UDOSTĘPNIJ

W poprzedniej części poświęciłem dużo miejsca rosnącej roli Iranu w regionie. Sytuacja zmienia się na tyle dynamicznie, że warto ją ponownie przeanalizować.

Oczywiście najważniejszym wydarzeniem było zawarcie w Lozannie wstępnego porozumienia między państwami grupy P5+1 (Chiny, Francja, Rosja, USA, Wielka Brytania + Niemcy). W największym skrócie: Iran zgodził się na opóźnienie swojego programu atomowego oraz kontrolę instalacji nuklearnych w zamian za zniesienie sankcji nałożonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Szczegóły porozumienia były dokładnie opisywane nawet w mainstream`owych mediach, warto więc przyjrzeć się jak widzą je zainteresowane strony i zastanowić jakie będą ich dalsze ruchy.

Można śmiało powiedzieć iż najbardziej aktywnym graczem były Stany Zjednoczone reprezentowane przez Sekretarza Stanu John`a Kerry. Negocjacje przedłużyły się poza wyznaczony termin, a ciekawostką jest najdłuższe dwustronne spotkanie w historii amerykańskiej dyplomacji od czasu Konferencji Paryskiej w 1919 roku. Trwało ono 8 godzin non stop, a Kerry odbył je ze swym irańskim odpowiednikiem Mohammdem Zarifem. Porozumienie dobrze wpisuje się w politykę koncentracji USA na kierunku azjatyckim związane z ograniczaniem wpływów Chin. Oczywiście trudno spodziewać się szybkiego powrotu do relacji, jakie Iran miał z USA za czasów szacha Pahlawi`ego ale otwiera ku temu drogę w dłuższej perspektywie. Prawdopodobnie kalkulacja opiera się na założeniu stopniowej liberalizacji sytuacji społeczno-gospodarczej, w wyniku której do władzy dojdą siły niechętne ajatollahom. Nie wykluczone że w Iranie zobaczymy w przyszłości kolejną odsłonę islamskich rewolucji tym razem Perską Wiosną którą USA bez wątpienia poprą a być może zainspirują. Zniesienie sankcji otwiera też drogę amerykańskim firmom do 80 milionowego rynku. Zainteresowane są w szczególności firmy z sektora paliwowego gdyż ta część gospodarki Iranu wymaga sporych inwestycji i nowych technologii. Porozumienie, które administracja Obamy okrzyknęła sukcesem, republikańska większość w Kongresie zamierza odrzucić motywując to względami bezpieczeństwa USA i sojuszników (ze szczególnym uwzględnieniem Izraela). Doszło do bezprecedensowej sytuacji w której Grupa kongresmanów wystosowała list do rządzących Iranem ostrzegając iż w przypadku zmiany władzy w Białym Domu USA wycofają się z porozumień. Obama ma przeciw sobie także część przedstawicieli Partii Demokratycznej. W przypadku przyjęcia legislacji które zablokują zawarcie porozumienia zapowiedział weto.

Wspomniany kilka zdań wcześniej Izrael ostro skrytykował porozumienie. Uważa, że nie zamyka ono drogi do uzyskania broni nuklearnej przez Iran, a tym samym stanowi ogromne zagrożenie dla jego istnienia. Premier Netanyahu wezwał do renegocjacji porozumienia, a także do tego, aby Iran zobowiązał się do uznania prawa Izraela do istnienia jako Państwo. Zapowiedział też próby zablokowania porozumienia z wykorzystaniem republikańskiej większości w amerykańskim Kongresie. O jej poparciu zapewnił w trakcie wizyty złożonej w TelAvivie już po zakończeniu negocjacji w Lozannie jej lider John Boehner. Izrael obawia się, że zniesienie sankcji gospodarczych zwiększy znacząco wydatki na zbrojenia Iranu, a uzyskanie dostępu do broni nuklearnej odsunie tylko w czasie. Dodatkowy strumień pieniędzy trafi też do Hezbollah`u i Hamasu co bezpośrednio zagrozi bezpieczeństwu mieszkańców Izraela. Netanyahu podtrzymał też deklarację o możliwości podjęcia działań militarnych na własną rękę. Strona izraelska jako najbardziej niebezpieczny uznaje scenariusz, w którym Iran będzie wywiązywał się ściśle z zawartych porozumień. W takim przypadku jakakolwiek interwencja zbrojna Izraela spotkałaby się z odwróceniem się od niego światowej opinii publicznej, a być może części sojuszników. W praktyce oznacza to, iż ewentualna interwencja może nastąpić jedynie, zanim dojdzie do ostatecznego zawarcia porozumienia grupy P5+1 z Iranem i zniesieniem sankcji przez Radę Bezpieczeństwa ONZ.

Arabia Saudyjska zareagowała mniej nerwowo od Izraela, ale Saudyjczycy najwyraźniej skupili się na działaniach. O tworzeniu wspólnego frontu państw sunnickich pisałem w poprzednim miesiącu, ale mało kto przewidywał, że powstanie on tak szybko przy takiej plątaninie interesów jakie mamy w świecie arabskim. Na posiedzeniu Ligii Arabskiej, której odbyło się pod koniec marca w Egipcie, ustalono powstanie wspólnych sił zbrojnych. Mają one służyć zapewnieniu ochrony interesów w regionie oraz stanowić przeciwwagę dla dysponującego półmilionową armią Iranu. Pierwszą okazją do przetestowania gotowości sojuszników do realnych działań, było podjęcie interwencji w Jemenie. Od wielu miesięcy trwała tam rebelia szyickich Houti którzy porozumieli się z poprzednim prezydentem Salih`em przeciw urzędującemu prezydentowi Hadi`emu. Po zdobyciu Sany ofensywa zepchnęła siły lojalne Hadie`mu do Adenu zmuszając go do ucieczki i szukania schronienia w Rijadzie. Wybór momentu rozpoczęcia nalotów przez siły koalicji nie był przypadkowy i zbiegł się z finałem negocjacji w Lozannie. Wykluczało to jakąkolwiek reakcję ze strony Iranu, który oskarżany jest o wspieranie rebelii. Koalicja objęła państwa Zatoki za wyjątkiem sąsiadującego z Jemenem Omanu, a także Egipt, Sudan, Jordanię a nawet Maroko. Państwa te przekazały do dyspozycji swoje lotnictwo i 26 marca rozpoczęły bombardowanie pozycji rebeliantów. Prócz Saudyjczyków w działania najmocniej zaangażował się Egipt, który prócz samolotów wysłał także okręty do wsparcia obrony Adenu gdzie toczą się walki uliczne. Niepokój Egiptu wzbudza w szczególności zajęcie przez Houti pozycji w okolicach cieśniny Bab el-Mandeb stanowiącej wrota do Kanału Sueskiego, przez który transportowana jest duża część ropy z Zatoki Perskiej. Grozi to sytuacją w której Iran kontroluje dwie kluczowe dla transportu ropy cieśniny – Ormuz i wspomnianą wcześniej Bab el-Mandeb. Na razie nie podjęto decyzji co do ofensywy lądowej. Trwa sporadyczna wymiana ognia wzdłuż granicy jemeńsko saudyjskiej (były już pojedyncze ofiary po obu stronach). Mimo ogromnej przewagi w sprzęcie Saudyjczycy najwyraźniej obawiają się uwikłania w walki w trudnym górzystym terenie mając w pamięci przełom lat 2009/2010. Mieli wówczas problemy z wyparciem Houti, którzy wtargnęli na ich terytorium. Taka operacja mogłaby zaangażować ich siły nawet na lata i przypominać interwencję ZSRR w Afganistanie. Trzeba też pamiętać, iż mimo ogromnych wydatków na armię (80 mld USD w roku 2014) Saudyjczycy są po części „papierowym tygrysem”, a ich armia nie ma doświadczenia w prowadzeniu dużych operacji. Między innymi dlatego zabiega o włączenie do koalicji jak największej ilości krajów sunnickich. Na tym niewątpliwym sukcesie saudyjskiej dyplomacji cieniem położyła się postawa dwóch krajów: Turcji i Pakistanu. Turcy początkowo opowiedzieli się za interwencją. Wszystko odmieniła jednak wizyta prezydenta Erdogana w Teheranie. Bliskie relacje gospodarcze i wspólna dla obu krajów kwestia kurdyjska sprawiły, iż Turcja nieoczekiwanie opowiedziała się za pokojowym rozwiązaniem kryzysu w Jemenie. Jeszcze większym szokiem w Rijadzie musiała być decyzja pakistańskiego parlamentu, w której odrzucił on uczestnictwo w operacji w Jemenie. Pakistańczycy zgodzili się jedynie na wysłanie żołnierzy do ochrony ważnych instalacji na terytorium Arabii Saudyjskiej. Z perspektywy Saudów Pakistan jest kluczowym sojusznikiem – szachuje Iran z drugiej strony i dysponuje argumentem w postaci broni nuklearnej. Do tej pory, dzięki milionom saudyjskich dolarów, był to „żelazny” sojusznik. Wojska Pakistanu wielokrotnie pomagały Saudyjczykom (np.: w tłumieniu ostatniej rewolty w Bahrajnie). Wiele wskazuje iż Pakistan znalazł w Chinach sojusznika, który , w przeciwieństwie do Saudyjczyków, może im pomóc w przypadku konfliktu z Indiami. Rozwijająca się od wielu lat współpraca wojskowa , jest teraz poparta gospodarczą. Chiny, które kupują irańską ropę zadeklarowały, iż sfinansują budowę gazociągu łączącego Iran z Pakistanem.

W Rosji umowa z Iranem wywołała ambiwalentne odczucia. Znamienny był choćby brak ministra Ławrowa na konferencji podsumowującej negocjacje. Niepokojące z perspektywy Rosjan są dwie kwestie. Pierwsza to możliwość zacieśniania relacji Iranu z USA w dłuższym okresie. Druga to jeszcze większą nadpodaż na rynku ropy, której cena jest kluczowa dla budżetu Rosji. Decyzje o powrocie do rozmów o sprzedaży zestawów przeciwlotniczych S-300 do Iranu i o odnowieniu współpracy przy cywilnym programie nuklearnym są próbą wyprzedzenia konkurentów, ale mogą co najwyżej osłabić tempo w jakim Rosja będzie tracić wpływy w Iranie. Doszło nawet do tego że irański szef MSZ Zarif zasugerował iż Iran mógłby dostarczać gaz do Europy przyłączając się do Korytarza Południowego. Na razie należy to traktować jako dodatkową , prócz toczącego się procesu jaki Iran wytoczył Rosji z powodu wstrzymania kontraktu, kartę przetargową w rozmowach z Rosją w sprawie szybkiej dostawy zestawów S-300 przed zaplanowanymi na 15.04 rozmowami w Moskwie.

Podsumowując: sytuacja w regionie jest niezwykle dynamiczna. W przypadku podpisania porozumienia między Iranem i grupą P5+1, i zakładając nawet stopniowe znoszenie sankcji, Iran będzie się dynamicznie rozwijał w najbliższych latach. Z pewnością duża część dochodów zostanie przeznaczona na wzmocnienie armii. W szczególności mogą to być zakupy zestawów przeciwlotniczych a także samolotów myśliwskich. W grę wchodzi zarówno kierunek rosyjski jak i chiński (inne są obecnie mało prawdopodobne). Podniesie to znacznie wartość bojową irańskiej armii a w szczególności jej defensywny potencjał. Posiadanie zestawów S-300 bardzo utrudni atak na irańskie instalacje z użyciem samolotów 4tej generacji jakimi dysponuje Izrael czy kraje Zatoki Perskiej. Z perspektywy takich krajów jak Izrael czy Arabia Saudyjska możliwe jest więc podjęcie decyzji o wywołaniu konfliktu teraz , póki atak na Iran jest dużo łatwiejszy do przeprowadzenia zarówno z powodów militarnych jak i politycznych. Arabia Saudyjska najprawdopodobniej nie zdecyduje się na atak na Jemen, chyba że górę wezmą ambicje młodziutkiego ministra obrony i presja ze strony Egiptu. Jeżeli tak się stanie, a interwencja będzie się przedłużać oraz powodować duże straty wśród Saudyjczyków, a jednocześnie sytuacja ekonomiczna Arabii Saudyjskiej nadal będzie się pogarszać (na ten rok planowany jest rekordowy deficyt budżetowy) może się to skończyć rewolucją i obaleniem rządzącej w Rijadzie dynastii. Oznaczałoby to powtórkę ze scenariusza irańskiego, a jak wiadomo historia lubi się powtarzać. Żeby porównanie było ciekawsze – szach Mohammad Reza Pahlawi, podobnie jak obecnie król Salman, postulował odrzucenie tradycyjnych podziałów i zbliżenie z Izraelem. Był też tak jak w dzisiejszych czasach król Salman wiernym sojusznikiem USA.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułLider RAŚ popiera wypowiedź szefa FBI jakoby Polacy brali udział w Holokauście
Następny artykułJaja jak u Barei? Komorowski odwiedził… udawaną budowę obwodnicy
Radosław Żurek
Zdecydowanie bardziej na prawo niż na lewo, niezmiennie od wielu lat. Typ niepokorny.

Zobacz również