UDOSTĘPNIJ
fot. flickr.com

Sukcesja za sukcesją, każda ekipa rządząca składa się ze złodziei i oportunistów. Polak nie zazna sprawiedliwości w skorumpowanych sądach, dzieci partyjnych prominentów wypychają go z rynku pracy a jego pensja ociosana przez zbyt wysokie podatki nie starcza na wyżywienie rodziny. Głosów niezadowolenia, mieszających tony bezsilności i frustracji, nie ubywa. Państwo, czy to zarządzane przez postkomunistów, liberałów1, czy konserwatystów, w formie kohabitacji, czy monolitu, jawi nam się jako wiecznie niewydolne. Kto winny2? Oni.

Wielokrotnie w swoich dotychczasowych publikacjach, próbując tłumaczyć pewne zjawiska z pogranicza polityki i socjologii, powoływałam się na ludzką tendencję do manichejskiego postrzegania rzeczywistości. Na naszym lokalnym gruncie atawizm ten miał szansę zapuścić korzenie szczególnie głęboko. Źródła jego proliferacji poszukiwać można w kształcie jaki przyjęła polska opozycja w PRL. Jej prymarnym celem nie była wymiana systemu a jedynie modyfikacja pewnych jego elementów. Kontestowano te aspekty polityki, które odbijały się bezpośrednio na jakości życia protestujących, co mogło wpłynąć na naszą dzisiejszą roszczeniowość. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie dezawuuję niczyjej frustracji, młodym rodzicom rzuca się kamienie pod nogi, geriatria w Polsce właściwie nie istnieje a mediana naszych zarobków jest śmiesznie niska. Problem w tym, że partia, która obecnie ma większość parlamentarną doszła do władzy z obietnicą darmowych pieniędzy na sztandarach a nie propozycjami rozwiązań infrastrukturalnych. Daje to świadectwo mentalności elektoratu a nie PISu, który na obywatelach zagrał niczym lotny, wykorzystujący koniunkturę inwestor. Podobnie, nie bez znaczenia dla kształtu naszych postaw pozostaje, charakterystyczny dla całego regionu, problem korupcji zrodzonej chwilę przed jesienią narodów, kiedy to notable ancient regime`u bogacili się, przewidziawszy nadciągające zmiany rynkowe. Występuje oczywista korelacja między skalą łapówkarstwa i nepotyzmu a poczuciem niesprawiedliwości wśród tych, którzy z tej sprzedajności nie korzystają. Bezsilni obywatele zniechęceni rozwarstwieniem oddalają się jeszcze bardziej od władzy. Krótko mówiąc, historia odegrała niemałą rolę w kształtowaniu naszych postaw. Pryzmatem, który w pierwszych latach wolności rozproszył nasze narodowe postawy, była legitymacja partyjna. Dziś symbolem co prawda nie jest już czerwona książeczka ale sama polaryzacja zdaje się być bardzo trwała.

Wywalczyliśmy pakiet demokratycznych instytucji i bezpieczników, wybieramy prezydenta i legislatywę, funkcjonują urzędy kontroli, mamy prawo inicjatywy ludowej a poszczególne organy nadzorują wzajemnie swoją pracę. Do tego momentu wszystko zdaje się być oczywiste. O wiele trudniej uświadomić sobie, że urzędnicy rekrutują się spośród nas. Nie potrafimy spojrzeć na państwo w sposób holistyczny, myśleć o nim, jako o organizmie. Tłumaczymy więc jego niewydolność obcymi wpływami, rosyjskimi agentami i supremacją Brukseli. Jesteśmy my, uciemiężeni, bezradni, szarzy obywatele i oni, jacyś obcy najeźdźcy (z kosmosu). To nie my stanowimy prawo, to nie my przepychamy ustawy (a każdy z nas zrobiłby to doskonale) i to nie my dzięki układom zdobywamy miejsca w zarządach państwowych spółek. Możliwe, że to również brak znajomości działania mechanizmów rynkowych (lub jedynie zaznajomienia się z ich ekstremalną wersją z lat 90) sprawia, że mamy problem z korupcją. Żaden przedsiębiorca dążący do optymalizacji zysków nie powierzyłby wysokiej posady osobie niekompetentnej.

Trudno czuć się immanentnym składnikiem systemu, w którym się dobrowolnie nie partycypuje a jedynie rejestruje jego istnienie, traktuje jako stan zastany, zewnętrznie narzucony. Niska frekwencja wyborcza w Polsce szokuje nawet na tle Europy Środkowo-Wschodniej – o rozłożeniu mandatów w krajowych parlamentach decyduje większy odsetek Bułgarów, Słowaków czy Rumunów niż Polaków. Nasz indyferentyzm daje swój wyraz nie tylko w skali makro – nie jesteśmy również skorzy do podejmowania działań lokalnych. Wśród krajów Unii Europejskiej lokujemy się na ostatnim miejscu pod względem odsetka osób podejmujących działalność wolontariacką3. Nasza pasywność bezsprzecznie wzmacniana jest przez problem zaufania społecznego – czynnika szczególnie deficytowego w przypadku relacji z politykami – którego brak, niestety, cechuje młode, niedojrzałe demokracje. Pytanie, czy wyzbywszy się schematu myślowego my-oni, bylibyśmy w stanie podnieść poziom naszego obywatelskiego etosu w sytuacji, gdy większość z nas uważa, że w stosunkach z innymi ludźmi (z nami, nie z onymi) należy zachowywać dużą ostrożność4.

Przychodzi mi na myśl refleksja, która, uprzedzam, jest luźną hipotezą wynikającą z moich obserwacji – czy jednym z winnych nie jest merkantylizm? Towarzyszące nam od wczesnego dzieciństwa imperatywy zamykające się w działaniach, których zwieńczeniem ma być przynosząca jak najwyższe dochody praca, mogą upośledzać pewne społeczne odruchy. Uznanie nadrzędnej wartości pieniądza determinuje naszą życiową drogę – dobre oceny, matura i ścisłe studia – z jednej strony nie pozostawiając miejsca na inne wartości, z drugiej, wypuszczając na rynek jednostki nastawione na mechaniczną, mało innowacyjną pracę. Cóż, gdybym miała podjąć się teraz krytyki systemu oświaty, objętość tej dygresji byłaby większa od zasadniczego tekstu.

Kończy się kadencja zadłużonego u społeczeństwa Prawa i Sprawiedliwości. Może, kiedy deficyt budżetowy, obniżenie wartości waluty, czy ewentualne sankcje w końcu odbiją się na jakości życia mas, ockniemy się i wyjdziemy z naszej politycznej adolescencji, której jednym z przejawów jest podatność na populistyczne hasła. Wierzę, że wdrażanie w codzienne życie drobnych gestów solidarności, przekształcenie torów myślenia na mniej materialistyczne, podejmowanie dialogu, może stanowić zarzewie zmian. Jakkolwiek naiwnie to nie zabrzmi, pomagajmy sobie i bądźmy otwarci. Czy to nie braterstwo wyrwało nas z okowów komunizmu?

Cieszę się widząc ludzi, którzy próbują wpływać na swoje środowisko organizując pokojowe manifestacje, zakładając partie, wchodząc do młodzieżówek. Ważne jest jednak aby działać również w skali mikro. Zabrzmi to bardzo idealistycznie, nazwijcie mnie infantylną ale wierzę, że zwrócenie uwagi palącej papierosa kobiecie w ciąży czy sąsiedzka pomoc mogą mieć duże znaczenie. Bo tak rodzi się społeczeństwo obywatelskie. A stąd już niedaleko do dojrzałej demokracji.

1 Prawdziwi wolnościowcy uśmialiby się czytając o polityce Platformy Obywatelskiej jako liberalnej. Użyłam jednak takiego określenia ze względu na same postulaty zawarte w programie Unii Wolności czy samej PO.

2 Tusk

3 Kinowska Z., Kondycja społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, Biuro analiz sejowych, Warszawa 2012.

4 Zaufanie społeczne. Komunikat z badań, CBOS, Warszawa 2012

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również