastanawiali się nad nowoczesnymi metodami spalania węgla, w rozpaczliwych próbach ratowania sektora gospodarki, który musi odejść do historii, jeśli poważnie myślimy o zachowaniu Ziemii w obecnym kształcie – choć dziś Polska nie jest ofiarą zatapiania lądów, zmniejszania bioróżnorodności czy wielkich tajfunów i trzęsień ziemi, nie jest powiedziane, że taki stan będzie trwał wiecznie. Ponadto w wyniku eksploatacji węgla zmagamy się z ogromnym zanieczyszczeniem środowiska – poziom smogu w Krakowie, Katowicach i Sosnowcu należy do najwyższych w Europie.

Z punktu widzenia świadomości klimatycznej Polek i Polaków szczyt należy ocenić jako umiarkowany sukces. Marsz dla klimatu i sprawiedliwości społecznej, wbrew temu czym straszył Kaczyński, nie okazał się pochodem agresywnych alterglobalistów, gotowych podpalić Warszawie, lecz kolorowym pochodem aktywistów, przejętych przyszłością naszej planety. Greenpeace kilka razy trafił na czołówki mediów, z komunikatem o zagrożeniach związanych z eksploatacją złóż gazu przez Shell i Gazprom i domagając się uwolnienia swoich aktywistów, więzionych w Rosji. Odbyły się dziesiątki wykładów, konferencji i spotkań o tak różnej tematyce jak „Klimat i gender” czy „Ekonomiczne uwarunkowania wzrostu gospodarczego”. Wydano dzisiątki publikacji, wśród których mi szczególnie przypadł do gustu klimatyczny numer „Recyclingu Idei” z tekstami m.in. Marcina Popkiewicza, Naomi Klein i Ralpha Fucksa.

Jestem przekonany, że z Polkami i Polakami warto rozmawiać na temat zmian klimatu i zaprosić ich do wspólnego wypracowywania sensownych rozwiązań. To już zresztą się dzieje. Kolejne miasta wdrażają własne polityki klimatyczne, często ambitniejsze niż rozwiązania podejmowane na poziomie krajowych. Organizacje pozarządowe zjeżdżają Polskę z takimi kampaniami jak chociażby „demokracja energetyczna”, zapraszając mieszkańców miast i wiosek do podjęcia oddolnych działań.

Mam też prawo do osobistej satysfakcji, Dzięki determinacji m.in. Artura Wieczorka, sekretarza Zielonych i Ewy Sufin – szefowej partyjnej fundacji moja partia pokazała, że jest tą siłą która jako jedyna poważnie traktuje wyzwania środowiskowe. Szkoda, że lewica parlamentarna, lubiąca podpinać się pod ekologów, zignorowała marsz klimatyczny i była właściwie nieobecna. To pokazuje, że oferta alternatywna dla wyborców poważnie traktujących ekologię jest potrzebna i wszelkie alianse z Twoim Ruchem i Sojuszem Lewicy Demokratycznej, będą nieść za sobą mniejszy profit, niż konsekwentne budowanie ekologiczno-społecznej alternatywy.

Zobacz również