UDOSTĘPNIJ

Walka z bliskowschodnim Państwem Islamskim od miesięcy nie schodzi z ekranów telewizorów i pierwszych stron gazet. Można było sądzić, że po rozpoczęciu operacji militarnej przez Zachód konfrontacja zostanie wygaszona, a ISIS zniknie z powierzchni ziemi. Efekt niestety zaliczyć trzeba jako zupełnie odwrotny od zamierzonego: Kalifat istnieje nadal, kampanię nalotów rozpoczęły Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej, a Turcja prowadzi własną politykę bombardując pozycje Kurdów zamiast fundamentalistów islamskich.
W chwili obecnej nie ulega wątpliwości, iż nie ma możliwości pokonania Państwa Islamskiego bez przeprowadzenia kampanii lądowej. Problem jedynie w tym, że jak dotąd żaden z aktorów nie był w stanie (lub nie chciał) takiej interwencji przeprowadzić. Reżim Assada z wielkim trudem powstrzymuje kolejne ofensywy Daesh. Kurdowie nie mają odpowiednich sił i środków. Federacji Rosyjskiej obecnie nie stać na przeprowadzenie samodzielnej inwazji na tak dużą skalę. Amerykanie po doświadczeniach Iraku i Afganistanu nie mają ochoty na kolejne misje stabilizacyjne. Istnienie Państwa Islamskiego pomaga Turkom w realizacji swoich interesów poprzez osłabienie Syrii oraz ograniczenie wpływów Rijadu i Teheranu. Pozwala także rozgramiać Kurdów pod przykrywką toczenia boju z islamistami, zatem Erdogan tym bardziej nie pali się do zniszczenia ISIS.

Jednak w ostatnim czasie z tego specyficznego „łańcucha niemocy” wyrwała się Arabia Saudyjska, która zawiązała porozumienia z Bahrajnem i ZEA. Koalicja trzech państw stwierdziła, iż posiada gotowość do wysłania swoich jednostek lądowych do walki z ISIS, jeśli USA wyrazi taką wolę i udzieli stosownego wsparcia logistycznego i militarnego. Na chwilę obecną nie wiadomo dokładnie czy ofensywa lądowa obejmowałaby tylko wojska specjalne, czy też w jej skład weszłyby regularne oddziały wraz z ciężkim sprzętem. Arabia Saudyjska obecnie zajmuje 28 miejsce w rankingu najpotężniejszych militarnie państw świata wg serwisu Global Firepower, ZEA miejsce 50, a Bahrajn 83. Należy jednak pamiętać, iż wszystkie te państwa są bogate. Posiadają armie dobrze wyszkolone i nowoczesne.

Jedną z przyczyn zadeklarowania przeprowadzenia działań wojskowych przez Saudów wraz z sojusznikami jest chęć odgrywania przez Arabię dominującej roli na Bliskim Wschodzie i kreowanie polityki w tym regionie. Arabowie od dłuższego czasu dążą do bliskowschodniej dominacji, a zniszczenie Kalifatu połączone z obaleniem reżimu Al-Assada znacząco przybliżyłoby ich do realizacji tego celu.

Warto przeanalizować przypuszczalne reakcje innych państw, w sytuacji bezpośredniej saudyjskiej akcji militarnej. Bez wątpienia pierwszym krajem niezadowolonym z takiego rozwoju wypadków będzie sama Syria, która po naruszeniu jej granic wypowie Królestwu Saudyjskiemu wojnę, co wyraźnie zaznaczył Minister Spraw Zagranicznych Syrii Walid al-Muallim. Sama deklaracja syryjska ma charakter jedynie polityczny, wręcz propagandowy. Wojska Al-Assada, które z dużym trudem bronią pozostałej pod kontrolą rządu części kraju przed zniszczeniem i zajęciem przez opozycję nie mają kompletne żadnych szans w wypadku wrogiego zaangażowania militarnego. Syryjska Republika Arabska trawiona wojną domową od 2011 roku nie panuje nad swoją sytuacją wewnętrzną, a jej ranga na arenie międzynarodowej praktycznie spadła do zera.

Znacznie większy wpływ na sytuację mają Turcja i Iran. Państwo Erdogana zaliczyć należy do trzech podmiotów, będących bliskowschodnimi mocarstwami dążącymi do hegemonii. Z tego powodu zamiary Królestwa Arabii Saudyjskiej nie będzie Ankarze na rękę. Teoretycznie Turcy mogliby wesprzeć operację Rijadu, jeśli administracja USA mocno naciskałaby na tamtejszy rząd. Patrząc jednak na styl polityki zagranicznej prowadzonej przez prezydenta Baracka Obamę taki scenariusz kwalifikuje się jako bardzo mało prawdopodobny.
Militarna akcja turecka, sama w sobie, może mimo wszystko mieć miejsce. Nie będzie ona jednak polegać na pełnowymiarowym wsparciu koalicji AS, Bahrajnu i ZEA (pomimo, że wojska koalicji i Turcji będą się wzajemnie wspierać). Republika Turcji będzie próbować ograniczyć wpływy swoich przeciwników politycznych i wyrwać dla siebie z „syryjskiego tortu” tak duży kawałek jak to tylko możliwe. Problem ten dotyka w szczególności Kurdów, którzy na realizacji takiego scenariusza ucierpią najbardziej. Pogrzebane zostaną ich marzenia dotyczące autonomii, nie wspominając o niepodległym Kurdystanie. Siły Zbrojne Republiki Turcji rozprawią się z nimi pod przykrywą walki z fanatykami muzułmańskimi. Sam premier Ahmet Davutoglu przyznał otwarcie, iż siły jego kraju zostaną skierowane przeciwko bojówkom kurdyjskim. Ankara uważa bowiem syryjską Partię Unii Demokratycznej zrzeszającą Kurdów za organizację terrorystyczną, podobnie jak działającą w południowo-wschodniej części bliskowschodniej republiki Partię Pracujących Kurdystanu. Innym celem tego bliskowschodniego członka Sojuszu Północnoatlantyckiego jest ograniczenie wpływów Rosji i Iranu w regionie. Erdogan zatem współpracując z Salmanem ibn Abd al-Aziz Al Su’udem (obecnie panującym siódmym królem Arabii Saudyjskiej) będzie mógł osiągnąć wiele istotnych dla niego celów. Należy jednak raz jeszcze podkreślić, że ewentualna interwencja lądowa Turcji w Syrii i Iraku będzie nastawiona na zwiększenie znaczenia tego kraju w rejonie. Hasła dotyczące walki z terroryzmem czy ochrony ludności cywilnej można włożyć między bajki.

Turcja zajmuje obecnie 10 miejsce w rankingu najpotężniejszych militarnie państw świata wg serwisu Global Firepower.

Islamska Republika Iranu tocząca zaciętą rywalizację ze swoim sunnickim sąsiadem o hegemonię nad Zatoką Perską, także będzie dążyć do ograniczenia wpływów Królestwa Saudyjskiego. O ile potencjał militarny Irańczyków pozwala na agresywną politykę jedynie w ograniczonym zakresie, ze względu na zacofanie ekonomiczne i technologiczne spowodowane nałożonymi w 2006 roku sankcjami, o tyle nie można wykluczyć dozbrajania przez Iran szyickich bojówek działających w Iraku i Syrii. Tego typu działania powinny zwiększyć koszta (ludzkie i finansowe) arabskiej wojny. Przypuszczalnie udałoby się także uwikłać największe państwo półwyspu w długą i wyniszczającą walkę partyzancką jak miało to miejsce za czasów misji stabilizacyjnej Amerykanów w Republice Iraku. Uderzenie militarne i późniejsze działania stabilizacyjne byłyby tak kosztowne, iż generalicja saudyjska wraz z politykami mogłaby nawet odejść od planu ataku.

Iran zajmuje 23 miejsce w rankingu najpotężniejszych militarnie państw świata wg serwisu Global Firepower.

Kolejnym państwem już teraz demonstrującym otwarcie swoją niechęć do planów, o których mówił Gen. Ahmad Al-Assiri jest Federacja Rosyjska. Sam premier Dimitrij Miedwiediew zaznaczył, że obca interwencja militarna w Syrii zaowocuje powstaniem długotrwałego konfliktu na pełną skalę. Przyczyny takiego stanu rzeczy są oczywiste. Arabowie należą do grona ścisłych sojuszników USA. W razie ofensywy będą walczyć nie tylko z Daesz, ale także z rządem Al-Assada, który Rosjanie próbują utrzymać przy życiu. Wszelkie większe zaangażowanie sojuszników Stanów Zjednoczonych w konflikt wpływa niekorzystnie na pozycję Rosji w regionie. Wojska Putina raczej nie zaatakują bezpośrednio wojsk ewentualnej koalicji, najpewniej nie zostanie również użyty arsenał taktycznej broni jądrowej, mimo iż doktryny Sił Zbrojnych FR przewidują taką możliwość. Skutki takiego działania byłyby dla rządu Putina zdecydowanie zbyt daleko idące. Z pewnością jednak zintensyfikowana zostanie kampania nalotów przeciwko wszystkim niepaństwowym antyreżimowym aktorom (od Kalifatu po opozycję prozachodnią). Ruszą także dostawy sprzętu wojskowego dla Iranu, który mógłby dzięki temu wzmocnić swoje bojówki w Jemenie, Iraku i Syrii oraz dla wojsk rządu Al-Assada. Nie można wykluczyć rozpoczęcia przez republikę federalną wojny gospodarczej z kolejnymi krajami, a także pogłębienia wojny ekonomicznej z Turkami jednak biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą kraju Putina takie działania mogą przynieść naszemu wschodniemu sąsiadowi więcej szkody niż pożytku.

Rosja zajmuje obecnie 2 miejsce w rankingu najpotężniejszych militarnie państw świata wg serwisu Global Firepower.

Niezależnie jednak od tego, jaki scenariusz ostatecznie ulegnie spełnieniu eskalacja konfliktu nie pokrywa się z interesami Polski. Dołączenie do syryjskiej gry kilku bliskowschodnich aktorów spowoduje utrudnienia w transporcie ropy i gazu, a także innych surowców i towarów, które drogami morskimi i lądowymi docierają do Europy. Ceny paliw (przynajmniej początkowo) skoczą w górę, a co za tym idzie ceny energii, żywności i praktycznie wszystkich innych produktów. Rzeczpospolita jako importer surowców energetycznych będzie musiała płacić więcej, ze względu na wzrost cen. W końcu, w konflikt zaangażują się: Arabia Saudyjska – bliski sojusznik USA, Turcja – członek NATO, Iran – sojusznik Federacji Rosyjskiej, reżim Al-Assada – sojusznik Rosjan. W takim „kotle” nietrudno o incydenty, które mogą spowodować wybuch globalnego konfliktu (dość wspomnieć o zestrzeleniu Su-24). Skutki wybuchu światowej konfrontacji byłyby katastrofalne.

Wspomóż pracę Pikio.pl
Jesteśmy jedynym dużym portalem informacyjnym, który NIGDY nie pobierał publicznych pieniędzy.
Dziękujemy!
Wesprzyj nas

Zobacz również